Zdzisław Dziadulski Jeździec
z marmuru

Major Zdzisław Dziadulski podczas zawodów hippicznych w Berlinie, 1936 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

O takich ludziach jak Zdzisław Dziadulski bez wielkiej przesady można powiedzieć, że urodzili się w siodle. Jego sposób prowadzenia konia, sylwetka i styl jazdy były bardzo widowiskowe, szeroko komentowane i głośno oklaskiwane na całym świecie. Ten znakomity jeździec reprezentował narodowe barwy na wszystkich ważniejszych międzynarodowych konkursach. I to w czasach, kiedy hippika była nie tylko dyscypliną sportową. Była czymś znacznie więcej – emanacją niezłomnego polskiego ducha i świadomości narodowej w odrodzonym państwie.

Gdy człowiek przez większość życia chodzi w mundurze, zyskuje to coś, co z miejsca zdradza wojskowego. Sztywna postawa, wysoko uniesiona głowa, pewne, zdecydowane spojrzenie – to właśnie widać na zdjęciach, na których Zdzisław Dziadulski pozuje w towarzystwie kolegów z pułku.

Urodził się 5 grudnia 1896 r. w Krakowie. Już we wczesnej młodości prezentował patriotyczną postawę. Miał ledwie 16 lat, gdy wstąpił do Drużyn Strzeleckich. Niespełna dwa lata później – po ukończeniu szkoły średniej i zdaniu matury – zaciągnął się do Legionów Polskich. Zgłosił się na ochotnika do Szwadronu Jazdy Beliny-Prażmowskiego i wziął udział we wszystkich walkach 1. Pułku Ułanów. Gdy Legiony odmówiły złożenia przysięgi wierności cesarzowi Niemiec, Dziadulski został wcielony do armii austriackiej. Ale zaraz po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, w listopadzie 1918 r., wstąpił do Wojska Polskiego. Podczas wojny z bolszewikami był dwa razy ranny. Za męstwo na polu walki został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari1.

Jeździec inteligentny, rozumiejący konia

Jeździectwo sportowe zaczął uprawiać na początku lat 20. i szybko uznano go za znakomitego jeźdźca. Osiągnął tak wysoki stopień zawodowstwa, że w 1922 r. trafił do grupy olimpijskiej przy 1. Pułku Szwoleżerów. Dziadulski, który ukończył kurs ujeżdżania w Centrum Wyszkolenia Artylerii, miał w wojsku znakomitą opinię. Cieszył się zaufaniem zwierzchników, ceniono go za rzetelność i podejście do podległych żołnierzy. Jeden z przełożonych, płk Bolesław Wieniawa-Długoszowski pisał o nim tak: Oficer […] doskonały, jako instruktor drobiazgowy, metodyczny, staranny. Umie znaleźć środki, by trafić do podwładnego i wpoić mu żądane wiadomości. […] Jest jeźdźcem i instruktorem jazdy bardzo inteligentnym, rozumiejącym konia. Jako dowódca posiada charakter, szybką decyzję, silną wolę i konsekwencję działania. […] Wyczuwa dobrze sytuację, orientuje się świetnie i decyduje słusznie. Taktycznie dobrze przygotowany, regulaminy zna i umie celowo stosować2.

Aby docenić znaczenie tej opinii, trzeba zrozumieć, czym w dwudziestoleciu międzywojennym były zawody jeździeckie. A były ni mniej, ni więcej tym, czym obecnie są mecze Ligi Mistrzów. Zawody WKKW (Wszechstronny Konkurs Konia Wierzchowego) cieszyły się ogromną popularnością i prestiżem. Oglądały je tysiące widzów – z równie wielkimi emocjami, z jakimi dziś kibicujemy piłkarzom na mistrzostwach świata. W odrodzonym państwie jeździectwo urastało do rangi sportu narodowego. Łączyło się bowiem z piękną historią polskiej wojskowości, naszymi siłami zbrojnymi i zwycięstwami na polu walki, w których koń pełnił przecież ważną funkcję. Hippiczne sukcesy na arenie międzynarodowej traktowano jako pokaz siły i odrodzonego ducha polskiej armii.

Również władze dostrzegały wagę sportu i potrzebę rozwijania tężyzny fizycznej. W końcu każda armia na świecie, by wygrywać, potrzebuje sprawnych żołnierzy. Sprawnych fizycznie, ale też mających w sobie ducha rywalizacji. Starano się więc stwarzać jak najlepsze warunki do rozwoju sportu.

Zdzisław Dziadulski, kawalerzysta.
Źródło: domena publiczna

Porucznik Zdzisław Dziadulski na koniu Dżimmym podczas zawodów jeździeckich o Nagrodę Monaco. Zdjęcie z czasopisma „Żołnierz Polski”, nr 20/1924.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Zdzisław Dziadulski na koniu Zefirze. Zdjęcie z czasopisma „Jeździec i Hodowca”, nr 11-12/1925.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Fragment artykułu poświęconego polskim jeźdźcom biorącym udział w konkursie w Lucernie, zamieszczonego w tygodniku „Stadjon”, nr 30/1924.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Z czasem zaczęto sobie zdawać sprawę, że kawaleria nie odegra już znaczącej roli na polu bitwy. Zmieniały się metody walki, jednak sport konny pozostał dla wielu oficerów ważnym elementem życia. Był formą spędzania wolnego czasu, sposobem na utrzymanie dobrej kondycji. To zaś owocowało sukcesami sportowymi. Polską kadrę w jeździectwie na zawodach o Puchar Narodów i na igrzyskach olimpijskich stanowili oficerowie zawodowi kawalerii i artylerii.

Dziadulski uczestniczył w niemal wszystkich większych międzynarodowych konkursach jeździeckich.

Spokoju mógł mu pozazdrościć… marmur

Udział naszych sportowców w imprezach zagranicznych był świadectwem narodowych dążeń, ale przede wszystkim widocznym symbolem suwerenności Polski. Jeszcze w czasie wojny w 1920 r. utworzono pierwszą ekipę jeździecką, która miała pojechać na igrzyska olimpijskie w Antwerpii. Ostatecznie przeszkodziła temu wojna. Jednak już kolejna olimpiada, w 1924 r. w Paryżu, była w naszym zasięgu. Faktycznym sprawdzianem miały się stać Wojskowe Międzynarodowe Konkursy Hippiczne w Nicei w roku 1924. Polacy wysunęli się na prowadzenie, zdobywając ok. 30 nagród. Bez wątpienia zasługują na podziw, zwłaszcza że zarówno konie, jak i jeźdźcy startowali po męczącej ośmiodniowej podróży.

Rywalizację szczegółowo opisywała polska prasa: Czwartego dnia zawodów rozgrywano konkurs myśliwski o Grand Prix Monaco. Tor był o tyle osobliwy, że składał się z dużej ilości bardzo różnych przeszkód, ustawionych w najróżniejszych kierunkach, jego przejechanie nie było możliwe bez doskonałego opanowania konia3. Piątego dnia odbył się konkurs o najbardziej pożądaną przez jeźdźców Wielką Nagrodę Miasta Nicei, podczas którego Polacy przypieczętowali swoją dominację. Rodacy triumfowali, mówiło się tylko o fantastycznych jeźdźcach kawalerii.

O samym zaś Dziadulskim prasa pisała: Jeździ z ogromnym sercem, bardzo energicznie prowadząc konia. Młody ten jeździec ma dużą przyszłość4. A także: Wyróżniał się postawą i kamiennym spokojem, którego mógłby mu pozazdrościć… marmur5.

Zdzisław Dziadulski na koniu Zefirze pokonuje półtorametrową przeszkodę. Zdjęcie z tygodnika „Stadjon”, nr 15/1925.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Lucerna – rozgrzewka przed olimpiadą

Próbą generalną dla polskich jeźdźców, swoistym przetarciem szlaków przed zbliżającymi się letnimi zmaganiami w Paryżu stały się zawody konne w Lucernie. W wielkich konkursach hippicznych uczestniczyli najlepsi jeźdźcy z Francji, Włoch, Niemiec czy Szwajcarii. W sumie stawiły się ekipy dziewięciu krajów. Plac konkursowy, gęsto otoczony drzewami, zorganizowano w dzielnicy luksusowych hoteli, tuż przy ulicy. Dookoła biegły kryte trybuny dla widzów. Konkursy zgromadziły tłumy. Chwalono, że przeszkody – w dużej liczbie – rozmieszczono pomysłowo i umiejętnie, tak że koń zmuszony był do galopu, a nie do kręcenia się w kółko jak chomik w klatce.

I znowu polska drużyna dała wspaniały pokaz swoich umiejętności. Już pierwszy dzień przyniósł nam nagrody. A dalej było tylko lepiej: W następnym dniu nasza ekipa święciła bodajże jeszcze większe sukcesy, wywołując wprost podziw brawurą i umiejętnością w zażywaniu koni6. Było to o tyle trudne, że warunki pogodowe nie rozpieszczały jeźdźców. Od rana siąpił nieprzyjemny deszcz. Zawody odbywały się na łące o gliniastym podłożu, czyli w dość niefortunnie, jak się okazało, wybranym terenie. Z powodu mżawki grunt stał się śliski i porobiły się bajora. Utrudniało to jazdę i precyzyjne branie przeszkód. W dodatku sam tor był niezwykle skomplikowany – biegł wężykiem i miał ostre zakręty, które konie musiały pokonywać w szybkim tempie. Nic też dziwnego, że porucznikowi Dziadulskiemu dwukrotnie zdarzył się wypadek, a mianowicie przy ostatnich przeszkodach, wskutek poślizgnięcia się, upadł z koniem, na szczęście nie odnosząc ani on, ani wierzchowiec poważniejszych obrażeń7.

Ostatecznie, mimo naprawdę silnej konkurencji, Polacy zdobyli ponad połowę wszystkich nagród, m.in. dwie pierwsze. Co jest tym bardziej warte docenienia, że – jak donosiły gazety – nasze konie w porównaniu z zagranicznymi prezentowały się dość licho i raczej niepokaźnie. A jednak polska ekipa zaimponowała „nie tylko wyrobieniem i jeźdźca, i konia, lecz zadziwiającym stylem i absolutną jednolitością”8. Przypisywano to świetnej szkole polskiej kawalerii. Pod wprawnym kierownictwem naszych jeźdźców konie zmieniały się wprost nie do poznania.

Sukcesy sportowe nie były jedynymi, jakie Polacy osiągnęli w Lucernie: Kolejnym triumfem polskiej reprezentacji było zdobycie u licznej publiczności widocznej sympatii. Burzliwe brawa spotykały nie tylko dobrze zakończone parcours’y, lecz i pojedyncze ładne skoki9.

Mimo znakomitych osiągnięć udział Polaków w olimpiadzie wcale nie był pewny. Z najbardziej prozaicznej przyczyny: brakowało funduszy. Już po nicejskich sukcesach gazety przekonywały o propagandowym znaczeniu dużych imprez sportowych i apelowały o wsparcie polskich zawodników. Niezapewnienie jeźdźcom możliwości udziału w olimpiadzie byłoby niewybaczalnym grzechem. Zwłaszcza że hippika należała do nielicznych dziedzin, w których mogliśmy liczyć na medale. Jeźdźcy polscy niezawodnie zrobią swoje i nie będą ciągnęli w dalekim ogonku, jak nasi reprezentanci wielu innych sportów10.

Polska ekipa w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu przed wyjazdem do Nicei i Rzymu. Pierwszy od lewej Adam Królikiewicz, czwarty od lewej Zdzisław Dziadulski, szósty od lewej Henryk Dobrzański – słynny „Hubal”.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Plakat Letnich Igrzysk Olimpijskich w Paryżu w 1924 r.
Źródło: domena publiczna

Adam Królikiewicz podczas zawodów hippicznych, 1924 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Sukces polskich jeźdźców w Paryżu

Aby sfinansować wyjazd kawalerzystów na igrzyska, przeprowadzono społeczną zbiórkę pieniędzy. Zgromadzona kwota znacznie przewyższała państwową subwencję. W końcu chodziło o ogromnie ważną dla Polaków imprezę – letnie igrzyska miały się stać pierwszymi, w których Polska weźmie udział.

Do igrzysk w 1924 r. Francja przygotowała się o wiele staranniej niż do poprzednich. Wybudowano nowoczesny stadion olimpijski na ponad 60 tys. widzów. Obok stadionu po raz pierwszy powstała wioska olimpijska, jak również centrum prasowe, z którego oficjalnie korzystało 685 dziennikarzy11. Podobnie jak cztery lata wcześniej, do igrzysk nie dopuszczono reprezentacji Niemiec. Organizatorzy twierdzili, że nie mogą zapewnić bezpieczeństwa niemieckim sportowcom.

Na igrzyska wyjechała 81-osobowa ekipa z Polski. Nasi reprezentanci startowali w 10 dyscyplinach: boksie, hippice, kolarstwie, lekkoatletyce, strzelectwie, szermierce, wioślarstwie, zapasach, żeglarstwie i piłce nożnej. Dorobek medalowy nie był jednak imponujący: medale udało się zdobyć tylko w kolarstwie i jeździectwie. I to w ostatnim dniu zawodów, kiedy wszyscy już prawie stracili nadzieję na to, że Polakom uda się stanąć na podium.

Czasopismo „Stadjon” tak opisywało panujące wówczas nastroje: Przyszły ostatnie dnie Igrzysk, a niebo było dla nas równie ciemne… I zdawało się, że już nie zabłyśnie nic, gdy na kilka godzin przed zakończeniem ciągnących się tyle miesięcy Igrzysk, doczekaliśmy się na koniec i my, że nam promyk światły zajaśniał, że sztandar polski załopotał na maszcie olimpijskim12.

Konkurs skoków odbywał się na stadionie Colombes. Organizatorzy zaplanowali, że właśnie te zawody będą widowiskowo zamykać igrzyska i poprzedzą rozdanie nagród. Polscy kawalerzyści cieszyli się wtedy międzynarodowym uznaniem i znajdowali się w światowej czołówce, choć – przypomnijmy – nasze konie nie były najlepszych ras i rodowodów. Jednak dzięki zaangażowaniu i umiejętnościom jeźdźców mogły konkurować z końmi zagranicznymi i zdobywać nagrody.

Konkursy hippiczne w Paryżu rozgrywano w formule czampionatu konia wojskowego. Oznacza to, że rywalizowano w konkursie tresury, wyścigu na dystansie 36 km w terenie i na torze wyścigowym z przeszkodami oraz w konkursie skoków. Na torze ustawiono 16 przeszkód, każdą innego typu. Dziadulski na Zefirze dziewięć razy zawadził o przeszkodę13.

Nie był to łatwy dla koni parkur. Znajdował się na murawie boiska do piłki nożnej, a teren przed przeszkodami posypano grubą warstwą piasku, która utrudniała odskok. Ani jeden koń nie przejechał czysto, nawet zwycięzca miał sześć punktów karnych. Ostatecznie brązowy medal w konkursie wywalczył dla Polski Adam Królikiewicz (bliski przyjaciel Dziadulskiego) na koniu Picadorze. Był to gigantyczny sukces dla kraju, który po latach nieobecności na mapie dopiero zaznaczał swoje istnienie w sportowych zmaganiach. Jak na debiut drużyny w zawodach olimpijskich wynik należy uważać za dobry, jeśli np. wziąć pod uwagę, że ekipy gospodarzy nie ukończyły w całości ani konkursu skoków, ani W.K.K.W. […] Wynik uzyskany przez rtm. Królikiewicza jest oczywiście wybitny. Podawać to w wątpliwość mógłby chyba tylko ktoś, kto nie zdaje sobie sprawy, jak trudnym jest zdobycie medalu olimpijskiego, gdzie toczy się walka w najwyższym napięciu sił i nerwów między najlepszymi zawodnikami całego świata14.

Dziadulski na Zefirze zajął 6. miejsce w skokach drużynowych oraz 28. miejsce w skokach indywidualnych.

Polska ekipa przed wyjazdem na zawody do Nicei i Londynu. Drugi od lewej Zdzisław Dziadulski.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Cyrkowa arena w Londynie

Na zawody Pucharu Narodów w Nicei w 1925 r. Dziadulski nie pojechał. Zapytany przez reportera o powody swojej decyzji, odpowiedział: Sprawa bardzo prosta: po pierwsze nie mam gotówki, po wtóre, koniecznem jest, aby i koledzy z innych pułków, wcale nie gorsi ode mnie, mieli możność wykazania swoich sił na konkursach zagranicznych15. Dziadulski szykował się już na czerwcowy wyjazd do Londynu.

Polska drużyna parokrotnie występowała w Wielkiej Brytanii. Pokazy jeździeckie i wystawa koni odbywały się na ogromnym Stadionie Olimpijskim. Mieścił on arenę z widownią na 15 tys. miejsc. W korytarzu znajdowały się dwie duże restauracje, wystawy, filie sklepów, domów towarowych i magazynów sportowych najbardziej luksusowych marek. W wygodnych boksach mieściło się 100 koni. Imponująco bogate wyposażenie stadionu robiło na Polakach ogromne wrażenie.

Królikiewicz opisywał to tak: W takich to nowych dla nas, niejako cyrkowych warunkach na oczach angielskiej publiczności pasjonującej się koniem i sportem jeździeckim we wspaniale udekorowanym gazonami przyjemnie pachnących kwiatów wnętrzu hali – startowaliśmy kilkakrotnie w londyńskich międzynarodowych zawodach konnych w latach 1925–1927, reprezentując z dużym powodzeniem polskie barwy16.

Z każdym kolejnym startem w zawodach Polacy zyskiwali coraz większy rozgłos i uznanie w Wielkiej Brytanii. Któregoś dnia, po licznych konkursach, byli bardzo blisko pobicia gospodarzy i zdobycia najważniejszej zespołowej nagrody – Pucharu Narodów.

Szampan i toasty w Nicei

Zastępy fotoreporterów, tłumy widzów, orkiestra wojskowa, różnobarwne mundury narodów biorących udział w konkursie, kielichy szampana i toasty – tak wyglądało otwarcie zawodów w Nicei w 1926 r. Startowały najlepsze ekipy z Belgii, Hiszpanii, Portugalii, Szwajcarii, Włoch, Francji i Polski. Już w pierwszych dniach konkursu – jak donosiła prasa – polscy jeźdźcy zwrócili na siebie uwagę doskonałą jazdą i elegancją. W sumie zdobyli dziewięć nagród. Dziadulski wykazał się szczególnie podczas konkursu myśliwskiego o Grand Prix Monako, na torze z 22 przeszkodami. Była to – jak twierdził dziennikarz – najładniej zdobyta przez nas nagroda. Początkowo to Włosi prowadzili, Dziadulski zaś dosiadał konia pierwszy raz po stłuczeniu, i to z chorą nogą. Mimo to udało mu się uzyskać lepszy czas17.

Królikiewicz tak oto scharakteryzował styl prowadzenia konia przez swojego przyjaciela: Dziadulski wyróżniał się pewnego rodzaju (w dobrym stylu) nonszalancją, wygodnictwem, niemniej bardzo poprawną sylwetką i jazdą stosowaną raczej dla aplauzu niż na efekt zwycięstwa. Na zdobyciu nagrody mniej mu zależało. Nie zamierzał się ciężko o coś bić18.

W 1926 r. za swe wyczyny sportowe, podniesienie poziomu sportu w wojsku i promocję Polski w świecie Dziadulski został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. W uzasadnieniu wniosku o nadanie mu odznaczenia napisano: Rotmistrz Z. Dziadulski przyjmując udział w międzynarodowych zawodach konnych w Nicei, Rzymie, Neapolu i Mediolanie w 1926 przyczynił się w znacznym stopniu, dzięki swej energii, umiejętności i pracy położonej w dziedzinie sportu konnego, do osiągnięcia wybitnych wyników przez ekipę polską za granicą, gdzie kawalerzyści polscy zyskali sympatię szerokich sfer społeczeństwa we Francji i we Włoszech, przyczyniając się w znacznym stopniu do propagandy Polski za granicą19.

Międzynarodowe Zawody Hippiczne w Berlinie, 1936 r. Pierwszy z prawej mjr Zdzisław Dziadulski.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Puchar Narodów w Niemczech

Prawo organizacji igrzysk w 1936 r. Komitet Olimpijski przyznał Niemcom. Decyzja ta w wielu krajach spotkała się z oburzeniem. Państwo pod przywództwem Hitlera stawało się coraz bardziej totalitarne. Narastały protesty, duża część sportowców i działaczy sportowych rozważała zbojkotowanie imprezy. Obawiano się, że będzie ona propagandową hucpą, mającą potwierdzić wyższość rasy białej nad innymi i wyższość Niemiec nad resztą świata.

Jeszcze przed igrzyskami, zimą 1936 r., odbyły się w Berlinie międzynarodowe zawody konne o Puchar Narodów, w których wzięli udział polscy jeźdźcy. Widownia mogła pomieścić 12 tys. osób. Polska prasa chwaliła sposób oświetlenia hali matowymi lampami, które dawały złudzenie światła naturalnego, „nie rzucając nigdzie cieni od ustawionych przeszkód”. Zbyt mała jak na ówczesną frekwencję okazała się jednak ujeżdżalnia, na której nieustannie panowały hałas i rwetes i która nie dawała możliwości spokojnego rozprężenia koni.

Pokazy trwały przez cały dzień, od szóstej rano do północy, z godzinną przerwą na obiad i dwugodzinną wieczorem. Podłoże areny, pokryte nie trocinami, lecz piaskiem, jest ciężkie przy odskoku, natomiast lądowanie pewne i na ostrych zakrętach koń trzyma równowagę, nie obślizgując się. Przeszkody – dużo malowanych na kolor biały, żółty, zielony, niebieski i naturalny – opisywało czasopismo „Jeździec i Hodowca”20.

Dziadulski uczestniczył w zawodach, lecz w najważniejszym dniu, gdy odbywał się konkurs o Nagrodę Führera i Kanclerza Rzeszy, nie wystartował. Dzień wcześniej naciągnął sobie ścięgno w nodze i nie mógł usiąść w siodle. Zastąpił go na jego koniu por. Stanisław Czerniawski, który nigdy wcześniej nie jechał na Dunkanie i nie był z nim wystarczająco zgrany.

Z walki tej nie wyszliśmy wprawdzie zwycięsko w całem tego słowa znaczeniu, jednak zajęliśmy bardzo zaszczytne drugie miejsce przed Włochami. Zważywszy jeszcze nasz handicap, w postaci losowania czwartego jeźdźca, któremu przypadło jechać na zupełnie nieznanym mu koniu, wynik ten należy uważać za udany21.

Wybuch wojny

Gdy wiosną 1939 r. było już jasne, że wkrótce wybuchnie wojna, przewodniczący Polskiego Komitetu Olimpijskiego płk Kazimierz Glabisz zapewniał: Jeżeli huragan rozszaleje się nad światem, nasz dotychczasowy trud nie będzie syzyfowy, bo przyczyni się do wzmocnienia muru piersi polskich zasłaniających Ojczyznę przed zalewem najeźdźcy22.

Wojsko i sport nieustannie się przeplatały. Słusznie więc płk Glabisz zakładał, że patriotyczne wychowanie naszych olimpijczyków, głęboko zakorzenione poczucie obowiązku, honor i duch rywalizacji każą im chwycić za broń, gdy ojczyzna znajdzie się w potrzebie. Tak też się stało. Od pierwszych dni wojny polscy sportowcy czuli się przede wszystkim żołnierzami, dla których walka w obronie ojczyzny była czymś naturalnym.

Kolejni olimpijczycy otrzymywali karty mobilizacyjne i wstępowali do wojska. Związek Polskich Związków Sportowych w specjalnej odezwie ogłosił, że ojczyzna może liczyć na armię 300 tys. zahartowanych i dobrze przygotowanych sportowców. Armia ta „przywykła do ofiar, wysiłku i trudu i potrafi, gdy zajdzie potrzeba, walczyć o całość naszych granic i wolność do ostatniego tchu”23. Na 311 żyjących wówczas polskich olimpijczyków w kampanii wrześniowej walczyło 124; 40 było zawodowymi wojskowymi, pozostali – rezerwistami lub ochotnikami24.

Również Zdzisław Dziadulski wstąpił w szeregi armii. Otrzymał awans na stopień podpułkownika. We wrześniu 1939 r. został zastępcą dowódcy Warszawskiego Pułku Ułanów. Kierował walkami pułku na Lubelszczyźnie, m.in. w bitwie pod Krasnobrodem. Była to jedna z ostatnich bitew kawalerii w kampanii wrześniowej. Rotmistrz pułku opisywał ją tak: Marsz. Otrzymujemy wiadomość, że Krasnobród zajęty jest przez Niemców. Szyk bojowy. […] Główną kolumnę prowadzi z-ca dowódcy pułku (ppłk Dziadulski). Idziemy szosą, ku rzece, przez szerokie płaskowyże. Nad rzeczką (dość bagnistą i tworzącą stawy) leży Krasnobród. Szosa idzie przez groblę na stawie i most. […] przed Krasnobrodem otrzymaliśmy wiadomość, że straż przednia przeszła groblę i bije się w lesie z Niemcami. Słychać strzały broni ręcznej i maszynowej. Pułk w szykach luźnych wchodzi na płaskowzgórze i zostaje ostrzelany przez artylerię nieprzyjacielską25.

Polakom udało się ukryć przed zmasowanym ogniem karabinów maszynowych i dotarli do pierwszych zagród miasta. Ostatecznie jednak potyczka zakończyła się niemal całkowitą zagładą szwadronu ułanów.

Po napaści Związku Sowieckiego na Polskę i odprawie u dowódcy jednostki nadrzędnej – Kombinowanej Brygady Kawalerii – podjęto decyzję, by drobnymi grupami przedzierać się na Węgry. W drodze na południe Dziadulski w niewyjaśnionych okolicznościach trafił do niewoli sowieckiej. Osadzono go w obozie w Starobielsku. W 1940 r. wraz z innymi jeńcami został przewieziony do gmachu NKWD w Charkowie i rozstrzelany. W Staniszewskiem, dużej wsi na Podkarpaciu, na placu przy szkole znajdują się symboliczna mogiła i Dąb Pamięci płk. Zdzisława Dziadulskiego.

Pułkownik Kazimierz Glabisz, przewodniczący Polskiego Komitetu Olimpijskiego.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Podpułkownik Józef Trepto, dowódca Warszawskiego Pułku Ułanów.
Źródło: domena publiczna

Tablica upamiętniająca polskich olimpijczyków pomordowanych przez NKWD w bazylice katedralnej św. Michała Archanioła i św. Floriana Męczennika w Warszawie.
Źródło: domena publiczna

Przypisy

1 Muzeum Historyczne Krakowa, www.krakowianie1939-56.mhk.pl, dostęp: 29.06.2020 r.; Epitafia katyńskie, odc. 28, player.pl, dostęp: 29.06.2020 r.
2 Dziadulski Zdzisław, https://www.olimpijski.pl/pl/bio/445,dziadulski-zdzislaw.html, dostęp: 29.06.2020 r.
3 Sukcesy kawalerzystów polskich w Nicei, „Żołnierz Polski”, nr 20/1924.
4 Tadeusz Jaworski, O znaczeniu konkursów w Nicei, „Polska Zbrojna”, nr 151/1924.
5 U szwoleżerów, „Stadjon”, nr 23/1925.
6 Nasze triumfy w Lucernie, „Kurjer Poznański”, nr 164/1924.
7 Tamże.
8 Tamże.
9</ Jazda polska w Lucernie, „Stadjon”, nr 29/1924.
10 Tadeusz Jaworski, O znaczeniu konkursów w Nicei.
11 Ryszard Opiatowski, Paryż 1924: w blasku Nurmiego, debiut biało-czerwonych na letnich igrzyskach, https://www.przegladsportowy.pl/igrzyska-olimpijskie/rio-2016/historia-igrzysk-viii-olimpiady-paryz-1924/6zphrqm, dostęp: 29.06.2020 r.
12 Lech Ufel, Wielkie dni VIII olimpiady, „PS Historia” – dodatek do „Przeglądu Sportowego”, nr 35/2019.
13 Tamże.
14 Mjr. Michał Antoniewicz-Woysym, Polska drużyna jeździecka w obliczu Olimpiad, „Jeździec i Hodowca”, nr 10/1939.
15 U szwoleżerów.
16 Adam Królikiewicz, Olimpijska szarża, Warszawa 1991.
17 Nasi kawalerzyści w Nicei, „Stadjon”, nr19/1926.
18 Adam Królikiewicz, Olimpijska szarża.
19 Dziadulski Zdzisław, https://www.olimpijski.pl/pl/bio/445,dziadulski-zdzislaw.html.
20 Adam Królikiewicz, Międzynarodowe zawody konne w Berlinie, „Jeździec i Hodowca”, nr 8/1936.
21 Tamże.
22 Lech Ufel, By żyli wśród nas. Sportowcy walczyli o ten dzień, https://www.przegladsportowy.pl/ps-historia/ii-wojna-swiatowa-historia-polskich-sportowcow-na-sluzbie-or-ps-historia/515tshb, dostęp: 29.06.2020 r.
23 Tamże.
24 Tamże.
25 Bój pod Krasnobrodem. (Relacja rotmistrza I warszawskiego pułku ułanów), „Żołnierz Polski w Drugiej Wojnie Światowej”,
nr 37/1942 r.