Henryk Leliwa-Roycewicz Mistrz w sporcie
i w walce

Sierpień 1936 r., XI Letnie Igrzyska Olimpijskie. W Berlinie jak w przededniu wojny – relacjonowała dziennikarka sportowa Kazimiera Muszałówna w Polskim Radiu. Melodie wojskowych marszów, czarne i brunatne mundury na ulicach, loża pełna najwyższych dygnitarzy z Führerem Adolfem Hitlerem na czele… W tak nieprzyjaznej atmosferze przyszło startować polskim jeźdźcom we wszechstronnym konkursie konia wierzchowego. Konia Arlekina III dosiadł Henryk Leliwa-Roycewicz.

Po dziesiątej przeszkodzie zobaczyłem, że zaczęli do mnie wołać żołnierze niemieccy „halt, halt” – wspominał po latach w Polskim Radiu. – Przejechałem jeszcze kilka przeszkód i ciągle słyszałem te krzyki – „halt” i „halt”. W pewnym momencie, kiedy dojeżdżałem już do przeszkody przez szosę, trzeba było przeskoczyć przez taki wał, zauważyłem, że pięciu czy sześciu Niemców stoi na tej przeszkodzie i trzyma się za ręce, powstrzymując mnie, żebym nie jechał dalej. Musiałem więc zatrzymać konia. Zapytałem, o co właściwie chodzi. Niemcy powiedzieli mi, że ja zrobiłem jakiś błąd przy dziesiątej przeszkodzie i z tego powodu zostałem wyeliminowany. Nastąpiła bardzo nieprzyjemna chwila, kiedy człowiek nie wie, co dalej robić. Jeżeli ja zostaję wyeliminowany, to zostaje wyeliminowana ekipa! Nie czekając na wyjaśnienia – w prawo albo w lewo – od tych nieznanych mi ludzi, którzy mnie gęsto otoczyli, wyskoczyłem z dziesiątej przeszkody i pogalopowałem z powrotem1.

Polski jeździec usłyszał od sędziego, że wcale nie został wyeliminowany. Musiał jednak zawrócić, by powtórzyć trasę, przez co stracił dużo czasu. Ostatecznie Polacy zajęli drugie miejsce, za Niemcami, i zostali wicemistrzami olimpijskimi. Oszustwo Niemców miało się zapisać w historii jako jeden z przykładów niehonorowego zachowania, niegodnego sportowców. Trzy lata później Niemcy zaatakowały Polskę. Złoci medaliści zasilili szeregi Wermachtu, srebrni – stanęli w obronie zaatakowanej ojczyzny.

Igrzyska Olimpijskie w Berlinie, 1936 r. Henryk Leliwa-Roycewicz podczas skoku przez przeszkodę.
Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego
Por. Roycewicz na zawodach w Nicei. „Światowid”, nr 20/1929.
Ze zbiorów Jagiellońskiej Biblioteki Cyfrowej

„Najpierw nakarm konia”

Henryk Roycewicz urodził się 30 lipca 1898 r. w Janopolu na Żmudzi. Dorastał w patriotycznej atmosferze, wśród ukochanych książek Sienkiewicza i… koni. Podobno pierwszą przejażdżkę odbył w wieku zaledwie pięciu lat2. Roycewiczowie mieli majątek, który nastoletni Henryk chętnie objeżdżał konno wraz z ojcem. Jak pisze biograf Roycewicza Zygmunt Chmielewski, to właśnie ojciec wpoił synowi zasadę: „Zanim sam zasiądziesz do stołu, najpierw nakarm konia”3.

Drugą namiętnością Henryka okazała się działalność niepodległościowa. Jako 16-latek wstąpił do Polskiej Organizacji Wojskowej. Przeprowadził się do Wilna, gdzie na początku listopada 1918 r. uczestniczył w rozbrajaniu Niemców. Służbę w Wojsku Polskim rozpoczął miesiąc później. Walczył z bolszewikami o Wilno, Baranowicze, Mołodeczno i Słuck. Ukończył Szkołę Podchorążych Jazdy w Grudziądzu i otrzymał przydział do 25 Pułku Ułanów Wielkopolskich. Wciąż doskonalił umiejętności jeździeckie, kończył kolejne kursy. Jeden ze szkoleniowców zwrócił uwagę, że Roycewicz jest „wybitnie zamiłowany w sporcie”4. Ze wszystkich konkurencji jeździeckich ulubioną okazał się wszechstronny konkurs konia wierzchowego (WKKW).

Lata 20. i 30. to pasmo sukcesów Henryka Roycewicza. W 1928 r. por. Roycewicz wspólnie z rtm. Antoniewiczem, por. Gzowskim i por. Zgorzelskim zdobył Puchar Narodów w zawodach, które odbywały się w Warszawie5. Choć konkurs zakończył się sukcesem Polaków, od początku towarzyszył im pech. Najlepsze konie w naszej stajni rozchorowały się i nie mogły startować. Prasa odnotowała, że kiedy por. Roycewicz (nr 13) pokonywał trzynastą przeszkodę, na warszawskim niebie rozegrał się lotniczy dramat. Z terenu zawodów doskonale było widać płonący samolot i lotnika, który wyskoczył na spadochronie. Wkrótce i sam Roycewicz uległ wypadkowi: po zakończeniu konkursu w padoku kopnął go koń. Zawodnik musiał zostać odwieziony do szpitala6. Na szczęście okazało się, że to tylko mocne stłuczenia – na drugi dzień mógł ponownie dosiąść konia7.

Nie był to pierwszy wypadek Roycewicza. Dwa lata wcześniej, dwa dni przed wyjazdem na zawody do Nicei, podczas eliminacji w Grudziądzu spadł z konia i doznał bardzo poważnych obrażeń. Spędził 8 miesięcy w szpitalu. Lekarze, którzy za pomocą platynowych drutów próbowali przywrócić zawodnikowi sprawność, zalecili zakończenie kariery sportowej8. Pacjent nie posłuchał.

Henryk Leliwa-Roycewicz, porucznik Wojska Polskiego (1936 r.). Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

„Klasycznie, po mistrzowsku”

W 1932 r. Roycewicz na Black Boyu wygrał w Zakopanem konkurs o Nagrodę im. Prezydenta Rzeczypospolitej9, a w 1934 r. zdobył tytuł mistrzowski w Konkursie im. Szefa Departamentu Kawalerji Ministerstwa Spraw Wojskowych. Pogoda. Stadjon zalany słońcem. Tłumy. Dzień wczorajszy obfitował w niezmiernie emocjonujące momenty. Opisać nie sposób. Po prostu trzeba byłoby zdawać sprawę dosłownie z każdego przebiegu. Walka o zwycięstwo prowadzona była klasycznie, po mistrzowsku. […] Utrzymujący się początkowo na trzeciem, później na drugiem miejscu (po próbie B), zeszłoroczny I wicemistrz – por. Rojcewicz – startując na kl. Wisła, jako ostatni, w pięknym stylu przebywa parcours bez błędu i zdobywa pierwszą nagrodę10.

Jak zauważa Renata Urban, Roycewicz okazał się najwszechstronniejszym przedstawicielem sportu konnego w latach 30. Na jeździeckich mistrzostwach Polski zdobył dziewięć tytułów w trzech konkurencjach (ujeżdżenie, WKKW, skoki przez przeszkody)11.

Jak każdy jeździec, Roycewicz był niezwykle przywiązany do swoich koni. Black Boya i klacz Hoop (Nadzieja) otrzymał w prezencie ślubnym od żony Marii. Startował także na Hetmanie, Turczynce, Tulipanie (to na jego grzbiecie zdobył tytuł indywidualnego mistrza Wojska Polskiego) i Batiarze12. Największe sukcesy odnosił jednak na Arlekinie III – bardzo nieposłusznym koniu z łańcuckiej stadniny Potockich, który pomimo niepokornej natury doskonale dopasował się do jeźdźca. To właśnie Arlekin III pod koniec lipca 1936 r. wyruszył z Roycewiczem na igrzyska olimpijskie do Berlina.

„Vivat polscy kawalerzyści!”

Po przyjeździe polskiej ekipy do Berlina wysłannik „Polski Zbrojnej” zanotował barwną relację z treningu, który odbywali jeźdźcy:

– Doskonale… Wspaniale… Brawo! Dobrze ujeżdżony koń… Bardzo ładnie… Wzorowo… To poważny zawodnik, to wysoka klasa.

Czekam, kiedy usłyszę: źle, albo choćby tylko – słabo. A deszcze leje. Czyżby same tylko były na świecie asy? – pytam wreszcie.

– Na świecie to może nie, ale tu – to istotnie same gwiazdy pierwszej wielkości. Różnice pomiędzy niemi są tak nieznaczne, że taka lub inna lokata, to już tylko rzecz przypadku […]. Kulesza wypadł bardzo pięknie, Rojcewicz świetnie, musi być w tej próbie na jednym z pierwszych miejsc, Kawecki nie zawiódł. Ale ta próba – to właściwie nic jeszcze nie mówi13.

Wszechstronny konkurs konia wierzchowego trwał kilka dni, w czasie których jeźdźcy konkurowali w ujeżdżeniu, jeździe terenowej oraz konkursie skoków na stadionie olimpijskim – przy 100-tysięcznej widowni. Zawody okazały się niezwykle trudne, i dla zwierząt, i dla ludzi. Dwa konie złamały nogę, urazów doznali też niemiecki i angielski jeździec. Przebiegu nie ukończyło aż siedem drużyn. Konkurs skoków również obfitował w dramatyczne momenty. Rtm. Kulesza pokonał parcours bezbłędnie, jednak rtm. Roycewicz strącił dwie przeszkody, a kpt. Kawecki wjechał w wodę14.

Gdy Niemcy zmusili Roycewicza do zboczenia z trasy, Polak stracił mnóstwo czasu na ponowne pokonanie przeszkód. Tylko dzięki nieczystemu zagraniu niemieccy zawodnicy pokonali konkurencję i zdobyli złoty medal, spychając Polaków na drugie miejsce. Jakby tego było mało, po zawodach protest złożyli Czechosłowacy, sklasyfikowani na czwartej pozycji. Domagali się odebrania Polakom medalu w związku ze zdarzeniem, którego uczestnikiem był Roycewicz. Protest początkowo uznano, ale w końcu decyzja została zmieniona na niekorzyść reprezentacji Czechosłowacji15. „Vivat nasi kawalerzyści!” – pisano w polskiej prasie.

W roku olimpijskim Henryka Roycewicza awansowano do stopnia rotmistrza. Trzy lata później, tuż przed wybuchem II wojny światowej, stanął na czele szwadronu w 25 Pułku Ułanów Wielkopolskich.

Zdjęcie wykonane podczas zawodów o mistrzostwo konne Wojska Polskiego. „Światowid”, nr 31/1935. Ze zbiorów Jagiellońskiej Biblioteki Cyfrowej
Międzynarodowe Zawody Hippiczne na hipodromie w Łazienkach Królewskich w Warszawie (czerwiec 1936 r.). Dekorowanie zwycięzców w Konkursie Otwarcia. Widoczni od lewej na koniach: rumuński porucznik Zahej, rotmistrz Henryk Roycewicz, niemiecki rotmistrz Brandt, kapitan Paweł Dąbski–Nerlich.
Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego
Henryk Leliwa-Roycewicz podczas skoku przez przeszkodę.
Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego
Odznaka 25 Pułku Ułanów Wielkopolskich.
Źródło: Wikipedia

„Nie chciałem się poddać”

Podczas wojny obronnej 1939 r. Roycewicz ubezpieczał przeprawę przez Wisłę – od Płocka po Modlin. Walczył także pod Mińskiem Mazowieckim, Tomaszowem Lubelskim i Krasnobrodem. Następnie szwadron Roycewicza miał poprowadzić brygadę gen. Władysława Andersa do granicy z Węgrami. Dotarł do wsi Koniuchy, gdzie żołnierzy otoczyły oddziały sowieckie. 27 września Roycewicz został postrzelony w kolano.

Nie chciałem się poddać – wspominał dramatyczne chwile. – Byłem na koniu. Miałem karabin maszynowy. Strzelałem. Otoczony, dostałem kulę w kolano. Koń został zabity. Leżę pod nim w hełmie, z bronią, i widzę, jak zbliżają się Rosjanie. Ranny ułan krzyczy, że to dowódca szwadronu. Natychmiast wzywają komandira pułku. Przylatuje galopem. Staje. Ja wciąż tkwię pod koniem. Proszę, żeby go ze mnie ściągnęli16.

Sowieci wzięli rotmistrza do niewoli. Trafił do szpitala, gdzie udało mu się ukryć fakt, że jest oficerem. W przeciwnym razie zapewne podzieliłby tragiczny los kolegów, zamordowanych przez NKWD. Z niedoleczoną nogą uciekł ze szpitala. Przedostał się do Lwowa, założył mundur szeregowca i w ramach wymiany jeńców został przekazany Niemcom. Następnie dotarł do Krakowa, gdzie kontynuował leczenie rany. Udało się uniknąć amputacji, jednak wskutek nieprawidłowego leczenia noga miała już nigdy nie odzyskać sprawności.

Rok po ucieczce z sowieckiej niewoli Roycewicz dotarł do Warszawy i od razu nawiązał kontakt z podziemiem. Wstąpił do Związku Walki Zbrojnej (później przemianowanego na Armię Krajową). Przyjął pseudonim „Leliwa”. Działał w Śródmieściu, gromadząc broń i umieszczając ją w skrytkach w różnych częściach miasta. Jesienią 1943 r. został dowódcą Batalionu im. Jana Kilińskiego, popularnie zwanego batalionem „Kiliński”. Roycewicza wspierała jego druga żona. Jak wspominał sam rotmistrz, Felicja przewoziła po mieście rozkazy i broń w… wózku ich córki Grażynki17.

Ośmiuset żołnierzy „Kilińskiego” szkoliło się z zakresu strzelectwa, rozbrajania ładunków, łączności i walk ulicznych. Wkrótce w stolicy miało wybuchnąć powstanie.

Henryk Leliwa-Roycewicz (na zdjęciu w kółku) po zdobyciu budynku PAST-y podczas Powstania Warszawskiego. Fot. Eugeniusz Lokajski, ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego

„Warszawskie Monte Cassino”

Batalion „Kiliński” podzielił się na dwa zgrupowania. Oddziały dowodzone przez Roycewicza, noszącego mundur ułana, uczestniczyły w zdobywaniu kluczowych lokalizacji: Prudentialu, placu Napoleona, gmachów Poczty Głównej i PAST-y. Brano jeńców, zdobywano cenną broń i amunicję oraz żywność. Na dachach Prudentiala i PAST-y wywieszone zostały polskie flagi, których widok dodawał otuchy zarówno powstańcom, jak i cywilom.

To taki sam symbol jak biało-czerwona flaga na ruinach klasztoru pod Monte Cassino. Bo PAST-a i jej zdobycie to takie nasze warszawskie Monte Cassino. Ta biało-czerwona flaga dawała siłę powstańcom, ludności cywilnej, pokazywała, że polskiego instynktu wolności nie można zabijać i zabić się nigdy nie da. Ta biało-czerwona flaga powiewa nad PAST-ą do chwili obecnej18 – mówił Jan Kasprzyk, szef Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych, w 75. rocznicę zdobycia PAST-y.

Po sukcesie szturmu na PAST-ę rtm. Roycewicz został po raz drugi odznaczony orderem Virtuti Militari (pierwszy raz otrzymał to najwyższe wyróżnienie za wojnę obronną 1939 r.). Walczył aż do 8 września, kiedy został ciężko ranny w głowę, ramię i kolano. Niemiecka kula przebiła tętnicę. Przed wykrwawieniem się Roycewicza uratowali żołnierze. Udało im się wynieść dowódcę spod ostrzału. Znalazłem się pod troskliwą opieką mojej żony i zadziwiająco szybko zacząłem odzyskiwać siły. Rany goiły się bardzo dobrze – zanotował w dzienniku Roycewicz. – Rozpocząłem próby poruszania się o kulach i myślałem o ponownym objęciu dowództwa, niestety dotarły do mnie wiadomości o rokowaniach kapitulacyjnych19. W tym okresie wskutek zatrucia pokarmowego zmarła córeczka Roycewiczów – Grażynka.

Żołnierze rotmistrza do końca powstania utrzymywali się na zdobytych pozycjach. Batalion „Kiliński” pozostał niepokonany.

Uroczystości z okazji 75. rocznicy zdobycia PAST-y. Ze zbiorów Urzędu do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych

Powojenne losy

Po kapitulacji, ze względu na zagrożenie ze strony gestapo, Roycewicz uciekł ze szpitala w cywilnym ubraniu. Trafił do obozu przejściowego w Pruszkowie, skąd wyciągnęła go znajoma. Przez kolejne miesiące ukrywał się w jej majątku, aż do momentu ujawnienia się w rejonowej komendzie uzupełnień. Wrócił do Warszawy i pracował jako inspektor hodowli koni20. Jednocześnie wiele uwagi poświęcał upamiętnieniu poległych powstańców (których niezmiennie nazywał „swoimi chłopcami”) oraz pomaganiu ich rodzinom.

Z inicjatywy Roycewicza oraz płk. Jana Mazurkiewicza utworzony został społeczny komitet odpowiedzialny za ekshumacje poległych żołnierzy. W czasie powstania pogrzeby odbywały się na podwórkach kamienic, na placach, przy ulicach… Dzięki osobistemu zaangażowaniu Roycewicza zorganizowano ponad 100 pogrzebów żołnierzy „Kilińskiego”, które przerodziły się w wielkie patriotyczne manifestacje. Ppłk Roycewicz (został awansowany jeszcze w czasie w powstania) prowadził dokumentację, dzięki której mógł organizować pomoc materialną dla inwalidów wojennych oraz wdów i sierot po poległych21.

Dla przedstawicieli komunistycznego państwa ppłk Henryk Leliwa-Roycewicz był jednak wrogiem. Na początku 1949 r. został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa i ponad rok spędził w areszcie. Poddano go brutalnemu śledztwu. Wielki sportowiec, bohaterski żołnierz i dowódca dzielił celę ze zwykłymi przestępcami. Akt oskarżenia zawierał groteskowe stwierdzenia. Roycewicz został oskarżony o działanie zmierzające do usunięcia przemocą Krajowej Rady Narodowej, Rządu Jedności Narodowej i Rządu Rzeczypospolitej Polskiej, zagarnięcia ich władzy i zmiany ustroju Państwa Polskiego […] zorganizowanie […] tzw. Komitetu Ekshumacyjnego, wydawanie i rozpowszechnianie znaczków pamiątkowych Batalionu „Kiliński”. Bohatera skazano na 6 lat więzienia. Został wypuszczony na wolność wcześniej, a w 1957 r. – uniewinniony. Początkowo pracował jako zwykły magazynier, później wrócił do pracy z końmi, jako trener w klubie jeździeckim oraz rzeczoznawca22.

Do końca przewodził środowisku żołnierzy swojego batalionu, troszczył się o powstańczą kwaterę na Powązkach, dbał o upamiętnienie miejsc, w których toczono walki. Otoczony był „chłopcami” i „dziewczętami” z batalionu „Kiliński”, w większości osobami już po sześćdziesiątym roku życia, dla których 63 dni wspólnych walk i przeżyć powstańczych sprzed blisko pięćdziesięciu lat stworzyło wyjątkowe więzi nie do rozerwania – pisze Renata Urban.

Henryk Roycewicz zmarł 16 czerwca 1990 r. Został pochowany wśród swoich żołnierzy z „Kilińskiego”.

Henryk Leliwa-Roycewicz podczas audiencji u papieża Jana Pawła II, lata 80. XX w. Fot. autor nieznany, ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego
6. Kwatera żołnierzy batalionu „Kiliński” na warszawskich Powązkach – grób Henryka Leliwy-Roycewicza. Źródło: Wikipedia

Przypisy

1 Księga olimpijskich wspomnień (cz. 4), audycja Jana Lisa i Bogdana Tuszyńskiego, Polskie Radio, 26 czerwca 1972 r.
2 Renata Urban, Działalność Henryka Leliwy-Roycewicza w zakresie wojskowości, sportu i organizacji jeździectwa w Polsce, „Sport i Turystyka. Środkowoeuropejskie Czasopismo Naukowe”, t. I, nr 2/2018, s. 28–29.
3 Anna Bernat, „Rotmistrz Henryk Leliwa-Roycewicz i jego żołnierze”, autor: Zbigniew Chmielewski (recenzja), https://www.dzieje.pl/ksiazki/rotmistrz-henryk-leliwa-roycewicz-i-jego-zolnierze, 12 sierpnia 2018 r. [dostęp: 6 września 2019 r.].
4 Centralne Archiwum Wojskowe, Akta Personalne, sygn. 3834, cyt. za: Renata Urban, dz. cyt., s. 31.
5 Polak zawsze mistrzem konia, „Na Szerokim Świecie”, nr 3/1928, s. 4.
6 Międzynarodowe zawody konne, „Polska Zbrojna”, nr 270/1928, s. 5.
7 Stan zdrowia por. Rojcewicza, „Polska Zbrojna”, nr 272/1928, s. 4.
8 Międzynarodowe zawody konne, dz. cyt., s. 9.
9 Puchar P. Prezydenta zdobywa por. Rojcewicz, „Kurjer Warszawski”, nr 32/1932, s. 5.
10 VII międzynarodowe zawody konne, „Polska Zbrojna”, nr 156/1934. s. 6.
11 Renata Urban, dz. cyt., s. 33–34.
12 Tamże, s. 32.
13 Wiktor Junosza, Wśród egipskich ciemności Militari, „Polska Zbrojna”, nr 224/1936, s. 4.
14 Vivat nasi kawalerzyści! Zdobyli srebrny medal, „Polska Zbrojna”, nr 224/1936, s. 4.
15 Mariusz Czapla, Pamięci „Srebrnej Drużyny”. Polscy kawalerzyści na berlińskich igrzyskach w 1936 roku, https://nowahistoria.interia.pl/ii-rzeczpospolita/news-pamieci-srebrnej-druzyny-polscy-kawalerzysci-na-berlinskich-,nId,1353470, 6 marca 2014 r. [dostęp: 13 września 2019 r.].
16 W. Zegar, Pułkownik Henryk Roycewicz (1898–1990) (maszynopis), cyt. za: Renata Urban, dz. cyt., s. 38.
17 Renata Urban, dz. cyt., s. 39–40.
18 „PAST-a i jej zdobycie to nasze warszawskie Monte Cassino”, http://www.kombatanci.gov.pl/en/2-aktualno%C5%9Bci/1812-past-a-i-jej-zdobycie-to-nasze-warszawskie-monte-cassino.html [dostęp: 16 września 2019 r.].
19 Cyt. za: Anna Bernat, dz. cyt.
20 Renata Urban, dz. cyt., s. 42.
21 Anna Bernat, dz. cyt.
22 Renata Urban, dz. cyt., s. 43–44.