Mariusz Zaruski Człowiek twardy jak granit, z sercem czystym i głębokim jak morze

Mariusz Zaruski, kapitan harcerskiego szkunera Zawisza Czarny.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Opowieść o gen. Mariuszu Zaruskim byłaby zdecydowanie krótsza, gdyby wyliczyć, kim nie był. No bo był i zapalonym taternikiem, zdobywcą górskich szczytów, i grotołazem. Założycielem Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Wielbicielem morza, krzewicielem idei budowania Polski jako morskiej potęgi. Twórcą polskiego jachtingu. Wilkiem morskim co się zowie, przeżywającym fascynujące przygody. Idolem młodzieży. Instruktorem harcerskim. Artystą malarzem. Poetą. Pisarzem. Żołnierzem, legionistą, ułanem. Patriotą, który za swą ojczyznę nie wahał się oddać życia.

Przypisy:

1 Jerzy Pietrkiewicz, Życiorys dynamiczny. Rozmowa z gen. Mariuszem Zaruskim, „Tydzień Literacki Polski Zbrojnej”, nr 48/1938.
2 Tomasz Leszkowicz, Mariusz Zaruski, czyli człowiek wszechstronny,
https://histmag.org/Mariusz-Zaruski-czyli-czlowiek-wszechstronny-721, dostęp: 26.06.2020 r.
3 Tamże.
4 Tamże.
5 Tamże.
6 Gen. Mariusz Zaruski, Wspomnienie z dawnych lat, „Czarno na Białem”, 13.02.1938 r.
7 Jerzy Pietrkiewicz, Życiorys dynamiczny.
8 Tomasz Leszkowicz, Mariusz Zaruski, czyli człowiek wszechstronny.
9 Jerzy Pietrkiewicz, Życiorys dynamiczny.
10 Wojciech Szatkowski, Działalność narciarska i taternicka Mariusza Zaruskiego w Tatrach w latach 1905–1914,
http://archiwalna.muzeumtatrzanskie.pl/UserFiles/File/PDF/WS_Dzialalnosc_narciarska_i_gorska_Mariusza_Zaruskiego.pdf, dostęp: 26.06.2020 r.
11 Tamże.
12 Mariusz Zaruski, Na bezdrożach tatrzańskich, Warszawa 1923.
13 Lekcja z panem Wojtkiem – opowieść o generale Mariuszu Zaruskim, https://www.sp3zakopane.pl/pl/wiadomosci/lekcja-z-panem-wojtkiem-opowiesc-o-generale-mariuszu-zaruskim, dostęp: 26.06.2020 r.
14 Słowo wstępne gen. Mariusza Zaruskiego do „Pamiętnika Jubileuszu Trzydziestolecia Sekcji Narciarskiej Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego”, 1937.
15 Jerzy Pietrkiewicz, Życiorys dynamiczny.
16 Tamże.
17 Tamże.
18 Mariusz Zaruski, Na skrzydłach jachtów, Warszawa 1933.
19 Tomasz Leszkowicz, Mariusz Zaruski, czyli człowiek wszechstronny.
20 Mariusz Zaruski, Wśród wichrów i fal, Warszawa 1935, s. 7.
21 Mariusz Zaruski, Z harcerzami na Zawiszy Czarnym, Warszawa 1937.
22 Tadeusz Gierut, Oficerski rejs Zawiszy Czarnego, „Polska Zbrojna”, nr 165/1936.
23 Jerzy Pietrkiewicz, Życiorys dynamiczny.
24 Mariusz Zaruski, Wśród wichrów i fal, s. 9.

Te wąsy, brwi mocne i dobroć ukryta w rysach generalskich, serdeczność i prostota żołnierska, pod oznakami zaszczytu, dostojności, pod mundurem, który wzbudza szacunek i każe stać na baczność1 – tak 72-letniego gen. Mariusza Zaruskiego sportretował dziennikarz, który zetknął się z nim przy okazji wywiadu. Do tego opisu można by dodać wyprostowaną, sportową sylwetkę, zdradzającą lata systematycznych treningów. A także spojrzenie: z jednej strony zdecydowane, znamionujące osobę zasadniczą i zdyscyplinowaną, z drugiej zaś – łagodne, z którego można wyczytać fantazję i artystyczną wrażliwość. Na kartach historii trudno byłoby znaleźć równie wszechstronną i barwną postać.

Tak się rodził patriotyzm…

Mariusz Zaruski przyszedł na świat 31 stycznia 1867 r. w Dumanowie na Podolu. Wychowywał się w majątku zarządzanym przez ojca – Seweryna, pod czujnym i troskliwym okiem matki – Eufrozyny. Dzieciństwo miał szczęśliwe i pogodne. Spędzał je na zabawach z braćmi: starszym Stanisławem i młodszym Bolciem. Całymi dniami biegali i dokazywali, uczyli się jeździć konno albo pływali. A gdy akurat byli w domu, młody Mariusz czytał. Zaczytywał się wprost w Przypadkach Robinsona Crusoe i 200 milach podwodnej żeglugi2. Właśnie te lektury zaszczepiły w nim głód przygody i zachęciły do poszukiwania dreszczyku emocji.

Na patriotyczną postawę Mariusza wpłynęli najbliżsi. Dziadek był powstańcem listopadowym. Ojciec ze stryjem walczyli w powstaniu styczniowym. Wstąpili też do powstańczego Komitetu Podolskiego. Wszystko to się wydało i marny byłby ich los – nie uniknęliby carskich represji i zsyłki na Sybir – gdyby nie lojalność okolicznych chłopów, którzy zgodnie zeznawali, że pan administrator nogi ze dworu nie wystawił przez cały okres walk.

-Wieczorami dziadek i ojciec opowiadali o swych przygodach, a w sercu chłopca rodziła się miłość do ojczyzny. Mariusz oparł się rusyfikacji, tak powszechnej wówczas w szkołach w zaborze rosyjskim. Na tajnych kompletach szlifował język polski i poznawał polską historię. Podczas nauki w gimnazjum w Kamieńcu Podolskim zamieszkał u stryja Józefa. Pomagał mu w konspiracyjnej działalności, związał się też z rówieśnikami przeciwnymi carowi. Zdał maturę i poszedł na studia matematyczno-fizyczne w Odessie. Już wtedy odezwała się w nim artystyczna dusza: zaczął pisać wiersze i nie tylko. Swoje myśli, przeżycia, tęsknoty, wszystko, co było dla niego ważne, przelewał na papier. Pisał o swojej pierwszej miłości – pannie Maryli z Podola, wspólnym spacerze po ogrodzie botanicznym, wizycie na Schodach Potiomkinowskich i lodach w cukierni3. Bruliony prowadził przez cały okres studiów, bardzo starannie i solidnie – osobny zeszyt na każdy rok, z ręcznie numerowanymi kartami.

…i miłość do morza

Odessa była ogromnym miastem portowym nad Morzem Czarnym. Zauroczyła Zaruskiego, który zakochał się w niespokojnych głębinach i mógł je obserwować godzinami. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem morze i odtąd pokochałem je. Jak morze raz odurzy człowieka, to już nie zdołasz wyrwać się spod jego czaru4 – pisał. Był pod tak dużym wrażeniem, że postanowił przenieść piękno morza na płótno. Malował obrazy przedstawiające spienione morskie bałwany i fale rozbijające się o brzeg. Szło mu to naprawdę dobrze, zapisał się więc do odeskiej szkoły sztuk pięknych.

Marzył o dalekich podróżach do egzotycznych krajów. W wakacje, kiedy inni chłopcy odpoczywali, zaciągał się jako ochotnik na statki żeglugowe. Opłynął dzięki temu Daleki Wschód, odwiedził Chiny, Japonię, Syberię. Pewnego dnia trafił na żaglowiec Mewa, należący do Rosyjskiej Floty Ochotniczej i płynący z Odessy do Bombaju. Nie była to jednak łatwa podróż, podczas której można podziwiać widoki i chłonąć morską bryzę, o nie! Zaruskiemu przyszło się zmierzyć z chorobą morską. W dodatku rosyjscy marynarze nie traktowali go zbyt przyjaźnie. Ich wrogość udało mu się przełamać dopiero podczas groźnej burzy. Sztorm rzucał statkiem na wszystkie strony i nie wiadomo, jak by się to skończyło, gdyby nie przytomny umysł Zaruskiego. Doradził on bosmanowi, jak bezpiecznie rozłożyć przewożone luzem zboże, aby nie doprowadziło ono do wywrócenia statku.

Po powrocie Polak zapisał się do szkoły morskiej, by zdobyć uprawnienia żeglarskie. Z tamtego czasu pochodzą też jego Notatki naukowe: gromadził przepisane z gazet informacje o nowinkach technicznych oraz własne rysunki wynalazków morskich i lądowych5. Nie rezygnował także z pisania wierszy.

Kamieniec Podolski, gdzie Mariusz Zaruski uczęszczał do gimnazjum. Zdjęcie z 1906 r.
Źródło: domena publiczna

Schody Potiomkinowskie w Odessie. Zdjęcie z ok. 1900 r.
Źródło: domena publiczna

Latarnia morska w porcie w Odessie, 1890 r.
Źródło: domena publiczna

Port w Odessie, 1900 r.
Źródło: domena publiczna

Rosyjski poeta Siemion Jakowlewicz Nadson, którego wiersze tłumaczył Mariusz Zaruski.
Źródło: domena publiczna

Pod przykrywką gimnastyki

W 1891 r. Zaruski zaciągnął się na roczną służbę wojskową do armii rosyjskiej. Zdał egzamin i uzyskał stopień chorążego rezerwy. Bardzo prawdopodobne, że do wojska zgłosił się na polecenie podziemnej organizacji, której był członkiem. Jeszcze w okresie studiów w Odessie prowadził aktywne życie społeczne wśród tamtejszej Polonii. Pod koniec XIX w. w czarnomorskim porcie mieszkało ok. 20 tys. Polaków. Wielu z nich – głównie studentów – należało do nielegalnych organizacji patriotycznych i spiskowało przeciwko zaborcy. Pod przykrywką stowarzyszeń gimnastycznych ćwiczyli musztrę i posługiwanie się bronią. Zaruski, mający już odpowiednie umiejętności z wojska, dołączył do konspiratorów. Policja carska wpadła jednak na ich trop.

Aresztowano nas jesienią 1894 roku. Pamiętam ten wieczór. Sala gimnastyczna. Trzydziestu młodych ludzi przebrało się w stroje gimnastyczne, na mnie właśnie wypadła kolej prowadzenia ćwiczeń, tego dnia z ciężkimi, żelaznymi laskami. Podałem komendę: „w rząd stawaj!”, wyrównali „z bronią u nogi”, gdy nagle z trzaskiem drzwi się otwarły i wpadła kupa, jakby powiedział imć pan Jan Chryzostom Pasek, żandarmów i policjantów w liczbie 40 z rotmistrzem żandarmerii na czele. Chwycili nas, zabrali. Zaczęło się śledztwo6 – wspominał po latach generał.

W grudniu Zaruski za przynależność do nielegalnych polskich stowarzyszeń został zesłany na pięć lat do Archangielska. Miasto, choć położone 40 km od morza, oddychało atmosferą portową (leży nad rzeką, której szerokie rozlewiska łączą miasto z Morzem Białym). Przewijała się przez nie flota żaglowa przywożąca ryby z Norwegii i krajów bałtyckich. Mieszkało tam sporo Polaków, z którymi Zaruski od razu nawiązał znajomości. Byli to zesłańcy albo urzędnicy, wielu służyło w miejscowym garnizonie. Polakiem był również proboszcz tamtejszej parafii katolickiej. Zaruskiemu udało się znaleźć pracę w porcie, przy rozładunku towarów. Dzięki pomocy polskich przyjaciół wydał tomik swoich tłumaczeń wierszy Siemiona Nadsona. Rosyjski poeta imponował mu buntowniczością i uczuciowością. Tomik zatytułowany Z Nadsona – wybór poezyj zyskał uznanie jako doskonałe dzieło translatorskie. O archangielskim okresie swojego życia sam Zaruski opowiadał tak: Najpierw cela więzienna, potem, nad Białym Morzem, 5-letnia samotność zesłańca. Urok zimy, zorze polarne każdej nocy, cisza, pustkowie7. Do tego męczące białe noce. W lecie dzień wydawał się trwać bez przerwy, za to zimą słońce tylko na parę godzin pojawiało się na niebie, by szybko ustąpić miejsca nocy.

Port w Archangielsku, pod koniec XIX w.
Źródło: domena publiczna

Słowo honoru Polaka

Zaruski nie mógł usiedzieć w miejscu. Przyciągało go morze, pragnął pływać, zaciągnąć się na żaglowiec. Nie spodobało się to gubernatorowi Archangielska, który w morskich wyprawach widział ryzyko ucieczki zesłańca. – Wrócę, daję słowo honoru Polaka – odrzekł Zaruski.

To wystarczyło. Dostał zgodę i zaciągnął się na szkunerbryg Dzierżawa, który pływał po morzach północnych z ładunkiem futer i drewna. Dla niedoświadczonego marynarza była to twarda szkoła życia. Przekonał się też Zaruski, jak potężnym i nieobliczalnym żywiołem jest morze. Niebezpieczną przygodę, którą przeżył na pokładzie Dzierżawy, zrelacjonował w opowiadaniu Historia jednej nocy. Podczas burzy na Morzu Arktycznym zrezygnowany kapitan Bujow, uznawszy, że nie uda mu się wyprowadzić statku na bezpieczne wody, upił się i czekał na śmierć. Statek bez dowódcy, zdany na łaskę losu, znalazł się w ogromnym niebezpieczeństwie. Niesiony wiatrem, o mały włos roztrzaskałby się na skałach. Zaruski, który cudem uniknął nagłej fali mogącej zmyć go z pokładu, nie stracił zimnej krwi. Sam stanął za sterem i w krytycznych momentach wychodził na maszt, by poprawić żagle. Statek wraz z załogą ocalał. Nazwisko Polaka stało się sławne, a właściciel statku, kupiec Smietanin, zaproponował, że opłaci mu naukę w szkole morskiej8.

Zaruski przeszedł kurs i w ciągu pół roku otrzymał tytuł szturmana żeglugi wielkiej. Egzamin końcowy wypadł bardzo pomyślnie, na świadectwie widniały same piątki. W 1899 r. Polak został dowódcą żaglowca Nadzieja.

No i stałem się kapitanem, aby na żaglowcach, niewiele różniących się od legendarnych statków Kolumba, pływać wśród niebezpieczeństw. Wody północne nie są przecież bezpieczne. Miałem szkołę ciężką. Przeżyłem wiele groźnych burz: kiedyś nawet osaczony lodami przebijałem się przez nie cały długi miesiąc9 – wspominał.

W trakcie jednego z rejsów do Norwegii Zaruski wybrał się na pierwszą w swoim życiu wyprawę w góry – na przylądek Nordkapp. Dotarł wówczas na szczyt jednego z lodowców. Tak zrodziła się jego druga wielka pasja i miłość.

Przylądek Północny – pierwsza górska miłość Mariusza Zaruskiego.
Źródło: 123RF

Mariusz Zaruski (z lewej) podczas wycieczki w Tatrach – na zdjęciu na masywie Czarnych Ścian.
Źródło: archiwum Muzeum Tatrzańskiego

Z Krakowa do pensjonatu Krywań

Gdy skończył się pięcioletni okres zesłania, Zaruski wrócił do Odessy. I bardzo szybko, bo już po roku, stanął na ślubnym kobiercu: ożenił się z córką lekarza Izabelą Kietlińską. Zamieszkali w Krakowie. Miasto pod zaborem austriackim cieszyło się licznymi swobodami. Zaruski nawiązał współpracę z Uniwersytetem Ludowym, podjął też przerwane w Odessie studia malarskie pod okiem mistrzów: Floriana Cynka, Józefa Mehoffera i Leona Wyczółkowskiego. Ukończył uczelnię z wynikiem bardzo dobrym, przez pewien czas jako swój zawód podawał nawet „artysta malarz”. Pracował trochę jako portrecista. Próbował także wybić się jako literat i poeta.

Nie udało mu się jednak osiągnąć artystycznego sukcesu, zwrócił się więc w stronę dziedziny, którą dobrze znał: zajął się pisaniem podręcznika Współczesna żegluga morska. Tutaj trafił w dziesiątkę. Książka ozdobiona jego ilustracjami wywarła ogromny wpływ na rozwój polskiego żeglarstwa. Zaruski jako pierwszy operował fachową morską terminologią. Dzięki niemu w języku polskim pojawiły się słowa „bukszpryt” lub „takielunek”. Autor stał się niekwestionowanym specjalistą od spraw żeglugi. Do tego stopnia, że twórcy przygotowywanej wtedy Wielkiej encyklopedii ilustrowanej powierzyli mu opracowanie haseł związanych z tematyką morską.

Zniechęcony brakiem sukcesów w sztuce, trochę znudzony Krakowem, a także zatroskany problemami zdrowotnymi małżonki, Zaruski postanowił przenieść się do Zakopanego. Miasteczko pod Tatrami było już modnym kurortem i uzdrowiskiem. Przeżywało okres szybkiego rozwoju i dawało perspektywę zarobku. Przyjeżdżali tam na wakacyjny wypoczynek literaci (m.in. Sienkiewicz, Reymont, Żeromski, Asnyk, Tetmajer), muzycy (m.in. Paderewski, Lutosławski, Szymanowski), malarze (m.in. Matejko) i aktorzy (m.in. Helena Modrzejewska). Nagła popularność spadła na miasto lawiną, z którą nie potrafiło ono sobie poradzić. Brakowało kanalizacji, ulice były ciemne i brudne, a połączenie z resztą kraju – nie najlepsze. To jednak nie przeraziło Zaruskich. Wynajęli dom przy ul. Ogrodowej i otworzyli w nim pensjonat Krywań. Co nie było łatwe z uwagi na konkurencję: połowa domów w Zakopanem była wówczas pensjonatami. Może ze względu na seanse spirytystyczne, które urządzała Izabela, małżonkom udało się zyskać rozgłos i renomę. Bywali u nich najznamienitsi ludzie tamtych czasów: Ignacy Daszyński, a także bracia Piłsudscy – Józef i Bronisław.

Zawołany narciarz, rzadko upadał

Kiedy Zaruski przyjeżdża do Zakopanego, ma 40 lat. Jest krępym mężczyzną średniego wzrostu. Nosi wąsy, włosy zaczesuje gładko do tyłu. Pewne poruszenie wzbudzają jego tatuaże: wizerunki smoków i orłów na przedramionach10. Gdy wychodzi w góry, zawsze zakłada podkute buty. Latem na szlaku można go spotkać w berecie, do którego przypina odznaki towarzystw turystycznych i narciarskich.

Był to bardzo sprawny mężczyzna, cieszący się doskonałą kondycją i wytrzymałością. Ćwiczył codziennie. Z równie wielkim zaangażowaniem, z jakim kiedyś eksplorował morze, zaczął poznawać góry i zdobywać tatrzańskie szczyty. Wspinał się znakomicie, czym zyskiwał uznanie najlepszych wspinaczy tamtej epoki. Był też świetnym narciarzem: jeździł pewnie, rzadko upadał, a jeśli się to zdarzyło, dokładnie oglądał miejsce upadku, by poznać przyczynę niepowodzenia. Często wyprawiał się w góry, wykorzystując poznane w Norwegii narty. Dokonał licznych pierwszych wejść zimowych w Tatrach – zdobył ponad 20 szczytów. Jako pierwszy przeszedł kilkanaście przełęczy, grani i tras turystycznych. Wytyczył mnóstwo nowych szlaków, m.in. 12 dróg na Giewont. Nigdy się nie poddawał, nie szedł na łatwiznę. Nie znosił odpinania desek, nawet w najtrudniejszych miejscach. Czuł, jak sam mówił, „odrazę do pewnego rodzaju partactwa narciarskiego”11. Nie brakowało mu pomysłowości. Skonstruował hamulec do nart i wymyślił kijki norweskie z odpinanymi talerzykami, które po połączeniu dawały jeden długi kij alpejski. Był zapalonym grotołazem, odkrywcą kilku jaskiń tatrzańskich.

Mówiono o nim, że za cokolwiek się wziął, od razu pisał książkę. Nie inaczej było z narciarstwem. Zaruski wydał kilka książek o tematyce górskiej: podręczniki, poradniki, opowieści o własnych przygodach. Stworzył słowniczek pojęć narciarskich – oczyszczał polską terminologię z obcych naleciałości, wprowadził do literatury fachowej słowo „narty” i wiele innych ważnych określeń. Pisał o górach lekko i ze swadą, z zaangażowaniem i znawstwem. Jego teksty do dziś czyta się z wypiekami na twarzy. Choćby opis wycieczki na Zawrat, gdy Zaruski już prawie żegnał się z życiem, lecąc w dół na łeb na szyję po twardym, zmrożonym śniegu. Nabierał prędkości i nie mógł się zatrzymać. Uratował go dwumetrowy „bambus”, czyli kij alpejski – nieodłączny towarzysz narciarskich wypraw. Pierwsza myśl, stać, zatrzymać się. Ale jak? Narty leżą na lodzie bezwładnie. Wykręciłem się więc twarzą do lodu i „pazdury” zamknięte w grubych rękawicach wpiłem w podłoże. Skutek był taki, jak gdybym po szkle wodził palcami… Rozpacz. Stój, stać! – krzyczał mi instynkt samozachowawczy do ucha. Jechałem już bardzo szybko… Trzask prask – chmura śniegu, skończyło się. Nie, nie skończyło, bo lecę dalej, wcale nawet wygodnie leżę na śniegu i spadam… A może ta rzecz się dzieje na tamtym świecie? Nie, niedorzeczność, Czarny Staw przede mną, lecę do Czarnego Stawu, niezawodnie już spadłem ze ściany… ale cóż tam szoruje i dzwoni nade mną? Oglądam się, kij, mój własny, wzruszony widocznie moją niedolą popędził za mną, a że był mniejszy i bardziej śliski, więc mnie dogonił… Sięgnąłem ręką po niego, po chwili miałem go już pod pachą i prułem śnieg z całej mocy… uff, dobra była jazda, trochę tylko za prędka! Gorąco!… Uczestnicy wycieczki widzieli mój upadek i ze szczerym przerażeniem stwierdzili, że ze mnie już trup, albo, w najlepszym razie, nieboszczyk. Jakże byli zdziwieni, gdy wyjrzawszy u góry ze ścian progu, spostrzegli owego nieboszczyka, stojącego na nartach i zapalającego papierosa12.

Mariusz Zaruski na nartach w Zakopanem.
Źródło: archiwum Muzeum Tatrzańskiego

Wydany w 1913 r. w drukarni Anczyca Przewodnik po terenach narciarskich Mariusza Zaruskiego.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Książka Na bezdrożach tatrzańskich Mariusza Zaruskiego, wydana w 1923 r.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Mariusz Zaruski (z prawej) i ratownicy Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.
Źródło: archiwum Muzeum Tatrzańskiego

Śmierć w lawinie Mieczysława Karłowicza (powyżej), wybitnego kompozytora i przyjaciela Mariusza Zaruskiego, spowodowała powstanie TOPR.
Źródło: domena publiczna

Głaz upamiętniający Karłowicza na szlaku z Hali Gąsienicowej do Czarnego Stawu ozdobiony starym góralskim motywem, tzw. krzyżykiem niespodzianym.
Źródło: domena publiczna

Pogotowie ratunkowe musi być i będzie!

Rosnąca popularność gór i sportów narciarskich ściągała pod Giewont coraz liczniejsze rzesze turystów. Brak przygotowania i wiedzy, często też lekkomyślność i brawura sprawiały niestety, że powszechnie zdarzały się wypadki – a nie istniała oficjalna służba ratownicza. Pomoc poszkodowanym na górskich szlakach organizowano doraźnie, od przypadku do przypadku. Zaruski jako jeden z pierwszych badał i opisywał zjawisko lawin śnieżnych w Tatrach. I to on wpadł na pomysł, by stworzyć górskie pogotowie ratunkowe. Z uporem działał w tej sprawie, przez cały rok 1908 publikował artykuły i apele o poparcie idei pogotowia. Wspierał go przyjaciel – znany kompozytor Mieczysław Karłowicz. Nie czekając na zgodę władz, Zaruski zorganizował tymczasową straż ratunkową. Bezpośrednią przyczyną powstania pogotowia z prawdziwego zdarzenia stała się śmierć Karłowicza w lawinie śnieżnej.

Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe powołano do życia 29 października 1909 r. Ustalono, że godłem będzie niebieski krzyż na białym polu. TOPR miał poszukiwać zaginionych w górach i nieść pierwszą pomoc w nieszczęśliwych wypadkach. Zaruski zorganizował pogotowie na wzór wojskowy. Wyprawa ratunkowa wyruszała najpóźniej półtorej godziny od otrzymania wezwania, a przed akcją naczelnik dzielił ratowników na oddziały i wyznaczał im marszrutę13.

Na początku 1910 r. udało się zorganizować w Zakopanem pierwsze zawody narciarskie w stylu alpejskim. Zaruski niechętnym okiem patrzył na wyczynowe narciarstwo. Sport trzeba wygnać z Tatr, bo Tatry to nie boisko, tylko świątynia – powtarzał. Zgodził się jednak wziąć udział w zawodach, wystartował w tatrzańskim biegu starszych i zajął trzecie miejsce. Prowadził również naukę jazdy na nartach – i był instruktorem niesłychanie wymagającym. Kilkudniowy kurs kończyła wspólna wyprawa na Kasprowy Wierch lub Giewont.

Ale Zaruski działał nie tylko na rzecz sportu, był dla Zakopanego kimś znacznie więcej niż pionierem i propagatorem narciarstwa. Udzielał się społecznie. Nadzorował prace przy budowie schronisk na Hali Gąsienicowej i nad Morskim Okiem. Wspierał tatrzańską przyrodę, organizował straż pożarną. Był redaktorem lokalnego czasopisma „Zakopane”, w którym publikował teksty o tematyce sportowej i promujące zdrowy styl życia. Z jego inicjatywy powstały przebieralnie dla turystów na dworcu. Należał do większości organizacji działających w Zakopanem. Po co to wszystko robił? Oddajmy mu głos: Dla mnie osobiście Tatry zimowe i ciężkie wyprawy narciarskie były przede wszystkim szkołą charakterów, remedium na zastraszające cherlactwo duchowe i fizyczne, gorliwie pielęgnowane przez polityczne ustroje państw zaborczych […]. Przez pokonywanie trudów i niebezpieczeństw w długich wyprawach tatrzańskich chciałem kroplę tężyzny angielskiej zaszczepić naszej młodzieży. A trudy były, nawet niemałe – trzeba to przyznać, jeśli się zważy, że schronisk zimowych nie było wcale: wszystko, co było do życia potrzebne, musiało się dźwigać na sobie14.

Niejeden raz ryzykował życie i osobiście kierował akcjami ratunkowymi, niosąc pomoc zaginionym w górach. Po raz ostatni wyruszył z misją ratunkową latem 1914 r. Kiedy toprowcy wrócili z wyprawy, dowiedzieli się, że wybuchła wojna.

I wojna światowa, Legiony Polskie: brygadier Józef Piłsudski (z prawej) rozmawia z Ignacym Daszyńskim (w środku) i rotmistrzem Mariuszem Zaruskim.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Do Beliny!
W sierpniu 1914 r. Zaruski dołączył do kompanii zakopiańskiej, pociągając za sobą wielu górali, którzy widzieli w nim swojego przewodnika. Doszedł do Kielc i tam chciał się zaciągnąć do artylerii, ale przypadkiem spotkał na ulicy dawnego przyjaciela z zesłania – znanego pisarza Andrzeja Struga, który służył w batalionie Władysława Beliny-Prażmowskiego. Zaruski zameldował się więc u Beliny i rozpoczął służbę jako szeregowiec. Dzięki zdolnościom wojskowym i organizacyjnym szybko awansował. Został dowódcą plutonu w stopniu podporucznika, a następnie komendantem Szkoły Narciarskiej Polskich Legionów. Stanął na czele
1. Pułku Ułanów. Brał udział we wszystkich walkach swego oddziału z Rosjanami. W lipcu 1917 r. wraz z licznymi oficerami i żołnierzami Legionów odmówił złożenia przysięgi wierności dowództwu armii austro-węgierskiej i niemieckiej. Pułk nasz miał wielu inteligentów, poczucie narodowe doskonałe. Nikt się do „Polnische Wehrmacht” nie zgłosił15 – opowiadał po latach.
Za zbrodnię rokoszu wojskowego, niewykonanie rozkazów i działanie przeciwko władzy groził mu – jako obywatelowi austriackiemu – sąd wojenny. Zaruski odsiedział dwa miesiące w przemyskim więzieniu i wrócił do Zakopanego. Mianowany przez Józefa Piłsudskiego komendantem Polskiej Organizacji Wojskowej w obwodzie nowotarskim, wraz ze swą kompanią wysokogórską wyzwolił liczne polskie wsie na Spiszu i Orawie. W nagrodę otrzymał od gen. Edwarda Rydza-Śmigłego awans do stopnia majora. Jako że Zaruski był doświadczonym kawalerzystą, skierowano go do Komisji Regulaminów Jazdy. Opracował tam dwa ważne regulaminy służbowe, zatytułowane Nauka jazdy konnej i Rząd koński.
Z 11. Pułkiem Ułanów, którego od 1919 r. był dowódcą, brał udział w walkach o Wilno: Przed Wilnem w lasku ostatnia odprawa. Las pachnie i wiosna. Niedługo będzie Wielkanoc. Na trawie oświetlona mapa, słuchamy w skupieniu. Belina wydaje rozkazy. (…) Mam rozkaz: opanować dworzec, a potem miasto, ile się da. Sytuacja o tyle skomplikowana, że nie mieliśmy planu Wilna i w ogóle nikt z nas tego ślicznego miasta nie znał. […] Zatrzymujemy się koło mostku żelaznego, co biegnie nad torami. Jeden szwadron uderza ze skrzydła. Na dworcu nikt się nas nie spodziewa. Nie ma czasu na namysły. Ruszamy gęsiego przez mostek. Już dworzec. Opanowaliśmy go szybko i sprawnie. Na szynach stał pociąg pełen śpiących żołnierzy bolszewickich. Wszystkich wzięliśmy do niewoli. Nim oprzytomnieli ze snu, było już za późno. […] Nam czas do miasta, bo świt zamienia się w dzień. Bolszewicy mogą się zorientować i uprzedzić nasz atak. […] Wpadamy na ulice – i dalej, na arsenał! Naprzeciw arsenału hotel, a w nim cywilne władze bolszewickie. Tu dopiero natrafiliśmy na opór. Zaczęła się walka16.
Po zaciętym boju, trwającym do późnych godzin nocnych, zmęczonym Polakom przyszły na pomoc oddziały kpt. Władysława Langera ps. „Złom”. Udało się wziąć Wilno – za co Zaruski został uhonorowany Krzyżem Virtuti Militari. Kolejne boje przyniosły mu wiele odznaczeń i awans. Od marca 1923 r. do kwietnia 1926 r. pełnił funkcję adiutanta generalnego prezydenta Stanisława Wojciechowskiego. Miał informować o nastrojach panujących w wojsku i pracach podejmowanych przez Ministerstwo Spraw Wojskowych. Referował wnioski o ułaskawienie w sprawach karnych sądów wojskowych, a także dowodził szwadronem i kompanią przyboczną. Ponieważ był człowiekiem Piłsudskiego, źle znosił walkę między marszałkiem a prezydentem. Starał się być lojalny wobec obu. Tuż przed zamachem majowym, już w stopniu generała, przeszedł w stan spoczynku (oficjalnie z powodu wieku) i razem z żoną przeprowadzili się do Warszawy.
W czasie służby wojskowej Zaruski był wielokrotnie odznaczany: Orderem Virtuti Militari V klasy, pięciokrotnie Krzyżem Walecznych, Orderem Odrodzenia Polski IV i III klasy, Medalem Pamiątkowym za Wojnę 1918-1921. Nie dorobił się jednak żadnego majątku. Utrzymywał się z emerytury i pracy literackiej.

Mariusz Zaruski jako oficer kawalerii Legionów.
Źródło: domena publiczna

1. Pułk Ułanów I Brygady Legionów. Pierwszy z lewej Mariusz Zaruski.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Oficerowie i żołnierze Szwadronu Przybocznego Naczelnika Państwa, 1923 r. Trzeci od lewej płk Mariusz Zaruski.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Ośrodek szkoleniowy żeglarzy w Jastarni, 1929 r. Na zdjęciu kierownik i główny instruktor gen. Mariusz Zaruski.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Znaczek 100. rocznica zaślubin Polski z morzem.
Źródło: Poczta Polska S.A.

Jachting prawdziwie męski, pełnomorski

Prawie 60-letni Zaruski ani myślał o spokojnym, statecznym życiu emeryta. Chciał działać. Za swoją nową misję uznał wprowadzenie Polski na morze. W wyniku I wojny światowej uzyskaliśmy wąski pas wybrzeża nad Morzem Bałtyckim w okolicy Pucka, Wejherowa i Półwyspu Helskiego. Niestety na początku lat 20. społeczeństwo nie było zbyt zainteresowane sprawami morskimi. Wielu ludzi sprawujących władzę, a nawet zwykłych urzędników wywodziła się z Galicji. Nie znali morza, nie rozumieli, jaki potencjał ono stwarza. Nie było tradycji łączących Polskę z morzem.

Zaruski wiedział, jakie znaczenie gospodarcze i polityczne ma morze. Chciał zatem uzmysłowić wszystkim rodakom, że jest ono źródłem potęgi i bogactwa kraju. A przy okazji stanowi bramę – najszerszą i najtańszą – do wszystkich zakątków świata. Marzył o niezależnej Polsce, która będzie potrafiła czerpać z odzyskanego dostępu do morza. Sukces w dużej mierze zależał od budowy własnej floty wojennej i handlowej. Przez 9 wieków nie zbliżyliśmy się psychicznie do morza. Jesteśmy narodem wybitnie lądowym. Trzeba więc koniecznie zmienić psychiczne nastawienie mas! Bo morze dla naszego życia narodowego to bogactwo materialne i duchowe. Stale grozi nam konflikt zbrojny o dostęp do niego. A taka przegrana byłaby czymś okropnym. Strata naszego Bałtyku to kościuszkowskie „finis Polonaise” – mówił Zaruski17.

Wśród elit gospodarczych i politycznych zawzięcie upowszechniał modę na jachting morski. Zdołał nawet namówić prezydenta Wojciechowskiego do odwiedzenia Wybrzeża. W 1924 r. Zaruski stworzył Yacht Klub Polski. Już po roku kupiono pierwszy pełnomorski statek – Witeź, na którego pokładzie założyciel klubu odbył pierwszy rejs pod polską banderą do Szwecji i Danii. Swoje podróże opisywał w książkach, a własne motywacje wyjaśniał tak: Pragnąłem przykładem „Witezia” oderwać od brzegu tych, którzy kąpią się w morzu, pływają w kajakach albo na rybackich żaglówkach zawsze tuż-tuż, o sto metrów od brzegu, i pociągnąć ich samych albo przynajmniej ich dusze na pełne morze. […] Nasz jachting od samych początków musi przybrać cechy męskości. Zaczarowany trójkąt zostawmy dla kajaków, sami zaś idźmy na morze. Morze jednak – o tym pamiętać należy – zaczyna się tam, gdzie brzegi nikną z oczu zupełnie18.

Od 1927 r. Zaruski pełnił funkcję sekretarza generalnego Komitetu Floty Narodowej, który miał się zająć organizacją i koordynacją wszelkich akcji zmierzających do budowy polskiej floty. Był w swoim żywiole. Działał z rozmachem. Zaczął od spotkań na wysokim szczeblu, m.in. z marszałkiem Sejmu Ignacym Daszyńskim, z którym się przyjaźnił, oraz z ministrem spraw wewnętrznych gen. Felicjanem Sławojem-Składkowskim. A później ruszył w Polskę. Organizował wykłady, spotkania, prelekcje. Pokazywał przeźrocza, wykorzystywał media: prasę, radio, film. Urządzał wystawy. Rozdawał flagi, ulotki, proporczyki, tabliczki z logiem KFN19. Zaangażowanie się opłaciło: po sześciu latach, w roku 1929, ze składek obywateli zakupiono Dar Pomorza i wiele innych jachtów pełnomorskich.

Wszystko szło naprawdę dobrze i wydawało się, że realizacja wizji morskiej potęgi Polski to tylko kwestia czasu. A jednak w obliczu kryzysu gospodarczego idea budowy silnej floty straciła na znaczeniu i niektórym wydawała się stratą pieniędzy. W 1932 r. uchwałą Sejmu rozwiązano KFN. Zaruski wrócił do domu i zajął się pisaniem poradników żeglarskich, opowiadań marynistycznych i felietonów do gazet. W przedmowie do książki Wśród wichrów i fal komentował z lekkim wyrzutem: Pływałem, […] mokłem i marzłem na pokładach jachtów nie po to, ażeby z Was uczynić sportowców, lecz dlatego, ażebyście Wy, jako Polacy, poznali morze, uczuciem z nim się związali, uznali je za własną bezcenną wartość, bez której nie ma życia dla dzisiejszej Polski20.

Mariusz Zaruski – kapitan harcerskiego szkunera Zawisza Czarny, przy sterze
na pokładzie żaglowca.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

W trudzie żeglarskim kształtują się charaktery

Według Zaruskiego dostęp do morza miał jeszcze jedną, ogromnie istotną wartość. Doświadczony marynarz dostrzegał wychowawczy walor żeglowania, tak przecież potrzebny narodowi, który przez wieki zasiedział się na lądzie. Nowe, rozszerzone wydania książek Współczesna żegluga morska oraz Na morzach dalekich zdobyły sporą popularność i uczyniły z generała znanego marynistę. Postanowił to wykorzystać i zająć się kształceniem młodzieży na prawdziwych wilków morskich. Natura przywódcy, organizatora i społecznika znów doszła do głosu. Trzeba dać możność młodym ludziom poznać morze, odbywać podróże nie na leżakach wygodnych parostatków, ale w pracy, przygodach, a czasem i niebezpieczeństwie żaglowych okrętów. W twardym trudzie żeglarskim hartują się charaktery21 – przekonywał Zaruski.

W 1934 r. harcerze zorganizowali zbiórkę pieniędzy, za które kupili w Danii stary trzymasztowy szkuner. Nadawał się on do generalnego remontu, ale stocznia żądała astronomicznej kwoty. Okręt został więc przeprowadzony do Gdyni i harcerze sami zabrali się do pracy. Z gór sprowadzono cieśli, którzy pracowali za symboliczne wynagrodzenie. Nieodpłatnie pomagali pracownicy stoczni. Zaruski początkowo nie wierzył w sukces przedsięwzięcia, ale szybko przekonały go postępy prac, zapał i zaangażowanie harcerzy. Wkrótce statek był gotowy i teraz brakowało już tylko kapitana. Harcerze poszukiwali człowieka doświadczonego, popularnego i umiejącego pracować z młodzieżą. Czyli Zaruskiego właśnie. Objął on dowództwo w 1935 r. i zaproponował, by okręt, który początkowo miał nosić nazwę Harcerz, nazwać Zawiszą Czarnym – dla podkreślenia, jak ważne jest dochowanie danego słowa. Wszak rota harcerskiego przyrzeczenia kończy się stwierdzeniem: „Na słowie harcerza polegaj jak na Zawiszy”.

Codzienność na statku nie była łatwa. Dzień zaczynał się od… szorowania pokładu. Wszystko musi być wypolerowane „na słońce”, przy użyciu szczotek, wody i piasku. Później przypadnie kolejno na każdego, bez różnicy stopnia i wieku służba porządkowa: czyszczenie i skrobanie burt, zamiatanie pokładu i messy, mycie naczyń, służba wachtowa, wspinanie się po linach. Jednym słowem służba niesłychanie urozmaicona. […] Oto moje ręce: są zgrubiałe od pracy i pokryte odciskami… […] Ale podróż w takich warunkach daje pełne pojęcie o służbie na morzu22 – opowiadał Zaruski podczas jednego z wywiadów.

Młodzi członkowie załogi ubóstwiali swojego kapitana, był dla nich niedościgłym wzorem. Na każdym kroku okazywali mu podziw i szacunek. Uwielbiali szczególnie wieczorne spotkania w mesie, podczas których z wypiekami na twarzach słuchali o przygodach Zaruskiego. Sumiennie wypełniali jego rozkazy i zawsze starali się przestrzegać zarządzeń, np. zakazu chodzenia po pokładzie w nakryciu głowy. Zaruski zaś mówił o harcerzach, że lepszej załogi nie mógłby sobie wymarzyć. Darzył ich szacunkiem, zawsze był sprawiedliwy i wyrozumiały. Wymagał wiele, ale też zachęcał własnym przykładem. Kiedy pokład był brudny, sam chwytał za kubeł z wodą i szczotkę – po chwili wszyscy szli w jego ślady i szorowali deski. O swej misji generał opowiadał tak: Być kapitanem Zawiszy to rzecz odpowiedzialna. Szkolę harcerzy bez kwalifikacyj. Materiał surowy. Całe noce czuwam na pokładzie. Opiekuję się nimi jak ojciec. I dziś jakże zadowolony być mogę, mając już dobrych oficerów, doskonałe rozsadniki „bakcyla morskiego”23.

Jako kapitan Zawiszy Zaruski nie pobierał żadnej pensji, a często dokładał z własnej kieszeni, gdy trzeba było dokupić sprzęt. Pierwszy rejs Zawiszy pod dowództwem generała rozpoczął się 29 czerwca 1935 r., a zakończył 13 sierpnia. Statek zawinął do Londynu, Antwerpii i Kopenhagi. Do sierpnia 1939 r. wypłynął w 26 rejsów.

Kapitan opuszcza statek ostatni

Druga wojna światowa nie obeszła się łagodnie ani z Zawiszą Czarnym, ani z jego kapitanem. W roku 1940 Niemcy przejęli okręt i wykorzystywali go jako jednostkę szkoleniową dla podchorążych marynarki. Po zakończeniu wojny Zawiszę odnaleźli pracownicy Polskiej Misji Morskiej. Był w tak złym stanie, że nie nadawał się już do remontu. W 1948 r. został przeholowany w okolice Chałup i tam zatopiony. Akcję utrzymywano w tajemnicy i może nikt by się o niczym nie dowiedział, gdyby nie to, że szczątki statku odnaleźli w 1982 r. nurkowie z Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku.

Wraz z rozpoczęciem działań wojennych Zaruski zgłosił się do wojska. Nie przyjęto go z uwagi na wiek. Wyjechał do Lwowa, gdzie się ukrywał, korzystając z fałszywych dokumentów. W marcu 1940 r. wpadł w ręce NKWD. Skazany na pięć lat zsyłki, nie wytrzymał nieludzkich warunków panujących w więzieniu. W kwietniu 1941 r. zmarł z wycieńczenia w Chersoniu koło Odessy. Z inicjatywy harcerzy prochy generała przeniesiono do Zakopanego i pochowano na Pęksowym Brzyzku. Jak chciał zostać zapamiętany? Najlepszą odpowiedzią będą jego własne słowa: Gdy stanę przed św. Piotrem i ten zapyta, jak mnie zameldować, odpowiem: łamałem młotem wrzeciądza niewoli, prowadziłem Polaków w góry i nad morze, ażeby stali się twardzi jak granit, a dusze mieli czyste i głębokie jak morze24.

Mariusz Zaruski na pokładzie żaglowca, 1937 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Ostatnie zdjęcie Mariusza Zaruskiego, wykonane w więzieniu po aresztowaniu przez NKWD.
Źródło: domena publiczna

Grób Mariusza Zaruskiego w Chersoniu.
Źródło: domena publiczna

Grób Mariusza Zaruskiego na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem.
Źródło: domena publiczna