Rudolf Wacek Kolarz ze stali, który przechytrzył Niemców

Prędzej mi włosy na dłoni urosną, zanim ci się uda zagrać z niemiecką drużyną – usłyszał Rudolf Wacek na chwilę przed wyjazdem ze Lwowa na Górny Śląsk1. Nikt nie wierzył w powodzenie jego akcji – nie tylko w to, że lwowscy piłkarze pokonają Niemców, ale nawet w to, że komukolwiek uda się zorganizować pojedynek. Na Śląsku wszyscy żyli już plebiscytem, antypolska propaganda ze strony Niemców przybierała na sile. Ryzykować porażkę w tak newralgicznym okresie? Nigdy by sobie na to nie pozwolili. Niezbędny był fortel i człowiek, który odważyłby się Niemców podejść. Nie dałoby się trafić lepiej: Rudolf Wacek był zdeterminowany jak nikt inny – i jak nikt wierzył w moc sportu.

Walka na zielonym boisku

W najgorętszym okresie kampanii przedplebiscytowej Niemcy próbowali przeciągnąć ludność na swoją stronę – albo strachem i terrorem, albo przekupstwem i pochlebstwami. Kpili z Polski, że to kraj ciemny i zacofany, a sport tutaj po prostu nie istnieje. Był tylko jeden sposób, by utrzeć Niemcom nosa: sprowadzić na Górny Śląsk polskich zawodników, którzy własną grą udowodnią, jak jest naprawdę.

Mjr Karol Polakiewicz, szef sekcji plebiscytowej w Oddziale II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego (komórka ta zajmowała się m.in. wywiadem), wiedział, do kogo najlepiej się zwrócić. O pomoc poprosił znanego organizatora życia sportowego we Lwowie, pedagoga i dziennikarza. Misja miała polegać na zorganizowaniu meczów polskich drużyn krajowych z polskimi drużynami na Górnym Śląsku – ale Rudolf Wacek nie byłby sobą, gdyby nie podszedł do zadania bardziej ambitnie. Nie miał wątpliwości: Śląski „pierun” musiał naocznie przekonać się, iż w walce na zielonem boisku polscy sportowcy zdolni są nie tylko sprostać jego ciemiężcy – lecz i pobić go.2

Rekonesans rozpoczął od rozmowy ze śląskimi działaczami sportowymi z Alojzym Budniokiem na czele. Spotkanie odbyło się 16 czerwca 1920 r. w bytomskim hotelu Lomnitz, siedzibie Polskiego Komisariatu Plebiscytowego. Już dzień później Wacek podpisał kontrakt na organizację meczu Pogoni Lwów (wzmocnionej zawodnikami lwowskich Czarnych oraz przemyskiej i warszawskiej Polonii) z katowicką Dianą3. Wieczorem wrócił do Bytomia i udał się na kolację do jednej z tutejszych restauracji, lubianej przez niemieckich sportowców z klubu 09 Beuthen.

Zachowywał się swobodnie i wtrącał do rozmowy kwestie, które świadczyły o dużej wiedzy i obyciu w sporcie. Niby mimochodem napomknął, że „właśnie jedzie ze swoją drużyną olimpijską ze Lwowa do Antwerpii”4, a po drodze jego chłopcy rozegrają mecze w Katowicach, potem w Dreźnie, a w końcu może i we Frankfurcie nad Menem. Wrażenie było piorunujące – cios był dobrze wymierzony – wspominał po latach. – Znając psychę piłkarską, wiedziałem, iż ci nie ścierpią, by Diana katowicka grała z olimpijską drużyną, a oni – 09 Beuthen – unbesiegte Mannschaft, Meister von Oberschlesien5 – nie. Rybka haczyk połknęła6. Wacek tak poprowadził negocjacje, że szybko ustalił czas i miejsce meczów, a nawet… wysokość honorarium dla piłkarzy. Całą sytuację skomentował następująco: O to mi najwięcej szło. Nie tylko nabić7, ale jeszcze kazać sobie za to zapłacić.

Mjr Karol Polakiewicz (1893–1962).
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe
Budynek hotelu Lomnitz w Bytomiu. Zdjęcie z 1930 r. (wówczas gmach był siedzibą Konsulatu Generalnego RP w Bytomiu).
Źródło: Śląska Biblioteka Cyfrowa
Piłkarze Pogoni Lwów i Diany Katowice, 1920 r.
Źródło: Mazowiecka Biblioteka Cyfrowa

„Ach – to wy, pieruny lwowskie”

Wiadomości o spotkaniu „z doskonałą drużyną olimpijską ze Lwowa” zaczęły się pojawiać w niemieckiej prasie. Rudolf Wacek chodził jak struty, bo wiedział, że nadmierny rozgłos przed meczem może zaszkodzić. Berlin faktycznie próbował odwołać pojedynek – wysłano specjalną depeszę, którą jednak władze klubu 09 Beuthen schowały do szuflady. Niemcy z Bytomia chcieli grać z lwowskimi „olimpijczykami” za wszelką cenę. Byli pewni zwycięstwa.

„Olimpijczycy” w końcu nadjechali, a strapiony Wacek odzyskał humor. Bawił go widok poważnych panów oficerów, którzy zamiast w mundurach przyjechali walczyć w krótkich spodenkach – ale i tak nie potrafili się pozbyć oficerskiej postawy. De facto nie była to rozrywka dla chłopców w krótkich spodenkach. Stawką były tysiące głosów plebiscytowych.

26 czerwca lwowiacy wygrali z Dianą 5 : 0. Dwa dni później pokonali śląską reprezentację 8 : 3, a kolejnego dnia wyszli na boisko, by walczyć z Niemcami8. Do przerwy wydawało się, że odniosą piorunujące zwycięstwo – prowadzili już 3 : 0. Niestety po powrocie na drugą połowę z gry wypadł jeden z czołowych piłkarzy – Henryk Bilor (złamał nogę na boisku) i gra Polaków zaczęła się sypać. Niemcy zachowywali się brutalnie, a jedną z bramek pomógł zdobyć… niemiecki kibic. Kopnął piłkę zza linii autu w kierunku zawodnika 09 Beuthen, który umieścił ją w bramce. Sędzia zaliczył gola9, ostatecznie jednak Polakom udało się zakończyć spotkanie wynikiem 3 : 2. Niemcy byli wściekli i zaczęli atakować gości. Na szczęście wśród polskich kibiców byli bojówkarze wyposażeni w broń – otoczyli lwowskich piłkarzy i pomogli im bezpiecznie wydostać się z boiska.

Wśród Polaków na Górnym Śląsku zapanowała euforia. Lwowiacy nie mogli się uwolnić od uścisków zachwyconych rodaków. Tańcom, śpiewom i ucztom nie było końca. Polscy piłkarze wracali do domu pokrzepieni. W pociągu usłyszeli od napotkanego górnika: Ach – to wy, pieruny lwowskie, tak skórę śwabom zerznęliśta, my się w szybach ogromnie cieszymy.10

W relacji z wydarzeń na Śląsku Rudolf Wacek podkreślał, że polski rząd nie wydał ani grosza na całą akcję, bo zapłacili za nią sami Niemcy! Był dumny, ale jednocześnie skromny. Znikliśmy jak kamfora, spełniwszy swój obowiązek. (…) Ta wyprawa na G. Śląsk to złota karta lwowskiej piłki nożnej, to dowód, iż sport może spełnić wielkie zadanie propagandy narodowej i silniej do umysłów narodowo niezupełnie jeszcze uświadomionych przemówić, aniżeli szumne odczyty lub przemowy i broszury – tak kwitował swoją misję Wacek, który większość życia poświęcił budzeniu w Polakach miłości do sportu.

Piłkarze i działacze lwowskich drużyn na Górnym Śląsku, czerwiec 1920 r. W środku siedzą od lewej: Leon Schwarz (bramkarz Polonii Przemyśl), Jan Loth (Polonia Warszawa), Tadeusz Kuchar (Pogoń Lwów), Rudolf Wacek, Marian Bilor (Czarni Lwów), Jan Hipp (sędzia piłkarski ze Lwowa), Jan Karnecki (Czarni Lwów). Piłkarze oznaczeni numerami to: 1 – Józef Garbień (Pogoń Lwów), 2 – Wacław Kuchar (Pogoń Lwów), 3 – Józef Słonecki (Pogoń Lwów), 4 – Henryk Bilor (Czarni Lwów), 5 – Stanisław Kopeć (Czarni Lwów), 6 – Kazimierz Wójcicki (Pogoń Lwów), 7 – Stanisław Hawling (Czarni Lwów), 8 – Mieczysław Batsch (Pogoń Lwów).
Źródło: Śląska Biblioteka Cyfrowa
Uniwersytet Lwowski – pocztówka z 1921 r.
Źródło: Biblioteka Narodowa

„Jaki diabeł tobą tłucze?”

Rudolf Wacek urodził się 9 maja 1883 r. w Witkowie Starym niedaleko Lwowa. Był synem czeskiego leśniczego – Jana Wacka i polskiej szlachcianki – Bronisławy Dąbrowskiej, najstarszym z trzech braci. Ukończył gimnazjum w Tarnopolu i tam zdał maturę. Był pojętnym i pilnym uczniem, dostawał dobre noty, tylko zachowanie miał nieodpowiednie. Wszystko przez ogromny temperament i zamiłowanie do wszelkich źle widzianych wówczas sportów. Rudolf wiele razy musiał zostawać po lekcjach w kozie – za saneczkowanie, za ustawiczną grę w kiczkę i (pokrewną) w palanta, pływanie w rzece i łapanie raków. Na ślizgawce spędzał tyle czasu, że w końcu jego sprawa stanęła na szkolnej radzie. Grono pedagogiczne orzekło, że „to jeżdżenie na łyżwach tych kawalerów z pannami, to rzecz stanowczo niemoralna, niezdrowa i fatalny przykład dla młodszych”11. Woźny, regularnie zamykający niesfornego Rudolfa w kozie, nie mógł się nadziwić. „Jaki diabeł tobą tłucze?” – dopytywał. Po szóstej klasie chłopiec musiał zmienić szkołę. Sportowych pasji jednak nie porzucił.

Od małego lubił kontakt z naturą. W wakacje wędrował z ojcem po okolicy. Najpierw tylko podglądał życie ptaków, poznawał ich zwyczaje, słuchał nad ranem tokowiska głuszca. A później polował. Po czwartej klasie w nagrodę za dobre wyniki w nauce dostał od rodziców swoją pierwszą dubeltówkę. Po maturze zaś – rower. Wakacyjne dni mijały mu beztrosko, na polowaniach i wycieczkach kolarskich. Wspominał to z rozrzewnieniem: Już wówczas poznałem idealną wartość roweru, gdy do odległych błot lub pól, na których całe dnie polowałem na ptactwo wszelakiego rodzaju, dojeżdżałem na mym żelaznym rumaku, a wieczorem z workiem pełnym zdobyczy na plecach wracałem do domu12. To wtedy zapewne zaczął doceniać piękno przyrody i poczuł miłość do turystyki. Marzył, że kiedyś pójdzie w ślady ojca i też będzie pracował w lasach, ale Jan Wacek kategorycznie się temu sprzeciwił. Powiedział synowi: Nie! Sługą i parobkiem w lasach prywatnych nie będziesz. Kazał mu iść do „służby państwowej”13.

W 1902 r. Rudolf Wacek podjął studia na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Lwowskiego. Chłopaka wciągnęło życie sportowe: wycieczki rowerowe, wyprawy turystyczne na szczyty karpackie, gdzie zobaczył pierwszych narciarzy, i piłka nożna. Poznał także i docenił filozofię nowego wychowania fizycznego, głoszoną przez Henryka Jordana i Eugeniusza Piaseckiego.

Dość szybko musiał dojrzeć. Miał 22 lata, gdy zmarł mu ojciec. Matka została sama z najmłodszym synem, 10-letnim wówczas Kazimierzem, któremu Rudolf próbował zastąpić ojca.

Koło Cyklistów Młodzieży Szkół Średnich Krakowa i Podgórza, 1907 r. W środku, w jasnym kapeluszu, Rudolf Wacek.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

„Uczy młodzież włóczęgi i wyciąga z miasta”

Pracę pedagoga rozpoczął w Podgórzu, dzisiejszej dzielnicy Krakowa. Przez dwa lata był wychowawcą synów arcyksięcia Habsburga w Żywcu. Jako zapalony sportowiec starał się rozwijać pasję również wśród swoich uczniów. Organizował dla nich gry i zabawy na świeżym powietrzu czy wycieczki rowerowe. W Krakowie stworzył Koło Cyklistów Młodzieży Szkół Średnich, pierwszą szkolną organizację sportową. Nie było to wtedy mile widziane – gry i zabawy ruchowe uważano za stratę czasu, przejaw lenistwa i bumelanctwa. Wśród kadry pedagogicznej pojawiały się głosy, że prof. Wacek „uczy młodzież włóczęgi i wyciąga z miasta, odciąga od nauki i ją demoralizuje”14. Dyrektorzy kolejnych oddziałów szkolnych nie byli mu przychylni. „Nie zapominaj pan, że jesteś pedagogiem” – przestrzegali.

Wacek jednak był przekonany, że sport młodzieży nie zaszkodzi, a wręcz przeciwnie: wychowanie przez wysiłek fizyczny zaprocentuje. Ciężka to była walka – nie tylko z przepisami szkolnymi, z trudnościami na każdym kroku, z nieufnością, zastrzeżeniami i lekceważeniem przełożonych – lecz i z opinią publiczną i brakiem zrozumienia w prasie15 – pisał po latach.

Już wkrótce miało się okazać, że to, za co kiedyś był sadzany w kozie, wydalany ze szkoły, odsądzany od czci i wiary, jest źródłem największej dumy i uznania. W 1913 r. wrócił do Lwowa i objął posadę nauczyciela w II Szkole Realnej. Nie cieszyła się ona wtedy dobrą sławą: trafiały tam wszystkie „lwowskie baciary”, uczniowie, których wydalono z innych szkół za złe zachowanie. Kazimierz Wajda, słynny Szczepko z Wesołej Lwowskiej Fali i absolwent tejże szkoły, nie bez satysfakcji podkreślał po latach, że to właśnie jej wychowankowie stanęli w pierwszych szeregach obrońców Lwowa. To II Szkoła Realna zastrajkowała i wzywała do strajku inne placówki.

Aby jednak tę czeredkę utrzymać w ryzach, potrzebni byli odpowiedni pedagodzy – tacy właśnie jak Rudolf Wacek. Wajda wspominał swojego dawnego profesora z łezką w oku. Pewnego dnia miał „przyjemność” poznać go na szkolnym korytarzu. Było to krótko po wprowadzeniu zakazu przebywania w klasach na przerwach. A my właśnie nie! Przecież przerwa to jedyna chwila, w której można wyczyniać najfantastyczniejsze awantury. My zostajemy16 – wspominał Wajda. Udawało im się do czasu, w końcu zaliczyli wpadkę. Alarm, gwałtu, rety, ratuj się, kto może, bo dyrektor nadchodzi! Wzięli więc nogi za pas i uciekają… – Aż raptem czuję na swoim karku kleszcze czyichś rąk, a jednocześnie ktoś mnie okłada laską. Nie zdążyłem krzyknąć, kiedy słyszę głos dyrektora: „A więc to jeden z tych…”. Krew we mnie zamarła. Złapali mnie. Nagle żelazna obręcz na mojej szyi zwalnia się i słyszę głos: „Nie panie dyrektorze, to ja z nim rozmawiam przed lekcją17.

Taki był prof. Wacek. Owszem, pogroził palcem, skarcił niegrzecznego ucznia, ale na tym się kończyło. Zawsze bronił chłopaków, stawał po ich stronie. Był sprawiedliwy, dobry – pewnie dlatego uczniowie go kochali. Lekcje z nim należały do najbardziej wyczekiwanych. Mówił ciekawie i przystępnie, aż chciało się słuchać. Profesor Wacek był najbardziej lubianym naszym wychowawcą. Był bardzo wyrozumiałym dla młodzieży, ale lubiący również dyscyplinę, porządek i nienawidzący niechlujstwa – wspominał Lech S. Proczkowski18. A Henryk Stengel dodał: Porywczy, ale złoty człowiek, nasz obrońca, powiedziałbym modnie nasz rzecznik19.

Gmach dawnego XI Państwowego Liceum i Gimnazjum im. Jana i Jędrzeja Śniadeckich we Lwowie (wcześniej: C.K. II Państwowa Szkoła Realna) – szkoły, w której pracował Rudolf Wacek.
Źródło: domena publiczna
Kazimierz Wajda – dawny uczeń prof. Rudolfa Wacka, 1936 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

„Zwariowany bzik kolarski”

Swoją pierwszą długą wycieczkę rowerową, liczącą 120 km, Rudolf Wacek odbył jeszcze w gimnazjum. Trasę Toporów – Busk – Gliniany – Złoczów – Podkamień – Ożydów – Toporów przejechał w ciągu jednego dnia20. Droga była niełatwa, piaszczysta, błotnista, w niektórych miejscach musiał się przeprawiać przez rwący rzeczny nurt. Ale po powrocie do domu był z siebie naprawdę dumny. Na studiach, w 1904 r., przyszedł czas na kolejną wyprawę: 600 km ze Lwowa do Budapesztu Rudolf pokonał w pięć dni. Pierwszy raz natrafił na trudności terenowe w postaci serpentyn, wijących się w górę i w dół. Ogromny wysiłek, którego wymagały one od kolarza, wynagradzał jednak piękny widok. Nogi rwały się do pedałów, dusza w świat szeroki, nieznany, kryjący w sobie tyle pięknych uroków – wspominał Wacek21. Nic dziwnego, że był nazywany „zwariowanym bzikiem kolarskim”.

W 1911 r. okrążył Tatry od południa i północy. Zaczął od Zakopanego i Morskiego Oka. Trasa tylko dla wytrwałych: 23 km pod górę i zaledwie 7 km w dół, a Rudolf jeździł wówczas jednobiegowym rowerem marki Puch. Dobrze zapamiętał nogi mdlejące od ciągłego hamowania. Niedługo później objechał Karpaty Wschodnie i Zachodnie. Spotkała go wtedy niemiła niespodzianka: gdy dojeżdżał do Przełęczy Rotundulskiej, oś w rowerze strzeliła i odleciała razem z lewym pedałem. Dość kiepska sytuacja: pośród gór i lasów, w obcej okolicy, bez znajomości języka. Do Budapesztu ambitny kolarz musiał wrócić pociągiem.

W 1912 r. opublikował w prasie ogłoszenie o swoim nowym planie – miesięcznej podróży rowerem na Bałkany. Znalazł „ośmiu wariatów”22, którzy zdecydowali się jechać razem z nim. Na barkach Rudolfa Wacka spoczęły wszystkie trudy organizacyjne: określenie liczby kilometrów, zapoznanie się z trasą, wszelkimi wzniesieniami i stanem dróg, znalezienie adresów towarzystw kolarskich, tanich hoteli, a nawet atrakcji turystycznych w poszczególnych miastach. W 1913 r. rozpoczął podróż od północnych rejonów Alp (Linz, Bawaria), następnie odwiedził Szwajcarię, Francję i północną Hiszpanię. Do kraju wrócił przez wybrzeże Riwiery, północne Włochy, Innsbruck i Wiedeń23. Podróż na Bałkan nauczyła mnie wiele. Nabrałem zaufania we własne siły, nauczyłem się oszczędności turystycznej i przekonałem się, iż nie taki diabeł straszny, jak go malują, a przed turystą kolarzem cały świat stoi otworem – wspominał później24.

W 1914 r. nieoficjalny klub kolarski mający siedzibę w Kawiarni Szkockiej we Lwowie szykował największą wyprawę europejską, wiodącą przez Paryż i Wyspy Brytyjskie aż do Skandynawii. Trasa miała liczyć 4 tys. km. Zaplanowano 35 dni na jazdę i 25 na zwiedzanie najciekawszych miejsc, odpoczynek i przeprawy morskie. Pojechało sześciu kolarzy. Obowiązywały identyczny strój z szarego płótna oraz biała czapka z czerwonym otokiem i skórzanym daszkiem. Na piersi każdego uczestnika znalazła się biała wstążka z patriotycznym napisem „Excursion polonaise”.

Podróże kolarskie po Europie, Skandynawii i Anglii przypominały tamtym mieszkańcom o Polsce, że jeszcze żyje – mówiła bratanica prof. Wacka. – Ta propaganda była tak potrzebna w tych czasach, kiedy Polska zniknęła z mapy Europy25. Grupa dojechała do Paryża, a potem przeprawiła się okrętem do Liverpoolu. Tam kolarzy zastała wiadomość o mobilizacji armii austro-węgierskiej. Rudolf Wacek został sam na kolarskim placu boju. Kontynuował zaplanowaną trasę: przez Irlandię i Szkocję dotarł do Norwegii i Szwecji, z północnych Niemiec powrócił do Lwowa pociągiem.

Łącznie odwiedził 14 krajów. Swoje wrażenia z wypraw zawarł w dwóch tomach książki Rowerem po Europie. Wojna przekreśliła plany eskapad na Kaukaz, do Małej Azji czy Indii. Przestała istnieć kolarska paczka. Jednak Rudolf Wacek wcale nie żałował, bo „za to obróciła się karta dziejów naszych. Z posiewu krwi młodych braci wyrosła wolność Ojczyzny”26. Polska odzyskała niepodległość.

Uczestnicy wycieczki rowerowej ze Lwowa do Wielkiej Brytanii i Norwegii, 1914 r. Prof. Rudolf Wacek stoi w środku w pierwszym rzędzie, z kwiatem, trzeci od lewej.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

„Jaka żywotność, jaki humor!”

Wacek wyznawał zasadę „w zdrowym ciele zdrowy duch”. Krzewił sport i rycerskiego ducha współzawodnictwa, uzmysławiał ludziom zalety zdrowego trybu życia. W 1909 r. został członkiem klubu sportowego Pogoń Lwów. W latach 1914–1921 był tam prezesem, a w sekcji piłkarskiej pełnił funkcję trenera. Pod jego przewodnictwem Pogoń czterokrotnie zdobyła mistrzostwo Polski, a lwowscy zawodnicy grali w reprezentacji kraju. To był ukochany klub Rudolfa Wacka, któremu poświęcał cały wolny czas. Przed meczami rozdawał uczniom kolorowe plakaty zapraszające na niedzielny mecz. Kto mieszkał obok dużego sklepu, miał obowiązek umieścić afisz w witrynie, w dobrze widocznym miejscu.

W Księdze pamiątkowej Pogoń Lwów 1904–1939, wydanej z okazji 35-lecia klubu, której był głównym redaktorem, Wacek napisał: Z historii sportu wynika, że Pogoń była tym kamyczkiem, który poruszył lawinę. Organizując się w latach 1907–1908 jako pierwszy samoistny klub Polski całej z zakresu piłki nożnej i lekkiej atletyki, o własnym statucie i boisku, przykładem naszym wyzwoliliśmy siły drzemiące w ówczesnym pokoleniu młodzieży małopolskiej. Zrobiliśmy to, czego potrzebę inni może podświadomie, a nawet świadomie odczuwali, lecz nie objawiali czynem. Za naszym przykładem poszedł Kraków27.

Studenci lwowskich uczelni – politechniki i uniwersytetu – rywalizowali ze sobą, urządzali różnego rodzaju zawody futbolowe. Ale wszystko było puszczone na żywioł, działo się spontanicznie. Brakowało organizacji sportowej, która by to wszystko scalała, porządkowała. Wreszcie zabrał się za to prof. Wacek. 8 marca 1922 r. przewodniczył zebraniu założycielskiemu Akademickiego Związku Sportowego Lwów. Niespełna dwa tygodnie później, 23 marca, walne zgromadzenie przyjęło statut organizacji i wyłoniło pierwszy zarząd28.

Prof. Wacek zaangażował się też w dziennikarstwo sportowe. W okresie międzywojennym debiutował w „Słowie Polskim”, do którego przekazywał informacje sportowe z Krakowa i Żywca, a także pisywał felietony ze swoich wycieczek kolarskich po kraju i Europie. Jego artykuły zamieszczano w „Wędrowcu” oraz „Ilustrowanym Kurierze Sportowym”. W latach 1922–1927 i 1932–1934 był wydawcą i redaktorem lwowskiego „Sportu”. W 1924 r. wspólnie z Kazimierzem Hemerlingiem został założycielem pierwszej organizacji dziennikarzy sportowych w Polsce – Koła Dziennikarzy Sportowych we Lwowie29. Przez siedem lat, od 1932 do 1939 r., pełnił funkcję sprawozdawcy sportowego Polskiego Radia Lwów. Ponownie spotkał wówczas Kazimierza Wajdę, swojego dawnego niesfornego ucznia. Siedzieli przy wspólnym biurku i razem tworzyli program. Wajda był spikerem, a Wacek – referentem sportowym.

Jaka żywotność, jaki humor! To są dwa zasadnicze atuty prof. Wacka. Prowadząc swój referat reprezentuje wysoki autorytet sportowy. Sypie czasem prawdę w oczy przez mikrofon, nam skóra cierpnie – a on chodzi pogodny, uśmiechnięty, ze wszystkiego zadowolony30 – opowiadał o dawnym nauczycielu Wajda.

Jego kolejną wielką pasją było myślistwo. Polowań nie odpuszczał nawet wtedy, gdy miał w radiu swoją pięciominutową audycję. Prosił wówczas spikerów, aby przeczytali przygotowany przez niego wcześniej tekst. Nigdy nie odmawiali. Robili to chętnie… za zająca albo cukierki. Wacek „miał w swoim biurku taką szufladę zawsze dla wszystkich otwartą i pełną”31.

Jako syn leśniczego, wychowany w toporowskich borach, był myśliwym z krwi i kości. Myślistwo traktował przede wszystkim jako sport. Polowanie odbywa się przecież na świeżym powietrzu, wymaga dobrej formy fizycznej i pracy mięśni, a także odwagi w przypadku polowania na grubego zwierza. Sam zaś strzał, jak wiadomo, jest dyscypliną olimpijską. To prawdziwy myśliwy, który umiłował przyrodę z jej całą żywą naturą, ponad wszystko. Skupiał młodych wokół siebie, uczył ich prawdziwego myślistwa, podpatrywania, podsłuchiwania, podchodzenia, a nie tylko zdobywania samych trofeów32 – mówiła o profesorze jego bratanica Zofia Wacek-Iwanicka.

Powrót do Bytomia

W trakcie II wojny światowej Rudolf Wacek z całą rodziną przebywał we Lwowie. Prowadził tajne nauczanie. Tylko dzięki temu, że się ukrywał, uniknął aresztowania przez Niemców. Jednak w czasie sowieckiej okupacji uległ poważnemu wypadkowi. Pewnego dnia nie wrócił do domu. Rodzina szukała go przez dwa dni, chodząc od szpitala do szpitala, i w końcu odnalazła. Żołnierze Armii Czerwonej dla zabawy potrącili go, kiedy jechał na rowerze. Nieprzytomnego profesora zabrało z ulicy pogotowie. Nie miał przy sobie dokumentów, lekarze nie wiedzieli, kim jest, gdzie szukać rodziny, kogo zawiadomić. Robili wszystko, by uratować mu życie. Każda noc mogła być tą ostatnią. Udało się, Rudolf Wacek przeżył. Długo później chorował – i nigdy już nie wrócił do pełnej sprawności.

Jego ukochany Lwów został Polsce odebrany. Podobnie jak wielu kresowian, prof. Wacek musiał szukać nowego domu. W 1945 r. wyjechał na Śląsk i podjął pracę w gimnazjum ogólnokształcącym, a następnie w technikum górniczym w Bytomiu – mieście, do którego ćwierć wieku wcześniej przybył z lwowskimi piłkarzami. Teraz też można było tu spotkać znanych zawodników. Osiedliła się tutaj m.in. legenda Pogoni Lwów, najbardziej wszechstronny polski sportowiec w dziejach – Wacław Kuchar.

W maju 1945 r. przybysze ze Lwowa stworzyli Polonię Bytom. W przedsięwzięciu uczestniczyli działacze i zawodnicy Pogoni Lwów. Nowy klub barwami i tradycjami nawiązywał do lwowskiego. Ukoronowaniem starań pionierów bytomskiej piłki nożnej był mecz oldboyów Kraków – Bytom, zorganizowany w czerwcu 1947 r. w ramach Święta Śląskiego Sportu33.

Prof. Wacek zmarł 4 września 1956 r. w Bytomiu i tam też został pochowany. Londyńskie Koło Lwowian zamieściło w swoim biuletynie wspomnienie o zmarłym, którego autor tekstu nazwał „kolarzem z nierdzewnej stali”34.

Okładka pisma „Sport”, którego redaktorem naczelnym był Rudolf Wacek.
Źródło: Jagiellońska Biblioteka Cyfrowa
Rudolf Wacek z psem myśliwskim.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe
Okładka książki Rudolfa Wacka, Lwów 1936.
Źródło: Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa
Barwy Pogoni Lwów i Polonii Bytom.
Źródło: domena publiczna
Rudolf Wacek odbiera nagrodę myśliwską. Trzeci z prawej – płk Kazimierz Glabisz (od 1929 do 1945 r. prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego).
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Przypisy:

1Rudolf Wacek, Ze wspomnień piłkarskich. „Olimpijska drużyna” ze Lwowa na Górnym Śląsku, „Na Straży” 1929, r. 3, nr 6, s. 2–3, https://www.sbc.org.pl/dlibra/publication/286977/edition/271471/content [dostęp: 15 marca 2021 r.].
2Tamże.
3Tomasz Bohdan, Bytomski „Sportowiec” i jego walka o granice zachodnie II Rzeczypospolitej, „Sport i Turystyka. Środkowoeuropejskie Czasopismo Naukowe” 2019, t. 2, nr 4, s. 34.
4Igrzyska olimpijskie w Antwerpii rozpoczęły się 14 sierpnia 1920 r. Występ polskich sportowców uniemożliwiła wojna polsko-bolszewicka
5Po polsku: „niepokonana drużyna, mistrzowie Górnego Śląska”.
6Rudolf Wacek, Ze wspomnień piłkarskich.
7Nabić – potocznie: pobić, zadać wiele ciosów.
8Andrzej Godoj, Piotr Kowalik, Damian Sifczyk, Historia Ruchu Chorzów, t. I, Chorzów 2020, s. 90.
9Paweł Czado, Przedwojenna legenda: Beuthen 09, https://www.sport.pl/sport/1,65025,6720030,Przedwojenna_legenda_Beuthen_09.html [dostęp: 15 marca 2021 r.].
10Rudolf Wacek, Ze wspomnień piłkarskich, s. 3.
11Rudolf Wacek, Wspomnienia sportowe, Opole 1947, s. 9.
12Tamże, s. 31.
13Tamże, s. 11.
14Tamże, s. 13.
15Tamże, s. 14.
16Jerzy Kowalczuk (oprac.), Szkoły. Nauczyciele. Uczniowie. Przyczynek do historii szkolnictwa, oświaty i wychowania na obszarze Kresów Południowo-Wschodnich II Rzeczypospolitej, Kraków 2017, s. 130.
17Tamże, s. 130–131.
18Tamże, s. 195.
19Tamże, s. 210.
20R.A. Borth, Kolarz z nierdzewnej stali, „Koło Lwowian. Biuletyn” 1982, r. XXII, nr 44, s. 87, https://dlibra.kul.pl/dlibra/publication/ 2130/edition/2012/content [dostęp: 22 marca 2021 r.].
21Rudolf Wacek, Wspomnienia sportowe, s. 35.
22R.A. Borth, Kolarz z nierdzewnej stali, s. 85.
23Tamże, s. 85.
24Rudolf Wacek, Wspomnienia sportowe, s. 40–41.
25Jerzy Kowalczuk (oprac.), Szkoły. Nauczyciele. Uczniowie, s. 137.
26Rudolf Wacek, Wspomnienia sportowe, s. 45.
27Cyt. za: Historia klubu, http://pogon.lwow.net/historia-klubu/ [dostęp: 22 marca 2021 r.].
28Dariusz Słapek, Mirosław Szumiło, Halina Hanusz, Sport, co „Gryfa” wart! Akademicki Związek Sportowy (1908–2017), Lublin 2019, s. 37, https://phavi.umcs.pl/at/attachments/2020/0109/065106-sport-co-gryfa-wart-akademicki-zwiazek-sportowy-1908-2017-lublin-2019-ss-859.pdf [dostęp: 19 marca 2021 r.].
29Jan Jaremko, Pionierzy dziennikarstwa sportowego, http://www.wilnoteka.lt/artykul/pionierzy-dziennikarstwa-sportowego [dostęp: 19 marca 2021 r.].
30Jerzy Kowalczuk (oprac.), Szkoły. Nauczyciele. Uczniowie, s. 131.
31Tamże, s. 132.
32Tamże, s. 137.
33Antoni Wilgusiewicz, Lwowskie początki Polonii Bytom, https://historykon.pl/lwowskie-poczatki-polonii-bytom/ [dostęp: 19.03.2021 r.].
34R.A. Borth, Kolarz z nierdzewnej stali, s. 84.