Janusz Kusociński Król bieżni

W obozie olimpijskim wre praca planowa i spokojna. Własnemi drogami chodzi tylko Kusociński, który jest w formie wprost znakomitej. Prasa amerykańska nie szczędzi mu swego zainteresowania, napotyka się jednak na grobowe milczenie Polaka, który zdaniem reporterów „milczy i trenuje jak Nurmi1” – pisał „Przegląd Sportowy” 30 lipca 1932 r. Dzień później o godz. 17.40, wśród głośnych owacji, flaga Polski została wciągnięta na maszt, a na stadionie rozległ się Mazurek Dąbrowskiego. Janusz Kusociński odebrał złoty medal na igrzyskach olimpijskich w Los Angeles.

Bracia w służbie niepodległości

Janusz Kusociński urodził się 15 stycznia 1907 r. w Warszawie jako szóste dziecko urzędnika kolejowego Klemensa i Zofii ze Śmiechowskich. Od najmłodszych lat na przykładzie swoich najbliższych mógł się przekonać, czym są patriotyzm i zaangażowanie na rzecz niepodległości Polski. Jego najstarszy brat Zygmunt za działalność niepodległościową został w roku 1905 zmuszony do emigracji. Bracia nie zdążyli się poznać – Zygmunt zmarł w Paryżu podczas I wojny światowej. Prawdopodobnie został poważnie ranny.

Także drugi brat Janusza, Tadeusz, za zaangażowanie na rzecz ojczyzny zapłacił najwyższą cenę. Jako podoficer 2. Pułku Szwoleżerów zginął podczas wojny polsko-bolszewickiej pod Zamościem w 1920 r.

Janusz dorastał w Ołtarzewie pod Ożarowem Mazowieckim, gdzie pomagał ojcu w gospodarstwie rolnym. Ku rozpaczy rodziców nigdy nie przejawiał szczególnego zainteresowania nauką. Jak sam przyznał po latach, matka prognozowała, że nic dobrego z niego nie wyrośnie. Ojciec starał się zachęcić syna do poważnego traktowania obowiązków szkolnych. Nieraz dosłownie uszy puchły od tych nauk. Ale bo też tatuś sportu nie uznawał, gardził sportowcami, a ponad wszystko cenił wiedzę. Chciał mi wpoić zamiłowanie do nauki – ale łatwiej byłoby nauczyć astronoma skoku o tyczce, aniżeli mnie zmusić do ślęczenia nad tabliczką mnożenia2 – pisał w pamiętniku Kusociński.

Zdeterminowani rodzice wysłali syna do jednej z warszawskich szkół. Ojciec ufał, że pobyt w szkole wpłynie zbawiennie na mój charakter, że się ustatkuję i zakocham w książkach – a tym czasem ja zakochałem się w piłce3 – przyznał po latach sportowiec.

Mimo trudności skończył w 1928 r. szkołę ogrodniczą, która przygotowywała do zawodu, jednak nie dawała możliwości przystąpienia do egzaminu dojrzałości. Maturę zdał eksternistycznie dziewięć lat później. Ukończył także studia w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego w Warszawie (obecna AWF). Potem pracował m.in. jako dziennikarz i nauczyciel wychowania fizycznego. Przez jakiś czas był nawet ogrodnikiem w parku Łazienkowskim.

Bieganie przez przypadek

Miłość do sportu rozbudził w Januszu jego brat Tadeusz. Po lekcjach (uczęszczał do warszawskiej szkoły Edwarda Rontalera) mały Tadek uczył swojego młodszego brata gry w palanta. Żywiołowy i energiczny Janusz od razu pokochał sport. Zamiast przesiadywać nad książkami, spędzał dni na świeżym powietrzu. Podobno w czasie rozgrywek zawsze dało się u niego zauważyć cechy niezbędne wielkiemu sportowcowi – wytrwałość i upór. W trakcie gry za wszelką cenę starał się dać z siebie wszystko i być najlepszym. W szkole ogrodniczej wspólnie z kolegami Kusociński założył klub sportowy o nazwie Pretoria. Najczęściej spotykali się podczas rozgrywek piłki nożnej.

To właśnie na boisku piłkarskim Kusociński widział swoją przyszłość. Już jako mały chłopiec był zawodnikiem zespołu Ożarowianka. W wieku 17 lat związał się z warszawskim klubem robotniczo-tramwajarskim Sarmata. Pewnie zostałby piłkarzem, gdyby nie przypadek. Któregoś dnia zjawił się na zawodach lekkoatletycznych, na których miał kibicować swojemu koledze. Okazało się jednak, że w drużynie Sarmaty brakuje jednego zawodnika, dlatego zaproponowano Kusocińskiemu start w biegu na 800 m. Chłopak bez żadnego przygotowania stanął na starcie i zajął pierwsze miejsce. Powiedziałem sobie – było nie było, raz kozie śmierć – no i pobiegłem. Rezultat był dobry – w biegu 800 m wygrałem, bijąc drużynę Skry4 – napisał w pamiętniku. Ten sukces przesądził o jego dalszych losach.

Talent „Kusego” (przydomek zawdzięczał tyleż nazwisku, co krępej budowie ciała i dość niskiemu wzrostowi – 165 cm) zauważył estoński mistrz dziesięcioboju Aleksander Klumberg. Został jego trenerem, a w późniejszych latach konsultantem. Specjalnie dla Kusocińskiego opracował indywidualną metodę treningową, trening interwałowy. Polega on na pokonywaniu pewnych odcinków możliwie szybko i intensywnie na przemian z tzw. odcinkami odpoczynkowymi.

Złoty medal z X Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles w 1932 r. Ze zbiorów Muzeum Olimpijskiego w Lozannie
Fot. Wikipedia

Zwycięstwa i rekordy

Janusz Kusociński był najlepszym polskim lekkoatletą okresu międzywojennego i pierwszym Polakiem, który w męskich konkurencjach zdobył złoty medal olimpijski. Dwukrotnie udało mu się ustanowić rekord świata: w biegu na 3000 m z czasem 8:18,8 (w Antwerpii 19 czerwca 1932 r.) oraz w biegu na 4 mile z czasem 19:02,6 (w Poznaniu 30 czerwca 1932 r.). Zajął drugie miejsce w biegu na 5000 m na mistrzostwach Europy 1934 w Turynie (14:41,2) oraz piąte miejsce w biegu na 1500 m (3:59,4). Szesnaście razy reprezentował nasz kraj w międzypaństwowych zawodach, podczas których wystartował w 31 konkurencjach, odnosząc 25 indywidualnych zwycięstw.

Dwadzieścia pięć razy pobił rekord Polski (bieg na 1000 m, 1500 m, 2000 m, 3000 m, 5000 m, 10 000 m oraz w sztafecie olimpijskiej 4 × 1500 m). Dziesięć razy zdobył mistrzostwo Polski: w biegu na 800 m (1932 r.), 1500 m (1930 i 1931), 5000 m (1928, 1930 i 1931) i 10 000 m (1939) oraz przełajowym (1928, 1930 i 1931). Dwukrotny mistrz kraju i halowy mistrz Polski w biegu 3 × 800 m (1939). Cztery razy triumfował w biegu narodowym.

Kusociński zdobył złoty medal olimpijski w biegu na 10 000 m podczas igrzysk olimpijskich w Los Angeles w 1932 r. Jego krążek przez lata wisiał jako wotum w kaplicy Baryczków w Warszawie. Zniknął w 1981 r. i nigdy nie został odnaleziony.

Pierwsze sukcesy

Po raz pierwszy „Kusy” oficjalnie wystąpił jako lekkoatleta na igrzyskach robotniczych w Pradze w 1927 r., na których zajął trzecie miejsce na dystansie 800 m. W biegu na 1500 m był drugi. Rok później zdobył tytuł mistrza kraju w biegu na 5000 m. Z czasem 15:41,0 ustanowił nowy rekord Polski.

W 1928 r. biegacz przeniósł się do klubu Warszawianka. Przygotowywał się także do startu w igrzyskach w Amsterdamie. Choć ostatecznie nie wziął w nich udziału z powodu słabego wyniku, zyskiwał coraz większą szybkość i sprawność. Był podobno bardzo zmotywowany i sumienny. Ćwiczył pod okiem trenera, ale nad rozwojem mięśni pracował także… kosząc zboże. Twierdził, że taki rodzaj wysiłku pozwala wzmocnić brzuch, nogi i biodra.

Nad kondycją Kusociński mógł pracować również na parkiecie. Podobno był świetnym i zapalonym tancerzem. Jedno z takich tanecznych spotkań o mały włos nie skończyło się dla niego kłopotami. Dwudziestokilkulatek świetnie bawił się ze znajomymi w Warszawie i nie zauważał upływu czasu. W końcu nad ranem dotarł na dworzec, jednak okazało się, że z powodu intensywnych opadów śniegu pociągi nie kursują. Wiedział, że jeśli nie wróci, czeka go kolejna trudna rozmowa z ojcem. Postanowił więc pobiec do Ołtarzewa (ok. 15 km). Jak wspominał, zimowe odzienie krępowało mu ruchy, a śnieg mroził twarz, lecz strach przed ojcem był silniejszy.

W 1930 r. Kusociński triumfował w biegu na 5000 i 1500 m. Zyskiwał coraz większe uznanie i grono wielbicielek (jedna przesyłała mu kwiaty i bombonierki, a nawet groziła samobójstwem, jeśli nie odwzajemni jej uczuć). W 1931 r. został uznany za najlepszego sportowca Polski w plebiscycie „Przeglądu Sportowego”.

Najlepszy w jego karierze okazał się jednak dopiero kolejny rok. Jeszcze przed wyjazdem na igrzyska w Los Angeles udało mu się pobić dwa rekordy świata: 19 czerwca w biegu na 3000 m oraz 30 czerwca w biegu na 4 mile. Sukces Polaka miał wymiar osobisty, ale także symboliczny. Po raz pierwszy od 20 lat ktoś zdołał pokonać Finów w tej dyscyplinie.

 
Znaczek pocztowy przedstawiający Janusza Kusocińskiego podczas igrzysk olimpijskich w 1932 r. oraz znaczek z okazji igrzysk olimpijskich w Rzymie (1960 r.) upamiętniający złoty medal zdobyty przez Janusza Kusocińskiego w Los Angeles
Ze zbiorów prywatnych Jacka Kosmali

Janusz Kusociński i Fin Volmari Iso-Hollo w biegu na dystansie dwóch mil angielskich w ramach zawodów lekkoatletycznych zorganizowanych przez klub sportowy Warszawianka na stadionie Legii w Warszawie, 15.10.1932 r. To właśnie Iso-Hollo był głównym rywalem Kusocińskiego w biegu podczas igrzysk olimpijskich w Los Angeles
Fot. NAC

Złoty „Kusy”

Jak relacjonował „Przegląd Sportowy” 30 lipca 1932 r., Kusociński dzień przed biegiem był w tak doskonałej formie, że napawało to lękiem Finów. Za sprawą dyskwalifikacji czołowego fińskiego zawodnika Paavo Nurmiego sprawa honoru Finlandii pozostała w rękach dwóch zawodników: Volmariego Fritijofa Iso-Hollo i Lauriego Johannesa Virtanena.

Zdaniem mediów obaj mieli problemy z aklimatyzacją i byli „nie bardzo w formie”. Dzień przed startem dziennikarz „Przeglądu Sportowego” zapytał Kusocińskiego, jak zamierza reagować na taktykę Finów. Szybkością i wytrzymałością. Nie ma nikogo na świecie, kto mógłby mnie zmęczyć swem tempem w pierwszej połowie biegu. Niech sobie to moi przeciwnicy wytłumaczą5 – powiedział.

Karta pocztowa z podobizną Janusza Kusocińskiego upamiętniająca zdobycie złotego medalu podczas igrzysk olimpijskich w 1932 r.
Ze zbiorów prywatnych Jacka Kosmali

Wioska olimpijska

„Przegląd Sportowy” 30 lipca 1932 r. opisywał warunki panujące w wiosce olimpijskiej i podczas igrzysk. Jak donoszono, bilety na uroczyste otwarcie kosztowały do trzech dolarów.

Wioska olimpijska składała się z 800 domków, a w każdym z nich były dwa łóżka. Każda ekspedycja ma swoją łaźnię, swą jadalnię i kuchnię. Każdy domek ma wielki rezerwuar wody chłodzonej, prysznic.

Dziennikarze mieli do dyspozycji stację telegraficzną i pocztę. Wysyłanie listów było bezpłatne.

Wioska olimpijska miała powierzchnię 140 akrów, w tym 40 akrów trawników i kwietników. Nad bezpieczeństwem zawodników czuwała policja, a wstęp na teren obiektu mieli tylko posiadacze przepustek albo znaczków uczestnika. Jednym słowem warunki idealne – pisał „Przegląd Sportowy”. Chwalił też klimat Los Angeles, który porównano do warunków w Europie Środkowej.

Na zawody przybyło ok. 1000 dziennikarzy. Dziennikarze mają roboty masę, zwłaszcza z powodu licznych przyjęć i zwiedzań Hollywoodu. Jeśli chodzi o pracę zawodową przy tak rozległej organizacji trudno jest we wszystkiem się połapać, zwłaszcza, że nie wiadomo, o co najpierw się dowiadywać6.

31 lipca na stadionie olimpijskim zgromadziło się ok. 40 tys. widzów i 1200 dziennikarzy. Dla większości zebranych pewne było, że triumf w biegu na 10 km będzie należał do Finów. Jeden tylko człowiek był pewny swego zwycięstwa – Kusociński. Dwudziestu ludzi miało cichą nadzieję w sercu – drużyna polska [Polacy biorący udział w olimpiadzie – przyp. red.]7.

Polak zwyciężył! Przerwał tym samym trwający od 1912 r. fiński monopol na długich dystansach. Bieg był bardzo emocjonujący, co szczegółowo zrelacjonował „Przegląd Sportowy”.

Na starcie stanęło 24 zawodników. Początkowo wszyscy biegli dość równo, jednak Kusociński prowadził. Na tysiąc dwusetnym metrze Fin Volmari Iso-Hollo wyprzedził Polaka. Przewagę zdołał utrzymać, ale tylko przez 200 m, bo nasz reprezentant znów wyszedł na prowadzenie. Tuż za nim trzymał się jego drugi fiński rywal – Virtanen. Od tego momentu wszyscy już wiedzieli, że rywalizacja rozstrzygnie się pomiędzy szóstką czołowych zawodników, reszta została dawno w tyle. Na dystansie 3400 m Polak i dwaj Finowie osiągnęli znaczące prowadzenie. Widać było, że jest wśród nich ten, który sięgnie po złoto.

Na szóstym kilometrze okazało się, że Virtanen nie wytrzymuje morderczego tempa narzuconego przez „Kusego” i Iso-Hollo. Dwaj najlepsi zwalniają i zaczynają walczyć już nie z czasem, ale tylko ze sobą nie zwracając uwagi na pobitych już przeciwników8. Do ósmego kilometra Fin utrzymywał się przed Polakiem, po czym nasz reprezentant objął prowadzenie.

Zaledwie 600 m przed metą Iso-Hollo znów wraca na czoło. Na prostej naprzeciw trybun Kusociński odrywa się od Fina. Chłostany huraganem oklasków zyskuje metr, dwa, osiem. Iso-Hollo ostetniemi siłami próbuje go gonić – na próżno. Ostatnie 20 metrów Kusociński ogląda się – zwalnia. Truchcikiem, panując absolutnie nad sytuacją, z uśmiechem na ustach przerywa taśmę9. Mamy złoto!

Gdyby Kusociński prowadził przez cały czas, pobiłby niewątpliwie mój rekord świata. Przyznaję, że takiego finiszu jak on nie posiada nikt z wielkich długodystansowców10 – mówi po biegu Janowi Erdmanowi, polskiemu dziennikarzowi, Fin Paavo Nurmi, który jeszcze kilka tygodni wcześniej był typowany na murowanego zwycięzcę tych zawodów.

Dopiero po zawodach okazało się, z jak potwornym bólem zmagał się „Kusy”. Już po biegu zrzucił buty i widzowie mogli dostrzec poranione stopy Polaka. Okazało się, że miał pantofle dobrane do biegania na trawie, tymczasem bieżnia na stadionie była bardzo twarda. Upał i przekrzywiona skarpetka potęgowały cierpienie.

Kilka dni po zwycięstwie Kusociński opowiadał dziennikarzowi: Niech pan zobaczy: na poduszkach palców bąble z krwią i materią. Bieżnia twarda (choć elastyczna i szybka), skarpetka skręciła mi się w czubku pantofla i nieszczęście gotowe […]. Na finiszu mogłem wygrać więcej, ale noga mnie tak bolała, że jak zobaczyłem, że Fin jest daleko, dałem spokój11.

Urazy okazują się tak poważne, że por. Bartenbach, lekarz, zakazuje sportowcowi startu przez co najmniej tydzień. Kusociński nie może więc wystąpić w biegu na 5 km.

W następnych latach „Kusy” zmagał się z poważną kontuzją kolana, która skończyła się operacją. Zdrowie nie pozwoliło mu na udział w olimpiadzie w 1936 r. w Berlinie. Uczestniczył w niej jako korespondent „Przeglądu Sportowego”. Przed wybuchem wojny udało mu się jeszcze m.in. pobić rekord Polski. Jednak tragiczne wydarzenia kolejnych miesięcy na zawsze przerwały wznowioną karierę biegacza.

Karta pocztowa wydana z okazji igrzysk olimpijskich w Los Angeles w 1984 r., upamiętniająca złoty medal Janusza Kusocińskiego zdobyty w Los Angeles w 1932 r.
Ze zbiorów prywatnych Jacka Kosmali

Polacy w Los Angeles

Z powodu niewielkiego budżetu na igrzyska olimpijskie w 1932 r. wysłano tylko 20 najlepiej rokujących sportowców, którzy wystąpili w konkurencjach lekkiej atletyki, wioślarstwa i szermierki. Poza Januszem Kusocińskim złoto zdobyła także sprinterka Stanisława Walasiewicz w biegu na 100 m. Po srebro sięgnęła dwójka wioślarska ze sternikiem w składzie: Jerzy Braun, Janusz Ślązak, Jerzy Skolimowski (sternik). Brązowy medal w rzucie dyskiem zdobyła Jadwiga Wajsówna. Trzeci drużynowo byli nasi szermierze w składzie Władysław Dobrowolski, Tadeusz Friedrich, Leszek Lubicz-Nycz, Adam Papée, Władysław Segda, Marian Suski. Brąz wywalczyła również dwójka wioślarzy: Henryk Budziński i Jan Krenz-Mikołajczak oraz czwórka ze sternikiem: Jerzy Braun, Edward Kobyliński, Janusz Ślązak, Stanisław Urban, Jerzy Skolimowski (sternik).

Janusz Kusociński podczas rozmowy ze swoim trenerem, estońskim lekkoatletą Aleksandrem Klumbergiem. Letnie igrzyska olimpijskie w Los Angeles, 1932 r.
Fot. NAC

Odważny żołnierz i konspirator

Gdy wybuchła II wojna światowa, Janusz Kusociński nie został wcielony do wojska. Po niedawnej operacji kolana w jego książeczce wpisano kategorię D (niezdolny do czynnej służby wojskowej). Jako kapral rezerwy zgłosił się jednak na ochotnika do wojska. Podczas kampanii wrześniowej wcielono go do kompanii karabinów maszynowych 2. Batalionu 360. Pułku Piechoty. Walczył w obronie Sadyby i brał udział w nieudanym ataku na Okęcie. Został dwukrotnie ranny. Jego towarzysze broni zauważyli u niego wyjątkowy spokój, a przy tym brawurę.

Jednym z aktów niezwykłej odwagi był przejazd bryczką z karabinem maszynowym pod sam ogień nieprzyjaciela. Jak wspominał dowódca kompanii, porucznik Antoni Grzesik, mistrz olimpijski z Los Angeles sam zgłaszał się do patroli. „Załatwiał wszystko i pomagał wszystkim” – wspominano. Swoją postawą podnosił morale całego oddziału12. Za swoją postawę został odznaczony Krzyżem Walecznych (28 września 1939 r.).

Czas okupacji nie należał do najłatwiejszych dla polskich sportowców. Niemcy zakazali Polakom udziału w zawodach sportowych i zlikwidowali rozgrywki. Nowa rzeczywistość zmuszała zawodników do znalezienia sobie zajęć, które pozwalały zarobić na życie. Od kapitulacji Warszawy Kusociński działał konspiracyjnie pod pseudonimem „Prawdzic” w Organizacji Wojskowej „Wilki”, w której powierzono mu komórkę wywiadu. Zatrudnił się jako kelner w gospodzie sportowej „Pod Kogutem”. Lokal przy ul. Jasnej w Warszawie powstał pod koniec listopada 1939 r. „Kusy” nie był jedynym znanym sportowcem, który znalazł tam sposób na regularne zarobkowanie. Kelnerami w gospodzie byli także mistrzowie tenisa Ignacy Tłoczyński i Jadwiga Jędrzejowska oraz medalistka olimpijska, oszczepniczka Maria Kwaśniewska. Cała czwórka była już wtedy rozpoznawana. Mieli kontakty i wraz z wybuchem wojny mogli wyjechać z kraju. Uznali jednak, że w Polsce będą potrzebni.

Zatrudnianie rozpoznawalnych twarzy w karczmie wydawało się bardzo ryzykowne. Prawdopodobieństwo, że mistrzowie sportu skupieni w jednym lokalu przyciągną uwagę hitlerowców, było duże. Jednak komendant Wilków Józef Brückner dostrzegał zalety zaistniałej sytuacji. Uważał powstanie baru za wielkie szczęście. Upatrywał w lokalu narzędzie do kontaktów z Niemcami, a to właśnie informacje były kluczowe w planowaniu walki.

Kusociński podobno zachowywał się w lokalu dość brawurowo. Choć obowiązki wykonywał wzorowo, zdawał się zupełnie nie zauważać obecności Niemców. Jak relacjonował Ignacy Tłoczyński: Kusociński na początku pracował w „Kogucie”, jak my wszyscy zresztą, bardzo sumiennie (zyski dzieliliśmy równo). Po pewnym jednak czasie zaczął przychodzić do gospody nieregularnie […]. Kiedy jednak już przyszedł, siadał w ostatniej loży naprzeciwko drzwi frontowych, kładł nogi na stół, wyciągał prasę podziemną i czytał ostatnie wiadomości radiowe. Każda osoba wchodząca do lokalu mogła to zauważyć. Wielokrotnie go ostrzegałem, ale niewiele to pomagało. Postępował nieostrożnie, lekceważył sobie każde niebezpieczeństwo i był bardzo pewny siebie13.

28 marca 1940 r. został aresztowany przez Gestapo w bramie domu przy ul. Noakowskiego 16, gdzie mieszkał z mamą i siostrą. Trafił do więzienia na ul. Rakowieckiej. Stamtąd przetransportowano go na Szucha i wreszcie na Pawiak. Podczas trzymiesięcznego śledztwa, mimo okrutnych tortur, Niemcy nie zdołali nic wyciągnąć z Kusocińskiego. Niektórzy historycy twierdzą, że hitlerowcy namawiali mistrza do trenowania niemieckich lekkoatletów. Ta teoria nie została jednak udowodniona.

21 czerwca 1940 r. Kusocińskiego przewieziono do Palmir, gdzie został rozstrzelany. W tej samej egzekucji zginęli jego kolega z Warszawianki, znany lekkoatleta i olimpijczyk Feliks Żuber, a także srebrny medalista (Paryż 1924) kolarz Tomasz Stankiewicz.

Na cześć „Kusego” od 1954 r. organizowane są coroczne międzynarodowe zawody – Memoriał Janusza Kusocińskiego.

W 2009 r. został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski „za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej, za osiągnięcia sportowe w dziedzinie lekkoatletyki”14.

Od góry: pamiątkowa tablica ku czci Janusza Kusocińskiego przy Forcie Czerniaków, ul. Powsińska 13 (to w tym miejscu Kusociński został ranny w czasie obrony Warszawy 25 września 1939 r.), tablica upamiętniająca Janusza Kusocińskiego przy ul. Stanisława Noakowskiego w Warszawie i grób Kusocińskiego na Cmentarzu w Palmirach
Fot. Wikipedia

Przypisy:

1 Paavo Nurmi – fiński biegacz długodystansowy, który podczas igrzysk w 1924 r., startując w pięciu konkurencjach biegowych, zdobył pięć złotych medali. Janusz Kusociński marzył, by pokonać go na igrzyskach olimpijskich w Los Angeles. Nurmi został jednak zdyskwalifikowany z powodu złamania ówczesnych przepisów o amatorstwie sportowców. Zrehabilitowano go w 1952 r. To jeden z najlepszych biegaczy w historii lekkiej atletyki. Według anegdot ścigał się z pociągami.
2 J. Kusociński, Od palanta do olimpiady i kilka lat później, oprac. K. Gryżewski, Warszawa 1957, s. 12.
3, 4 J. Kusociński, Od palanta do olimpiady i kilka lat później, oprac. K. Gryżewski, Warszawa 1957, cyt. za: B. Grudnik, Kusociński – wielka gwiazda sportu, wielki patriota, obnt.pl/pl/aktualnosci/kusocinski-wielka-gwiazda-sportu-wielki-patriota, 6 grudnia 2016 r. [data dostępu: 12 marca 2018 r.].
5 Kusociński trenuje i milczy, jak Nurmi, „Przegląd Sportowy”, nr 61, 30 lipca 1932 r., s. 2.
6 Los Angeles, „Przegląd Sportowy”, nr 61, 30 lipca 1932 r., s. 2.
7, 8, 9 Bieg Kusocińskiego największą sensacją Olimpiady, „Przegląd Sportowy”, nr 63, 6 sierpnia 1932 r., s. 4.
10 Kusociński – spadkobierca Nurmiego, „Przegląd Sportowy”, nr 63, 6 sierpnia 1932 r., s. 4.
11 Pod znakiem pięciu kół olimpijskich. Notatki i wrażenia red. Erdmana. „Przegląd Sportowy”, nr 67, 20 sierpnia 1932 r., s. 5.
12 B. Grudnik, Kusociński – wielka gwiazda sportu, wielki patriota, obnt.pl/pl/aktualnosci/kusocinski-wielka-gwiazda-sportu-wielki-patriota, 6 grudnia 2016 r. [data dostępu: 12 marca 2018 r.].
13 A. Fąfara, Sportowa karczma, www.polska-zbrojna.pl/home/articleinmagazineshow/5271?t=sportowa-karczma, 27 października 2012 r. [data dostępu: 13 marca 2018 r.].
14 Monitor Polski, nr 23, http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WMP20100230213/O/M20100213.pdf [data dostępu: 13 kwietnia 2018 r.].

Halina Konopacka Polskie złoto

Wyruszyliśmy nocą na południe w stronę Rumunii. Noc czarnogranatowa. Księżyc czerwony od tak bliskiego Marsa, planety, która – jak wiadomo – przepowiada zgrozę, wojnę, zniszczenia i śmierć1. Jest 7 września roku 1939. Halina Konopacka zatrzaskuje za sobą drzwi auta i odpala silnik. Jej samochód ma zamykać kolumnę pojazdów przewożących pewien cenny ładunek. Kobieta zabiera w drogę trochę osobistego bagażu. W jednym z neseserów umieszcza najdroższą sportową pamiątkę – złoty medal olimpijski zdobyty w 1928 r. w Amsterdamie. Mały złoty krążek wkrótce przepadnie, ale zasadniczy ładunek – z tego samego kruszcu – ocaleje bez szwanku. To kilkadziesiąt ton złota należącego do Banku Polskiego.

Halina Konopacka urodziła się 26 lutego 1900 r. w Rawie Mazowieckiej. Była najmłodsza z trójki rodzeństwa, zapatrzona w starszego o pięć lat brata Tadeusza. Tadek kochał sport – nie tylko był czynnym zawodnikiem (grał w piłkę nożną w Polonii Warszawa), ale też pełnił funkcję instruktora m.in. w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego i prowadził radiowe poranki promujące gimnastykę2. Dzieciństwo Haliny przypadło na okres, kiedy sportu nie uznawano za właściwy sposób spędzania czasu wolnego przez kobiety, mogła ona jednak przychodzić na mecze brata. Ustawiała się za bramką, by łapać piłkę lądującą za linią końcową boiska. Może tak mocno ją odrzucała, że już wtedy objawił się jej talent lekkoatletyczny? – zastanawiał się historyk sportu Robert Gawkowski3.

Według innej hipotezy sportowa pasja Haliny narodziła się podczas studiów filologicznych na Uniwersytecie Warszawskim (w Archiwum UW brak jednak dokumentów potwierdzających, że Konopacka rzeczywiście była studentką tej uczelni). Do treningów w sekcji lekkoatletycznej AZS-u miała ją namówić koleżanka. Halina pokochała lekką atletykę i okazała się niezwykle wszechstronną zawodniczką. Trenowała biegi, pchnięcie kulą, rzuty oszczepem i dyskiem oraz skok wzwyż. Już pierwsza próba rzutu dyskiem skończyła się pobiciem rekordu Polski (zapewne nieoficjalnym). Po zaledwie kilku miesiącach treningów Halina osiągnęła wybitny poziom i była gotowa do rywalizacji międzynarodowej.

Pierwszy światowy sukces przyszedł po dwóch latach – był to złoty medal w rzucie dyskiem na światowych igrzyskach kobiet w Göteborgu. Za dwa lata panie po raz pierwszy w historii wezmą udział w igrzyskach olimpijskich4. Zanim do tego dojdzie, piękna, wysoka dziewczyna z warszawskiego AZS-u zdąży zostać ulubienicą wszystkich kibiców i nadzieją polskiego sportu.

Okładka tygodnika „Stadjon”, nr 34, 23 sierpnia 1927 r.
Ze zbiorów Biblioteki Narodowej (za: Polona)

Multimedalistka i rekordzistka

Halina Konopacka była siedmiokrotną rekordzistką świata w trzech dyscyplinach: rzucie dyskiem, rzucie dyskiem oburącz i pchnięciu kulą. Rekord Polski biła 56 razy! Tytuły mistrzyni kraju zdobywała w pchnięciu kulą (1924–1928), pchnięciu kulą oburącz (1927, 1928), rzucie dyskiem (1924–1928, 1930, 1931), rzucie dyskiem oburącz (1927, 1928), rzucie oszczepem (1926, 1930), biegach 4 × 100 m (1928) i 4 × 200 m (1927, 1931), skoku wzwyż (1928), trójboju (1930) i pięcioboju (1928–1930).

Choć kolekcjonowała tytuły i rekordy, najważniejsze były dla niej emocje, z jakimi nieodłącznie związany jest sport. Myślę, że niezupełnie słusznie przywiązuje się dzisiaj tak dużo wagi do wyników sportowych. Zapewne są to te widoczne dla oka granice, które pozwalają ogarnąć całość wyniku sportowego, ale podobnie jak granica przeciągnięta na ziemi jest sama przez się tylko linią, tak samo i rekordy nie miałyby treści, gdyby nie zamykały w sobie tego, co jest od nich ważniejsze – przeżycia sportowego – mówiła w jednym z wywiadów.

Źródła: Konopacka – Matuszewska – Szczerbińska Halina właśc. Leonarda Kazimiera (1900–1989) [w:] B. Tuszyński, H. Kurzyński, Leksykon olimpijczyków polskich. Od Chamonix i Paryża do Soczi 1924–2014, wyd. 3, poprawione i uzupełnione, Polski Komitet Olimpijski, Warszawa 2014, s. 451; M. Petruczenko, Pierwsza dama II Rzeczypospolitej – Haliny Konopackiej zwycięstwa, romanse i dramaty, „Przegląd Sportowy”, www.przegladsportowy.pl/magazyn-przegladu-sportowego/halina-konopacka-historia-naszej-wybitnej-lekkoatletki/m7em6y5, 12 maja 2017 r. [data dostępu: 27 marca 2018 r.].
Halina Konopacka podczas pchnięcia kulą. Międzynarodowe zawody lekkoatletyczne na Stadionie Wojska Polskiego im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Warszawie, wrzesień 1930 r.
Fot. NAC

Piękna i dobra

Dysk, narty, rakieta i pędzel malarski. Pchanie kuli i pisanie wierszy. Oszczep i hafcik Richelieu. Sport i poezja5 – w ten sposób streścił niezwykłą wszechstronność Haliny Konopackiej Tadeusz A. Grabowski, dziennikarz sportowy. Konopacka była jedną z najwybitniejszych osobowości odrodzonej Polski. Pokochała sport (poza lekką atletyką m.in. narty, tenis, hazenę, hippikę, łucznictwo, pływanie i koszykówkę), ale miała też romantyczną duszę artystki: pisała wiersze, uwielbiała malować i haftować. Grała również na fortepianie, była świetną tancerką, miłośniczką kina i teatru. Mówiła w kilku językach. Świetnie prowadziła samochód; swoim kabrioletem marki Lancia jeździła nie tylko rekreacyjnie, ale też startowała w rajdach samochodowych6.

Znakiem rozpoznawczym Haliny był czerwony berecik – zakładała go zarówno na stadionie, jak i na stoku narciarskim. Z połączenia słów „czerwony” i „kobieta” górale stworzyli nawet przezwisko: „Czerbieta”7. Wielka uroda, wdzięk osobisty, elegancja. Zawsze i wszędzie była nieprzeciętna8 – opowiadała w Polskim Radiu jedna z pierwszych polskich dziennikarek sportowych, Kazimiera Muszałówna. Gdy przegląda się zdjęcia Haliny Konopackiej, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że kochała modę. Fotografowano ją we wspaniałych sukniach w salach balowych, ale też na pokazach mody sportowej w Oficerskim Yacht Klubie. Kochali ją legioniści: Halina chętnie uczestniczyła w ich spotkaniach, przygrywając na gitarze do intonowanych przez weteranów pieśni patriotycznych9. Kiedy po latach historycy z fascynacją będą się przyglądać niezwykłemu życiu Konopackiej, zgodnie przyznają, że była bliska antycznemu ideałowi – kalos kagathos (piękna i dobra)10.

Znaczek pocztowy wydany z okazji igrzysk olimpijskich w Rzymie (1960 r.), upamiętniający zdobycie złotego medalu przez Halinę Konopacką w Amsterdamie
Ze zbiorów prywatnych Jacka Kosmali

„Ta jedna chwila…”

Na igrzyska olimpijskie w Amsterdamie pojechała jako poważna kandydatka do zdobycia medalu, a dziennikarze sportowi nazwali ją asem atutowym i oczkiem w głowie polskiej ekspedycji11. Trzeciego dnia igrzysk nadszedł czas na konkurs rzutu dyskiem. Odległości osiągane przez poszczególne zawodniczki w pierwszej serii były oznaczane na zielonym boisku małymi flagami w narodowych barwach. W następnych kolejkach biało-czerwona chorągiewka przesuwała się coraz dalej, zostawiając w tyle konkurencję… Zwycięstwo zostało przypieczętowane w drugiej serii finału. Wielki rozmach, szybki obrót, zamach i dysk wyrzucony niemal klasycznie pada prawie na linji 40 mtr12 – odtwarzał wielką chwilę Konopackiej korespondent „Przeglądu Sportowego”. Oficjalny pomiar odległości – 39,62 m – i wszystko stało się jasne: Polka odniosła zwycięstwo, przy okazji bijąc rekord świata i rekord olimpijski!

Złoty medal Haliny Konopackiej, pierwszy dla Polski, zdobyty 10 lat po odzyskaniu niepodległości, wywołał ogromne wzruszenie u polskich dziennikarzy obecnych w Amsterdamie. Na maszcie olimpijskim, owym symbolu doskonałości człowieka nowoczesnego, zatrzepotał biało-amarantowy sztandar Polski13 – pisał Jerzy Grabowski w „Przeglądzie Sportowym”. Jego kolega z łamów dodawał: Ta jedna chwila, gdy przedstawiciele 47-miu narodów z odkrytemi głowami oddawali cześć naszemu sztandarowi, ta jedna chwila przyćmiła wszystkie inne14.

Halina Konopacka w konkurencji rzutu dyskiem podczas igrzysk olimpijskich w Amsterdamie, 1928 r.
Fot. NAC

IO w Amsterdamie. Sukces na dziesięciolecie niepodległości

Przygotowanie ekspedycji polskiej i jej pobytu w Amsterdamie było zakrojone na dość szeroką skalę. Widać od razu, że się ma do czynienia nie z grupą zupełnie bezpretensjonalnych półzawodników-półwidzów, lecz z ekspedycją państwa mającego zamiar nie tylko obserwować, ale i czynnie walczyć* – zapowiadał „Przegląd Sportowy”. Kiedy czyta się prasę z tego okresu, trudno nie odnieść wrażenia, że start Polaków wiązał się z ogromnymi ambicjami i oczekiwaniami. W 1928 r. obchodzono dziesięciolecie odzyskania niepodległości – wszystkim towarzyszyła świadomość, że olimpijski sukces stanowiłby wspaniałą promocję Polski w świecie.

Choć w kraju nie brakowało problemów, widać, że sporo zainwestowano w komfort polskiej ekipy. Zawodnicy polscy mieszkają po czterech w olbrzymich salach szkolnych, o ogromnych, całą ścianę zajmujących oknach, mając do dyspozycji dwie sale gimnastyczne, dwa piękne podwórka o bajecznie czystem powietrzu, pięć ciepłych natrysków. Jeżdżą nasi autobusem, będącym przez dzień cały do rozporządzenia, a w hallu, ślicznie udekorowanym przez panie z Komitetu Przyjęcia spędzają wolne chwile, słuchając warszawskiego radja przy pomocy pięciu głośników, grając na fortepianie, czytając zaprenumerowane dla nich pisma krajowe i książki polskie, dostarczone przez konsulat. […] Zakwaterowani są Polacy najlepiej ze wszystkich uczestników; tak twierdzą zgodnie wszyscy, ze sprawą tą obeznani** – relacjonował „Przegląd”.

Już po olimpijskim triumfie Haliny Konopackiej dziennikarz sportowy Jerzy Grabowski przyznawał, że w dziedzinie sportu jesteśmy nowicjuszami. Dlatego też na Olimpiadzie obecnej zwycięstwom zbiorowym narodów o wielkiej tradycji sportowej, Polska mogła przeciwstawić jedynie zwycięstwa indywidualne. Kapitałowi doświadczenia – improwizację i wysiłek osobisty, na osobistej oparty kulturze***. Polacy wrócili z igrzysk w Amsterdamie z pięcioma medalami: poza złotem Konopackiej wywalczyli jeden srebrny krążek (jeździectwo) i trzy brązowe (jeździectwo, szermierka, wioślarstwo). Polska triumfowała również w konkursie literackim, w którym złoto zdobył poeta Kazimierz Wierzyński (Olimpijski Konkurs Sztuki i Literatury odbywał się równolegle ze sportowymi igrzyskami olimpijskimi w latach 1912–1948).

Źródła:
* W. Junosza, Drużyna polska w Amsterdamie, „Przegląd Sportowy”, nr 32, 1 sierpnia 1928 r., s. 3.
** Ibidem, s. 3.
*** J. Grabowski, Dwa triumfy Polski na Olimpjadzie, „Przegląd Sportowy”, nr 33, 5 sierpnia 1928 r., s. 1.

Sława i miłość

Po powrocie Konopackiej z igrzysk zapanowało w kraju prawdziwe szaleństwo. Prezydent Mościcki wysłał jej telegram gratulacyjny. Wszyscy chcieli na własne oczy zobaczyć złotą medalistkę. Była ona przyjmowana owacjami w każdym miejscu, w którym się pojawiała – nie tylko na stadionie, ale też w kawiarni czy teatrze. Stała się tak popularna, jak dotąd bywały tylko gwiazdy estrady. Zaczęto powtarzać żart: W jaki sposób zdobywają sławę Polacy? Kiepura – pyskiem, Konopacka – dyskiem. Portret bohaterki zapragnął namalować Witkacy (niestety obraz później zaginął), do Belwederu zaprosił ją marszałek Józef Piłsudski. Ach, to pani gdzieś tam w Amsterdamie zdobyła dla nas złoty medal! To dobrze! To służy Polsce!15 – miał powiedzieć marszałek.

Kiedy zwrócił na nią uwagę płk Ignacy Matuszewski, wybitny polityk obozu sanacyjnego? Nie wiadomo, ale za interesujący zbieg okoliczności należy uznać fakt, że informacje o Konopackiej i Matuszewskim sąsiadowały ze sobą na łamach wydania „Przeglądu Sportowego”, które ukazało się w trakcie igrzysk w Amsterdamie. „Przegląd” donosił, że płk Matuszewski, wówczas dyrektor departamentu administracyjnego MSZ, wszedł w skład Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Było to niezwykle prestiżowe wydarzenie, a prasa komplementowała Matuszewskiego jako miłośnika i doskonałego znawcę sportu16.

Ślub Haliny i Ignacego odbył się jeszcze w roku olimpijskim, w grudniu 1928. Kilka miesięcy później Matuszewski objął tekę ministra skarbu. Jego żona jeszcze przez jakiś czas kontynuowała karierę lekkoatletki. Postanowiła zakończyć ją w wieku 31 lat, choć wciąż udzielała się w sporcie jako działaczka Polskiego Komitetu Olimpijskiego i redaktorka pisma „Start”.

Z Matuszewskim dobrali się jako osobowości niczym w korcu maku, jakkolwiek on nie dorównywał jej ani urodą, ani wzrostem – pisał Maciej Petruczenko o małżeństwie Haliny i Ignacego. Łączyła ich jednak wielka pasja do polityki i bezgraniczny patriotyzm17. Po śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego płk Matuszewski zaczął dystansować się od niektórych elementów polityki obozu sanacyjnego; uważał, że należy znacznie zwiększyć inwestycje w wojsko. Przeczuwał nadchodzącą wojnę18.

Okładka pisma „Start”, którego redaktor naczelną była Halina Konopacka (nr 13, 1 października 1935 r.)
Ze zbiorów Małopolskiej Biblioteki Cyfrowej

Informacja o ślubie Haliny Konopackiej z płk. Ignacym Matuszewskim opublikowana w „Przeglądzie Sportowym” (nr 56, 22 grudnia 1928 r.)

Halina Konopacka z mężem Ignacym Matuszewskim (na pierwszym planie), który wówczas pełnił funkcję ministra skarbu. Powitanie ministra po jego powrocie z oficjalnej wizyty w Szwecji, maj 1931 r.
Fot. NAC

Drugie złoto Haliny

Kiedy Niemcy zaatakowały Polskę, głównym wyzwaniem prezesa Banku Polskiego płk. Adama Koca stało się zabezpieczenie złota zdeponowanego w różnych miejscach w Polsce i za granicą. Jak wywieźć z kraju w warunkach ciągłego bombardowania kilkadziesiąt ton kruszcu wartego miliony? Losy jednej z najbardziej niezwykłych misji w historii Polski odtworzył historyk Sławomir Cenckiewicz19.

W pierwszych dniach września wobec nieuchronnej niemieckiej okupacji podjęto decyzję o przetransportowaniu złota z Warszawy, Siedlec, Lublina, Zamościa i Brześcia nad Bugiem na południowy wschód kraju, do Łucka. Ze względu na brak ciężarówek (wszystkie zostały zarezerwowane dla wojska próbującego odeprzeć niemiecki atak) ładunek wart kilkaset milionów złotych miały przewieźć… zwyczajne autobusy i samochody osobowe. Pierwsza część eskapady, okupiona ogromnym wysiłkiem organizacyjnym, powiodła się. W Łucku płk Koc przekazał kontynuowanie misji znajomym oficerom: byłemu ministrowi skarbu płk. Ignacemu Matuszewskiemu oraz ministrowi przemysłu i handlu Henrykowi Floyarowi-Rajchmanowi. Obydwaj przebywali w Łucku z żonami, które stały się pełnoprawnymi uczestniczkami misji. Celem wyprawy było dotarcie do neutralnej Rumunii.

Halina Konopacka-Matuszewska usiadła za kierownicą ostatniego samochodu w kolumnie. We dnie staliśmy w lasach, przykryci gałęziami, że trudno było dojrzeć z góry żółto-czerwone autobusy warszawskie. Spaliśmy gdzie się dało. W stodołach, w stajniach, na gołej ziemi. Aż po kilku dniach dobrnęliśmy w końcu do granicy rumuńskiej. Pierwszy raz zobaczyliśmy światło elektryczne, które nas oświecało20 – wspominała po latach.

Niemcy tropili transport z polskim złotem, ale dowódcom akcji wciąż udawało się ich przechytrzyć. 13 września na stacji kolejowej w Śniatyniu ok. 75 t cennego ładunku zostało przeładowanych do wagonów. Pociąg dotarł do portu w rumuńskiej Konstancy, gdzie cenny ładunek przeniesiono na brytyjski statek. My, kobiety, dźwigałyśmy te skrzynki, które były dość ciężkie – ażeby jak najprędzej znaleźć się na morzu. Statek ten szedł zygzakiem, dlatego że Morze Czarne było naładowane niemieckimi podwodnymi statkami. Ale znów szczęście nam sprzyjało. I w zupełnej ciszy, bez ognia, bez zapałki, bez papierosa – płynęliśmy do Konstantynopola21 – relacjonowała Konopacka. Statek dopłynął do Stambułu, a stamtąd drogą lądową przez Turcję do libańskiego Bejrutu. Tam skrzynie ze złotem przeładowano na kilka francuskich okrętów wojennych. Na ich pokładzie dotarły bezpiecznie do portu w Tulonie na Lazurowym Wybrzeżu. 5 października bohaterska ewakuacja narodowego skarbu zakończyła się sukcesem. Doceniając wkład Konopackiej, historycy nazwali później jej akcję drugim złotem.

Na emigracji

Wkrótce państwo Matuszewscy znaleźli się w Paryżu. Nareszcie skończyło się napięcie, zmęczenie. Spaliśmy, spaliśmy szczęśliwi, że już nas nie czeka nic groźnego22 – wspominała Halina Konopacka błogie chwile odpoczynku. Wkrótce okazało się, że przyjazd do Francji to zaledwie początek wojennej tułaczki. Po zajęciu Paryża przez Niemców Matuszewscy postanowili uciec z Europy. Skorzystali z pomocy Ignacego Jana Paderewskiego, który zorganizował dla nich amerykańskie wizy. Niestety małżeństwo zostało zatrzymane na granicy francusko-hiszpańskiej, pułkownik trafił do więzienia (według różnych relacji mógł spędzić tam kilka tygodni lub miesięcy)23. Prawdopodobnie to wówczas Halina straciła swój olimpijski medal z Amsterdamu24.

Kiedy nadarzyła się okazja wyjazdu z Hiszpanii, Matuszewscy przedostali się do Portugalii, a stamtąd wyruszyli statkiem do Nowego Jorku. Pułkownik poświęcił się działalności publicystycznej i tworzeniu Instytutu Józefa Piłsudskiego w Ameryce. Ogromnie przeżył śmierć jedynej, ukochanej córki z pierwszego małżeństwa. Ewa Matuszewska „Mewa” była studentką tajnej medycyny i żołnierzem AK. W Powstaniu Warszawskim służyła jako sanitariuszka. Zginęła w piwnicznym punkcie sanitarnym, zamordowana przez Niemców wraz z rannymi, którymi się opiekowała.

Pułkownik Matuszewski zmarł w sierpniu 1946 r. na atak serca. Halina poświęciła się pisaniu wspomnień (niestety nie przetrwały one do dziś), musiała też imać się różnych zajęć, by zapewnić sobie utrzymanie. W Wigilię 1955 r. mówiła na antenie Radia Wolna Europa: Ze sportem nie zerwałam. Prowadziłam przez kilka lat szkołę narciarską tutaj i miałam sklep ze sprzętem narciarskim. Jeżdżę teraz na nartach i gram w tenisa. Obecnie prowadzę magazyn krawiecki w okolicach Nowego Jorku25. Na emigracji Halina odkryła w sobie pasję do malarstwa. Na obrazach zamiast podpisu umieszczała pseudonim: Helen George. Być może jego drugi człon pochodzi od imienia drugiego męża Konopackiej – Jerzego Szczerbińskiego, przedwojennego tenisisty.

Halina Konopacka zmarła na Florydzie w nocy z 28 na 29 stycznia 1989 r. Zgodnie z jej wolą urnę z prochami pochowano na Cmentarzu Bródnowskim w Warszawie. Przed śmiercią Konopacka trzykrotnie odwiedziła Polskę. Ponoć w Parku Skaryszewskim, gdzie przed wojną odbywała treningi, dostojna starsza pani w eleganckiej sukni podjęła jeszcze jedną próbę rzutu dyskiem…26

Rewers kartki pocztowej wydanej przed igrzyskami olimpijskimi w Innsbrucku i Montrealu z podpisem Haliny Konopackiej (fragment)
Ze zbiorów prywatnych Jacka Kosmali

Gwiazda Haliny Konopackiej w Alei Gwiazd we Władysławowie
Fot. Wikipedia

Grób Haliny Konopackiej na Cmentarzu Bródnowskim
Fot. Wikipedia

Przypisy:

1, 2 M. Petruczenko, Pierwsza dama II Rzeczypospolitej – Haliny Konopackiej zwycięstwa, romanse i dramaty, „Przegląd Sportowy”, www.przegladsportowy.pl/magazyn-przegladu-sportowego/halina-konopacka-historia-naszej-wybitnej-lekkoatletki/m7em6y5, 12 maja 2017 r. [data dostępu: 27 marca 2018 r.].
3 C. Korycki, 10 fenigów na Legię czy Polonię, czyli 100 lat bukmacherów w Polsce, rozmowa z Robertem Gawkowskim, sport.tvp.pl/30968033/10-fenigow-na-legie-czy-polonie-czyli-100-lat-bukmacherow-w-polsce, 28 maja 2017 r. [data dostępu: 27 marca 2018 r.].
4, 5 P. Lisiewicz, Chcę w wielką uciec przestrzeń, „Nowe Państwo”, www.panstwo.net/3431-chce-w-wielka-uciec-przestrzen [data dostępu: 27 marca 2018 r.].
6 S. Koper, Królowe salonów II RP, Czerwone i Czarne, Warszawa 2015, s. 286, 301.
7 W. Malesa, Olimpijka, poetka, malarka, Polskie Radio, 11 sierpnia 2012 r. [data odsłuchania na stronie internetowej Polskiego Radia: 27 marca 2018 r.].
8 Księga olimpijskich wspomnień – fenomen Haliny Konopackiej. O złotej medalistce opowiada dziennikarka Kazimiera Muszałówna, Polskie Radio [data odsłuchania na stronie Polskiego Radia: 27 marca 2018 r.].
9 M. Petruczenko, op. cit.
10 S. Koper, op. cit., s. 286.
11 Pierwsze wieści z Amsterdamu, „Przegląd Sportowy”, nr 31, 29 lipca 1928 r., s. 1.
12 M.S., Sztandar Polski na maszcie olimpijskim, „Przegląd Sportowy”, nr 33, 5 sierpnia 1928 r., s. 2.
13 J. Grabowski, Dwa triumfy Polski na Olimpjadzie, „Przegląd Sportowy”, nr 33, 5 sierpnia 1928 r., s. 1.
14 M.S., Sztandar Polski na maszcie olimpijskim, „Przegląd Sportowy”, nr 33, 5 sierpnia 1928 r., s. 2.
15 P. Lisiewicz, op. cit.
16 Kongresy olimpijskie, „Przegląd Sportowy”, nr 32, 1 sierpnia 1928 r., s. 3.
17 M. Petruczenko, op. cit.
18 P. Lisiewicz, op. cit.
19 S. Cenckiewicz, Ocalić polskie złoto!, „Uważam Rze Historia”, www.historia.uwazamrze.pl/artykul/858241, 4 grudnia 2012 r. [data dostępu: 29 marca 2018 r.].
20, 21, 22 M. Petruczenko, op. cit.
23 S. Koper, op. cit., s. 310.
24 Konopacka – Matuszewska – Szczerbińska Halina właśc. Leonarda Kazimiera (1900–1989) [w:] B. Tuszyński, H. Kurzyński, Leksykon olimpijczyków polskich. Od Chamonix i Paryża do Soczi 1924–2014, wyd. 3, poprawione i uzupełnione, Polski Komitet Olimpijski, Warszawa 2014, s. 451.
25 P. Lisiewicz, op. cit.
26 S. Koper, op. cit., s. 310.
Podstawową pozycją biograficzną pozostaje praca Marii Rotkiewicz – „Mistrzyni dysku, pióra i palety” [w:] Światło Olimpii, Warszawa 2011.

Stanisław Marusarz Twardy góral

Nie byłoby Wojciecha Fortuny, Adama Małysza ani Kamila Stocha bez Stanisława Marusarza. To on przetarł szlak narciarskich lotów i otworzył polskim skoczkom drogę na sam szczyt zimowych zmagań. Nazywano go „tatrzańskim orłem”, „królem nart”, „władcą Krokwi” albo po prostu „Dziadkiem”. Mawiał, że w powietrzu skoczek powinien wykazać się elegancją lotu i opanowaniem w prowadzeniu nart. Musi więc być odważny, silny, spokojny i obdarzony błyskawicznym refleksem. Sportowe sukcesy, które odnosił Marusarz, były nie tylko efektem miłości do nart, ale też wyrazem wielkiego patriotyzmu.

Jest marzec 1976 r., trwają zdjęcia do filmu Dziadek. Stanisław Marusarz ma 66 lat, nie skacze już od dawna. Przez 30 lat był w reprezentacji, zdobył 27 tytułów mistrzowskich, oddał 10 tys. skoków. Gdyby pokonane w powietrzu dystanse zsumować, przeleciałby – jak mówi – nad naszą ojczyzną. Jest na zasłużonej sportowej emeryturze. Ale reżyserowi Januszowi Zielonackiemu, który kręci dokument o jego życiu, udaje się namówić „Dziadka” na jeszcze jeden, ostatni skok w karierze. Marusarz wdrapuje się na rozbieg Wielkiej Krokwi, przypina narty i leci. Ląduje bezbłędnie i dopiero kiedy wjeżdża w rozmokłą śnieżną breję, podcina mu narty, upada. Zaraz jednak wstaje, otrzepuje się i uśmiecha do kamery. Jak zawsze.

Marusarz stał się legendą już za życia. Był jednym z najlepszych i najwszechstronniejszych polskich narciarzy. Startował w skokach, biegach, kombinacji norweskiej i narciarstwie alpejskim. Czterokrotnie reprezentował polskie barwy na zimowych igrzyskach. I jako pierwszy Polak zdobył medal mistrzostw świata.

Urodził się w 1913 r. w Zakopanem. Miał pięcioro rodzeństwa, siostry: Helenę, Bronisławę, Marię i Zofię, oraz brata Jana. Ojciec Jan był leśniczym, a mama Helena zajmowała się gospodarstwem1. Nic więc nie wróżyło ich synowi wielkiej narciarskiej kariery. A jednak.

Pierwsze narty 10-letni Staś z pomocą brata skonstruował z drzewa jesionowego, przymocował je do kierpców rzemykami. Ze śniegu, desek i gałęzi budował pierwsze skocznie. Pierwszy skok z profesjonalnej skoczni w Jaworzynce nie był niestety udany. Przy wychodzeniu z progu mały góral popełnił błąd, upadł na głowę i stoczył się z zeskoku. On sam w książce Na skoczniach Polski i świata wspomina to tak: Strach zabił całą emocję skoku. Nad zeskokiem szarpnąłem nerwowo ciałem. Efekt był taki, że wylądowałem na głowę. Mimo nieprawidłowego lądowania, poczuwszy „grunt pod głową” doznałem uczucia ulgi. Fikając koziołki, zsuwałem się po zeskoku w dół. Wykonywałem przy tym rozpaczliwe ruchy, starając się zachować prostą linię spadku, aby, znalazłszy się na przechodzącym w poprzek zeskoku mostku, nie stoczyć się do strumyka, co mi się zresztą szczęśliwie udało. Zatrzymałem się u podnóża skoczni przy akompaniamencie głośnych drwin kolegów2.

Młody Staś nie miał pojęcia o technice ani odpowiedniego sprzętu. Nie zniechęcił się jednak. Chciał skakać, nie bał się skoczni, był ambitny i pracowity. Młodzieńcza determinacja i zapał wkrótce zaczęły przynosić efekty. Za pierwsze wygrane dziecięce zawody (zjazd spod Regli na Lipki, numer startowy 28) dostał od organizatorów rękawiczki3.

Miał zaledwie 13 lat, gdy tuż przed zawodami w skokach pojawił się na wybiegu Krokwi. Szczupły, niepozorny chłopak w góralskim kożuszku chciał startować i zmierzyć się z seniorami. Sędziowie nie byli przekonani. Ale w końcu uznali: czemu nie? Niech się mały cieszy, pewnie i tak zajmie ostatnie miejsce, żeby tylko nic sobie nie połamał. Można sobie wyobrazić ich zdziwienie, kiedy okazało się, że chłopak zajął trzecie miejsce, za Bronkiem Czechem i Stanisławem Gąsienicą-Sieczką. Pod skocznią uśmiechnięty Staś pierwszy raz w życiu rozdawał autografy. W nagrodę zaś otrzymał to, o czym marzył od dawna: prawdziwe narty skokowe4.

Chwilę później jego wielki talent dostrzegli działacze klubu SN PTT – Józef Oppenheim oraz Ignacy Bujak – i przyjęli Stanisława do siebie. W marcu 1927 r. w zawodach seniorskich na Krokwi zajął on ósme i szóste miejsce. Po roku wygrał na niej konkurs juniorów. Zaczynał się liczyć, obok skoczków ze starej gwardii, takich jak Rozmus, Czech, Sieczka czy Mückenbrunn5.

Po szczeblach kariery

Żelazna dyscyplina zaowocowała kolejnymi sukcesami. W 1932 r. Marusarz pojechał na igrzyska olimpijskie do Lake Placid. Konkurs skoków odbył się w trudnych warunkach. Zeskok rozmiękł, a spływająca woda utworzyła na dole spore bajorko o głębokości ok. 30 cm. Podczas lądowania zawodnicy musieli ostro hamować, żeby nie wjechać do wodno-lodowej pułapki. Czasami skoczkowie przejeżdżali przez zeskok i wpadali w słomę, ku uciesze ryczących ze śmiechu Amerykanów6. To właśnie przydarzyło się Marusarzowi, który ostatecznie zajął 17. miejsce.

Plakat zimowych igrzysk olimpijskich w Lake Placid w 1932 r.
Ze zbiorów Stadtgeschichtliches Museum Leipzig (za: Europeana)

Stanisław Marusarz podczas skoku narciarskiego na Międzynarodowych Zawodach Narciarskich o Mistrzostwo Polski w Zakopanem (1935 r.)
Fot. NAC

Przełomowy okazał się rok 1935. Konkurs skoków o mistrzostwo świata w narciarstwie klasycznym rozgrywano w Wysokich Tatrach w ówczesnej Czechosłowacji. Na skoczni Jarolímek Stanisław Marusarz zajął czwarte miejsce, przegrywając tylko z Norwegami. A mogło być jeszcze lepiej, gdyby nie to, że w pierwszym skoku złamał nartę podczas lądowania. Jego norweski rywal Birger Ruud pomógł mu ją posklejać leukoplastem7. Mimo prowizorycznej naprawy drugi skok na takiej narcie nie mógł być zbyt dobry. Marusarz, choć skakał najdalej (w sumie był lepszy od Ruuda o 4,5 m), przegrał notami za styl.

W marcu 1935 r. Marusarz pojechał do jugosłowiańskiej Planicy na konkurs skoków na Bloudkovej velikance. Velikanka, po słoweńsku „olbrzymka”, była największą wówczas skocznią na świecie – jej punkt konstrukcyjny wynosił 85 m. Zawody zapowiadano jako pojedynek Marusarza z Norwegami, którzy przyjechali w bardzo mocnym składzie. Stawili się mistrz świata Birger Ruud, jego brat Sigmund, Reidar Andersen oraz inni czołowi skoczkowie. Obserwatorzy mieli wielką nadzieję, że któremuś z tak znakomitych zawodników uda się w końcu skoczyć powyżej 100 m.

Jednak ku zaskoczeniu wszystkich w dniu konkursu Norwegowie… wycofali się z rywalizacji. Jako oficjalny powód podano zakaz skakania na mamucich skoczniach, choć rok wcześniej Norwegowie skakali na olbrzymce. Marusarz był przekonany, że podjęli taką decyzję, by uniknąć blamażu. W trakcie trzydniowych treningów skakał znacznie lepiej od skandynawskich rywali. Norweski Związek Narciarski prawdopodobnie nie chciał dopuścić do przegranej z Polakiem na tak wielkiej skoczni. A Marusarz był w doskonałej formie.

Dwudziestodwuletni wówczas zawodnik po przyjeździe miał okazję porozmawiać z konstruktorem skoczni. Wymiana zdań tak bardzo rozpaliła jego emocje, że postanowił od razu skoczyć. Gdy wszyscy spali, wdrapał się na obiekt i skoczył – 80 m. Norwegowie byli wściekli, że odbył trening bez nich8.

Marusarz ostatecznie triumfował w Planicy. Na drugim miejscu był Anton Barton z Czechosłowacji. Trzecią pozycję zajął mistrz świata z 1933 r., Szwajcar Marcel Reymond. Polak w drugim skoku osiągnął wynik 87,5 m. Co ciekawe, zaraz po zawodach Norwegowie wyrazili chęć bicia rekordu świata, na co przystali sędziowie. Zażarta walka zakończyła się ostatecznie przegraną Polaka, który oddał więcej skoków i nie miał już siły na kolejne.

Nie odpuścił

Na zimowe igrzyska olimpijskie 1936 w Garmisch-Partenkirchen Marusarz pojechał przeziębiony, z wysoką gorączką. Lekarz z wioski olimpijskiej zaaplikował mu sporą dawkę zastrzyków, mówiąc: o starcie niech pan nawet nie marzy. Ale twardy góral nie odpuścił. Po kilku dniach zaczął spacerować, w końcu postanowił skoczyć. Oddał dwa skoki – każdy nieudany, bo zakończony podparciem. W dniu zawodów przywlókł się na skocznię Große Olympiaschanze i bez treningów, wycieńczony gorączką, zajął piąte miejsce. Jeśli wziąć pod uwagę okoliczności, był to bardzo dobry wynik.

We wspomnieniach Marusarza z tych zawodów pozostał jednak głównie śnieg, który uznał za najpiękniejszy, jaki w życiu widział. Dla Polaka był to pierwszy start na oświetlonej nocą skoczni. Blask święcących reflektorów odbity od bieli śniegu zrobił na nim ogromne wrażenie9.

Plakat zimowych igrzysk olimpijskich w Garmisch–Partenkirchen w 1936 r.
Ze zbiorów „Historische Bildpostkarten” Universität Osnabrück (za: Europeana)

Stanisław Marusarz i Bronisław Czech podczas Międzynarodowych Zawodów Narciarskich w niemieckim Garmisch-Partenkirchen, 1935 r. W tle – flagi III Rzeszy ze swastyką. Do wybuchu wojny, która na zawsze zmieni życie Stanisława Marusarza i zakończy życie Bronisława Czecha, pozostają cztery lata
Fot. NAC

Formę przed mistrzostwami świata 1938 w Lahti Marusarz szlifował we Lwowie. Pracował tam wówczas w sklepie sportowym. Do Lwowa pojechał nie tyle za pracą, ile ze względów uczuciowych. Stamtąd pochodziła bowiem jego przyszła żona, Irena z Jeziorskich. Poznali się, gdy z zakopiańskiej willi Heńka, należącej do rodziców Ireny, uciekł jej ukochany biały szpic. Pies zapędził się na Małe Żywczańskie, tam gdzie mieszkali Marusarze i wybrał Staszka na swojego pana10.

Tuż przed mistrzostwami Stanisław przyjechał do Zakopanego i od razu wygrał eliminacje. Był znakomicie przygotowany do zawodów – fizycznie i psychicznie. Jego formę wysoko ocenił „Przegląd Sportowy”, który w swym rankingu w 1938 r. uznał Marusarza za najlepszego sportowca Polski (ponad 28 tys. głosów).

Polska ekipa poleciała do Finlandii samolotem. Marusarz szybko rozpoczął skakanie. Ta skocznia mu odpowiadała i już na treningach „latał” daleko. Polski zawodnik zaliczył tam jeden z najlepszych startów w karierze. Przywiózł do kraju srebrny medal. Miał dopiero 25 lat, całe sportowe życie było przed nim.

W Lahti skakał w wielkim stylu i najdalej (66 i 67 m). Sędziowie uznali jednak, że złoto otrzyma najmłodszy z braci Ruudów – Asbjørn (63,5 i 64 m). Podczas wieczornych uroczystości Ruud chciał nawet oddać Polakowi złoty medal. Marusarz pooglądał go sobie i zwrócił. Nie mógł przyjąć krążka, ale do kraju wrócił jako moralny zwycięzca. To musiało mu wystarczyć.

Skok ze złamanym obojczykiem

Mieszkańcy Zakopanego jeszcze nie widzieli takich tłumów. Nigdy wcześniej nie były zajęte wszystkie zakopiańskie kwatery. Komplet gości mieli też właściciele pensjonatów w pobliskim Poroninie. Niektórzy nocowali w pociągach, które przyjechały do zimowej stolicy Polski specjalnie z okazji mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym.

Polacy wierzyli, że na naszej ziemi mistrzowski tytuł wywalczy nie kto inny jak Stanisław Marusarz. Dlatego 17 lutego 1939 r. na stadion pod Krokwią zmierzały tłumy: piesi, ciągnięte konno sanie, dorożki i sznur samochodów. Pogoda była tego dnia piękna i już godzinę przed rozpoczęciem konkursu skoków narciarskich zajęto wszystkie 25 tys. miejsc na widowni. Każdy chciał zobaczyć historyczny triumf górala. Nikt nie miał pojęcia, że nasz zawodnik przegrał mistrzostwa pięć tygodni wcześniej. Podczas skoku uderzył głową w zeskok. Zerwał przyczep mięśnia barkowego i złamał obojczyk.

O kontuzji wiedzieli tylko lekarz i najbliżsi skoczka. Marusarz postanowił wystartować za wszelką cenę. Przed zawodami z pomocą ojca rozłupał gipsowy pancerz i wznowił treningi. Wiedział, że na jego zwycięstwo czeka cała Polska. W takim stanie nie miał jednak najmniejszych szans na triumf. W skokach zajął piąte miejsce, w kombinacji norweskiej siódme (czwarty był jego kuzyn Andrzej).

Marusarz nie był usatysfakcjonowany ani lokatą, którą zajął, ani atmosferą podczas zawodów. Moje nerwy były napięte do ostateczności. Od rana do wieczora powtarzano w kółko tę samą piosenkę: „Wygrasz! Musisz wygrać!”. Na domiar złego pogorszyły się warunki śniegowe. Po odwilży lekki mróz ściął śnieg na szklankę. Na takiej skoczni nie czułem się pewnie11.

Kurier tatrzański

Wojna przerwała pasmo sportowych sukcesów Staszka. Prowadzone przez rodzinę Marusarzy schronisko na Hali Pysznej od pierwszych dni okupacji stało się punktem przerzutowym dla kurierów tatrzańskich. Staszek, Helena i Jan (Jan i Helena największe triumfy święcili w konkurencjach alpejskich, czyli slalomach i zjazdach) wyruszyli na kurierskie szlaki. Trzy pozostałe siostry były w Armii Krajowej łączniczkami. Najstarszą z nich, Zofię, złapali Niemcy i uwięzili na pięć lat w obozie Ravensbrück. Maria i Bronisława zdołały uciec przez zieloną granicę. Obie resztę życia spędziły na emigracji. Helena za działalność konspiracyjną zapłaciła najwyższą cenę po tym, jak Niemcy schwytali ją na Słowacji. 12 września 1941 r., w wieku zaledwie 23 lat, została rozstrzelana w Pogórskiej Woli pod Tarnowem12.

Od października 1939 r. Stanisław służył jako kurier. Znał Tatry jak własną kieszeń, więc przeprowadzał żołnierzy podziemnej Polski przez Słowację na Węgry. Jego rozpoznawalność nie ułatwiała mu pracy konspiracyjnej. W marcu 1940 r. został przyłapany przez Słowaków. Miał przy sobie 100 tys. zł, dlatego żandarmi zrozumieli, jaki jest cel jego wędrówki. Nie dali się przekupić i zawiadomili Gestapo. Zdołał im jednak uciec, skacząc z pierwszego piętra.

Po tym wydarzeniu Marusarz zrozumiał, że nie jest już bezpieczny w Zakopanem. Postanowił, że razem z żoną Ireną spróbują się przedostać na Węgry. Bez problemu przeszli Tatry i niemal całą Słowację. Trafili w ręce współpracujących z Niemcami słowackich strażników granicznych dopiero na granicy z Węgrami. Zostali aresztowani i uwięzieni w Preszowie, a następnie m.in. w Nowym Sączu. Irenę, która udawała ciążę, zwolniono po trzech miesiącach. Znalazłszy się za murami więzienia, spojrzałam mimo woli w stronę okna celi, w której więziona była siostra Staszka. Zobaczyłam nieoczekiwanie twarz Heleny przyciśniętą do krat. Zareagowała na mój widok skinieniem głowy. Nie miałam jej już nigdy więcej zobaczyć…13

Z Nowego Sącza Stanisław trafił do Zakopanego, gdzie był bity i przesłuchiwany w katowni Gestapo „Palace”. Ostatecznie znalazł się w więzieniu przy ul. Montelupich w Krakowie. Pierwszy dzień w tym okropnym miejscu wspominał po latach: Korytarze były przepełnione. Tego dnia przywieziono bardzo wielu więźniów z różnych więzień w województwie krakowskim. Trwało parę godzin zanim wszystkich rozlokowano w celach. Esesmani niemal bezustannie bili, szturchali, opluwali, lżyli stłoczonych w korytarzach ludzi. Nawet najmniejszy odruch sprzeciwu groził nieobliczalnymi skutkami. Hitlerowcy wystrzelaliby nas bez pardonu14.

Po kilku dniach sportowiec trafił do celi śmierci. Wiedział, że nie ma nic do stracenia, dlatego zaczął planować ucieczkę. Razem z byłym podoficerem Wojska Polskiego Aleksandrem Bugajskim bacznie obserwowali każdy ruch strażników i szukali słabych stron, które mogliby wykorzystać.

Do ucieczki zapalili się jeszcze bardziej po wyjeździe do fortu w Krzesławicach, gdzie hitlerowcy pokazali im podziurawiony kulami, przesiąknięty krwią mur. Więźniowie dostali łopaty i nakazano im kopać rów. Wszyscy byli przekonani, że zaraz w nim spoczną. Do grobu trafili jednak koledzy z sąsiedniej celi.

Marusarz razem z towarzyszami wymyślili, że za pomocą taboretu odegną kraty. Wyskoczą z drugiego piętra, a później pokonają czterometrowy mur zakończony drutem kolczastym. Pierwsze strzały padły, gdy uciekinierzy byli na murze. Pokonali go Marusarz i Bugajski. Reszta została zastrzelona.

Gawędziarz, miłośnik zwierząt i motorów

Po ucieczce Stanisław przedostał się na Węgry, gdzie zajął się m.in. działalnością szkoleniową. Do Zakopanego wrócił w 1945 r. Gdy czasy trochę się uspokoiły, wybudował zaprojektowany przez żonę dom. Bywali tam najdostojniejsi przedstawiciele świata sportu, ale nie tylko. U Marusarzy gościł m.in. prezydent Finlandii Urho Kekkonen, który podarował skoczkowi narty. Ten zaś w rewanżu dał swemu gościowi samodzielnie wykonany z jeleniego rogu nóż myśliwski15. Po wojnie Marusarz wrócił do kariery sportowej. Startował m.in. na igrzyskach w Sankt Moritz w 1948 (27. miejsce) oraz w Oslo w 1952 (również 27). W latach 1946, 1948, 1949, 1951 oraz 1952 zdobywał mistrzostwo Polski w skokach.

Marusarz miał wielki talent gawędziarski. Godzinami mógł mówić o łowieniu pstrągów, zapachu trawy nocą czy zwyczajach ptaków i innych zwierząt. Ale jego największą miłością pozostały narty. Żona Irena mówiła, że jest od nich uzależniony: na pierwszym miejscu są narty, na drugim dzieci, na trzecim psy, na czwartym motory, a ja gdzieś tam na piątym16.

Triumf tężyzny fizycznej nad czasem

Kadr z filmu Dziadek. Wieczór, ciemno, ośnieżony stok i usypany ze śniegu uskok. Marusarz w wełnianym swetrze w góralskie wzory i czarnych spodniach narciarskich robi kilka energicznych przysiadów. Towarzyszy mu kilkuletni wnuk Kuba.
– Dziadku, a z kijkami będziemy skakać?
– Nie, bez kijków, wal na górę.
– Dziadku, a ty też będziesz skakał?
– Taaak.

Mały zjeżdża, na twarzy dziadka widać dumę.
– Ile skoczyłem?
– Siedem metrów, bardzo dobrze. Żebyś jeszcze dalej skakał, toby było bardzo fajnie!
– Dziadku, teraz ty idziesz skakać, ja ci będę mierzył. Jedź, dziadku!
Marusarz przewraca się przy lądowaniu, zza kadru słychać jego głos.
– Ale mnie prasło, Kubuś, za twardo dla mnie było.
– Dobrze ci się skoczyło?
– Dobrze mi się skoczyło.

Jeden z najwybitniejszych skoczków w historii narciarstwa Norweg Birger Ruud w pewnym wywiadzie oświadczył, że Stanisław Marusarz stanowi fenomen zwycięstwa tężyzny fizycznej nad czasem. Czterdzieści parę lat życia i ponad dwadzieścia lat na skoczniach świata i wciąż nieutracone miejsce w światowej czołówce17. I rzeczywiście. W historii światowego narciarstwa – może poza Noriakim Kasai – próżno szukać zawodników, który startowali przez ponad 30 lat i potrafili pokonać o 20 lat młodszych od siebie skoczków.

W 1966 r. Marusarz został zaproszony do otwarcia konkursu Turnieju Czterech Skoczni w Garmisch-Partenkirchen. Miał wtedy 53 lata, nie skakał od 9 sezonów. Mimo to postanowił oddać skok. Decyzja Marusarza wywołała wśród sędziów konsternację. Nie wiedzieli: zgodzić się czy nie? Ostatecznie ulegli namowom „Dziadka”. Marusarz musiał pożyczyć narty i buty, skoczył w garniturze i krawacie. On sam w filmie wspomina to tak:

Pierwszym gościem honorowym był Birger Ruud, ja zostałem zaproszony jako drugi. Birger ma ponad 60 lat, robi na parkiecie salta w tył i przód. Myślę: co ja mam teraz zrobić jako ten drugi gość honorowy? Narty pożyczam od najmłodszego narciarza. Jestem na rozbiegu. Godzina 14, ma się rozpocząć konkurs skoków, jest starter na górze, podchodzę do niego, mówię: ja pierwszy skaczę. Na co on: czy ty zwariowałeś? Nie bój się o mnie. Mam dwa cele: żeby nasi zawodnicy byli zdopingowani moim skokiem, a Niemcom, tym, co mnie skazali na karę śmierci, chcę pokazać, że ja jeszcze żyję, że ja u nich podskakuję.

Sam talent nie wystarczy

„Dziadek” często spotykał się z młodzieżą, której opowiadał o narciarskich startach i czasach okupacji. Coraz bardziej stawał się osobą publiczną. Udzielał setek wywiadów do gazet, telewizji. W 1969 r. został wybrany na narciarza 50-lecia Polskiego Związku Narciarskiego, a sześć lat później otrzymał od „Przeglądu Sportowego” Nagrodę im. Janusza Kusocińskiego, przyznawaną zawodnikom za osiągnięcia w sporcie, w życiu zawodowym oraz za kierowanie się zasadami moralnymi18.

Uprawiając narciarstwo, nawet w początkach kariery nie zaznałem uczucia lęku przed niebezpieczną skocznią lub trasą. […] Rzucałem wyzwanie losowi, co mnie wręcz ekscytowało. […] Sport był dla mnie życiem, życie było sportem. Narty były treścią mego życia, największą pasją. Twierdzono, że mam wyjątkowy talent. Jeśli nawet tak było, to przecież sam talent nie wystarcza, aby zostać mistrzem. Trzeba się uczyć i ustawicznie pracować nad sobą. Nie wolno się zrażać początkowymi niepowodzeniami. Sukcesy nie przychodzą łatwo19.

O miłości Marusarza do skoków świadczył też dzień, gdy w 1989 r. nadawano Wielkiej Krokwi jego imię.

Wiał wtedy niezwykle mocny wiatr i sypał śnieg – wspominał w rozmowie z PAP krewny narciarza, Władysław Gąsienica-Roj. Stałem wtedy koło niego, a on zmartwiony oświadczył: „nie da się”. Pytam – co się nie da? A on na to: „skoczyć! Mam narty przygotowane”. Miał wtedy 75 lat20.

Stanisław Marusarz zmarł na zawał serca 29 października 1993 r. w trakcie przemówienia na pogrzebie swojego dowódcy z czasów okupacji – Wacława Felczaka. Został pochowany na tym samym Cmentarzu Zasłużonych na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem. Ktoś zauważył, że w czasie mszy żałobnej w szklanych drzwiach kościoła pw. Świętego Krzyża odbijała się Wielka Krokiew.

Gdy spoglądam wstecz wydaje mi się, że osiągnąłem wiele. Dla siebie i dla naszego sportu. Walkę i rywalizację z najlepszymi o najwyższe trofea dla polskich barw zawsze uważałem za swój patriotyczny obowiązek. I dlatego, wierzę w to gorąco, czerwona czapeczka nie pozostanie jedynym po mnie wspomnieniem. Czerwona czapeczka, nazywana popularnie „marusarką”21.

Za zasługi dla ojczyzny Stanisław Marusarz został 13-krotnie odznaczony polskimi orderami, m.in. Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari oraz pośmiertnie Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski – postanowieniem prezydenta Lecha Kaczyńskiego za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej, za osiągnięcia sportowe oraz działalność na rzecz rozwoju sportów zimowych22.

Znaczek upamiętniający mistrzostwa świata w Lahti w 1938 r.
Ze zbiorów „La Col·lecció” Museu Gabinet Postal de Barcelona (za: Europeana)

Okładka pisma „Ilustracja Polska”, nr 4, 23 stycznia 1938 r. Trzech jest braci Marusarzów: pochodzą z góralskiej rodziny i – oczywiście – wszyscy są narciarzami. Ale najlepszym z nich narciarzem jest bezsprzecznie Stanisław, którego zwycięski uśmiech widzimy na naszym zdjęciu – napisała redakcja
Z zasobów Wielkopolskiej Biblioteki Cyfrowej

Grób Stanisława Marusarza na Cmentarzu Zasłużonych na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem
Fot. Wikipedia

Gwiazda Marusarza we Władysławowie
Fot. Wikipedia

Przypisy:

1 Polski Komitet Olimpijski, Biografie, Marusarz Stanisław, www.olimpijski.pl/pl/bio/1437,marusarz-stanislaw.html [data dostępu: 23 marca 2018 r.].
2 S. Marusarz, Na skoczniach Polski i świata, cyt. za: pl.wikipedia.org/wiki/stanisław_marusarz [data dostępu: 23 marca 2018 r.].
3 Polski Komitet Olimpijski…, op. cit.
4, 5, 6 W. Szatkowski, Poczet skoczków polskich: Stanisław Marusarz – „Król nart” z Zakopanego, www.skijumping.pl/wiadomosci/4492/poczet-skoczkow-polskich-stanislaw-marusarz—krol-nart-zzakopanego, 21 grudnia 2005 r. [data dostępu: 23 marca 2018 r.].
7 M. Hetnał, Pojedynek na mamucie, www.skijumping.pl/wiadomosci/17550/pojedynek-na-mamucie, 19 marca 2014 r. [data dostępu: 23 marca 2018 r.].
8 M. Kozanecki, W Planicy bito rekordy już przed wojną. Kapitalny pojedynek z udziałem Polaka, sportowefakty.wp.pl/skoki-narciarskie/744682/w-planicy-bito-rekordy-juz-przed-wojna-kapitalny-pojedynek-z-udzialem-polaka, 23 marca 2018 r. [data dostępu: 24 marca 2018 r.].
9 W. Szatkowski, op. cit.
10 W. Żyszkiewicz, Saga rodu Marusarzy, waldemar-zyszkiewicz.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=214&Itemid=35 [data dostępu: 24 marca 2018 r.].
11 P. Zawadzki, Jak Staszek Marusarz nie został mistrzem świata, wyborcza.pl/alehistoria/1,121681,13530013,jak_staszek_marusarz_nie_zostal_mistrzem_swiata.htm,
8 marca 2013 r. [data dostępu: 24 marca 2018 r.].
12 W. Żyszkiewicz, op. cit.
13 16. Zakopiańska Drużyna im. Heleny Marusarzówny. O Helenie Marusarzównie mówi Stanisław Marusarz i jego żona Irena, stare.zhr.pl/~mlp.16zdw/wspom.htm [data dostępu: 24 marca 2018 r.].
14 R. Gawkowski, Wielka ucieczka Stanisława Marusarza, Muzeum Historii Polski, muzhp.pl/pl/c/1104/wielka-ucieczka-stanislawa-marusarza, 5 lutego 2014 r. [data dostępu: 24 marca 2018 r.].
15 W. Żyszkiewicz, op. cit.
16 M. Bobakowski, 66-letni skoczek narciarski. Oto wyjątkowa historia Stanisława Marusarza, sportowefakty.wp.pl/zimowe/496926/66-letni-skoczek-narciarski-oto-wyjatkowa-historia-stanislawa-marusarza, 26 stycznia 2015 r. [data dostępu: 24 marca 2018 r.].
17 W. Szatkowski, op. cit.
18 Stanisław „Dziadek” Marusarz, www.alejagwiazdsportu.pl/posts/stanislaw–dziadek–marusarz-106.php, 27 października 2001 r. [data dostępu: 24 marca 2018 r.].
19 S. Marusarz, Na skoczniach Polski i świata, Warszawa 1974, s. 221.
20 Sto lat temu urodził się Stanisław Marusarz, eurosport.interia.pl/zimowe/news-sto-lat-temu-urodzil-sie-stanislaw-marusarz,nId,983553, 18 czerwca 2013 r. [data dostępu: 27 marca 2018 r.].
21 S. Marusarz, op. cit., s. 221.
22 Prezydent odznaczył pośmiertnie Stanisława Marusarza, https://eurosport.interia.pl/aktualnosci-sportowe/news-prezydent-odznaczyl-posmiertnie-stanislawa-marusarza,nId,548839, 12 lutego 2010 [data dostępu: 27 marca 2018 r.].

Pocztowcy II RP Sportowcy i patrioci

Wśród instytucji odrodzonej Rzeczypospolitej Poczta Polska wyróżniała się nie tylko imponującą 360-letnią historią, ale także szczególnym etosem służby. Jej pracowników zawsze wyróżniała troska o losy ojczyzny. W niełatwym okresie międzywojennym pocztowcy ćwiczyli sprawność podczas przysposobienia wojskowego, tworzyli także swoje kluby. W Warszawie w latach 1932–1934 istniał Sportowy Klub Pocztowców (w 1934 r. został wchłonięty przez Koło Sportowe Pocztowego Przysposobienia Wojskowego)1. W Gdańsku Pocztowy Klub Sportowy został założony w 1936 r. Pocztowcy biegali, uczyli się strzelectwa. Po roku 1939 umiejętności te okazały się niezwykle przydatne.

II okręgowe zawody łucznicze Pocztowego Przysposobienia Wojskowego w Poznaniu w 1935 r.
Fot. NAC

Sport na wypadek wojny

Przysposobienie miało przygotowywać mężczyzn do zasadniczej służby wojskowej, a kobiety – do niesienia pomocy na wypadek wojny. Obejmowało w dużej mierze wychowanie fizyczne. W odrodzonej Polsce zarówno władze cywilne, jak i wojskowe zgodnie podkreślały potrzebę jego prowadzenia, przy czym za główny cel uznawano nie podstawowe szkolenie wojskowe, ale podniesienie stanu zdrowia i sprawności fizycznej2.

Wielu poborowych odrzucano w tym czasie z powodu słabej kondycji i zdrowia. Stąd też biorą się silne związki przysposobienia wojskowego z kształtującym się dopiero wychowaniem fizycznym i ruchem sportowym w II Rzeczypospolitej3. Władze miały świadomość, że tylko atrakcyjna oprawa zdoła przyciągnąć młodzież, dlatego wprowadzono obowiązek organizowania zawodów dla uczestników. Wśród statutowych celów Pocztowego Przysposobienia Wojskowego znaleźć można krzewienie kultury fizycznej, rozbudzanie zamiłowania do sportu oraz rozszerzanie wiadomości fachowych z zakresu służby pocztowo-telegraficznej, celem podniesienia sprawności wszystkich tych działów, które specjalnie związane są z obroną Państwa4. Organizowano zawody, podczas których pocztowcy jeździli na nartach, strzelali z broni palnej i łuku, konkurowali w biegach.

Książka „Pocztowe Przysposobienie Wojskowe Oddział 1 Męski w dwudziestolecie niepodległości: 1918-11 XI-1938”, B. Szymański, R. Śniechórski
Ze zbiorów Biblioteki Narodowej (za: Polona)

Zawody sportowe Pocztowego Przysposobienia Wojskowego w Krakowie w 1937 r. Trzej urzędnicy i oficer przechodzą przed drużynami sportowymi
Fot. NAC

Ogólnopolskie zawody Pocztowego Przysposobienia Wojskowego w Warszawie w 1929 r. Finisz biegu na 60 m, wygrywa Irena Dobrzańska (1912–1998). Dobrzańska była najlepszą lekkoatletką PPW w Warszawie. Uczestniczyła w Powstaniu Warszawskim, po wojnie brała udział m.in w mistrzostwach Europy w Oslo (1956 r., 5. miejsce w rzucie dyskiem). Dwukrotna mistrzyni Polski w tej dyscyplinie (1949, 1951 r.)
Fot. NAC

Zginęli za Polskę

Po wybuchu II wojny światowej wyszkoleni podczas Pocztowego Przysposobienia Wojskowego pracownicy Poczty stanęli do walki. Przykładem takiego pocztowca był urodzony w 1911 r. Franciszek Bugaj, pochodzący z Wilkowyi koło Jarocina. Pracował w Urzędzie Pocztowym w Pleszewie i Rogoźnie Wielkopolskim. W 1937 r. został zatrudniony na poczcie w Poznaniu. Dał się poznać jako wybitnie aktywny działacz Pocztowego Przysposobienia Wojskowego, kierował sekcją strzelectwa sportowego. Zginął prawdopodobnie we wrześniu 1939 r. (do dziś uznaje się go za zaginionego)5.

Życie za ojczyznę oddał także pracownik Poczty Ludwik Danielak, urodzony 24 sierpnia 1909 r. w Piaskach. Gdy miał 15 lat, jego rodzina przeniosła się do Zdun, gdzie ojciec Walenty Danielak otworzył hotel i restaurację. Dzięki środkom pozyskanym od taty Ludwik zorganizował w Zdunach drużynę harcerską. Choć nie podobało się to Niemcom, chłopak angażował kolejne osoby (w sumie było ich kilkadziesiąt), które uczył m.in. sztuki przetrwania. Wśród jego wychowanków znajdowali się przyszli żołnierze wyklęci: Franciszek Jerzy Jaskulski „Zagon”, „Zagończyk” oraz Czesław Bardzik „Jodła”.

W 1930 r. Danielak ukończył służbę wojskową i podjął pracę w Urzędzie Pocztowym w Krotoszynie. Był wybitnym szachistą, zdobywał wiele nagród m.in. w zawodach wojewódzkich. Jego dom stanowił prawdziwą ostoję polskości. Organizowano tam wieczory patriotyczne, zbiórki harcerskie, występy chóru czy szkolenia oficerów. 1 września 1939 r. do starostwa w Krotoszynie dotarła wiadomość z rozkazem ewakuacji wszystkich urzędników państwowych. Danielak wraz z rodziną (żoną i dwojgiem dzieci) ewakuował się specjalnym pociągiem w kierunku Warszawy. Podczas przejazdu nadzorował walory pieniężne i tajną dokumentację pocztową.

2 września pociąg dotarł do Koła, gdzie został zaatakowany przez niemieckie siły Luftwaffe. Zginęło w sumie ponad 150 osób. Rodzina Danielaków cudem ocalała, a Ludwik nadzorował ewakuację pasażerów, w tym dzieci, do pobliskiego lasu. Cztery dni później w okolicach Ozorkowa urzędnicy państwowi masowo zdejmowali mundury. Jednym z nielicznych, którzy tego nie zrobili, był Danielak; nadal wypełniał on powierzone mu obowiązki. Nazajutrz w czasie wykonywania zadania obronnego w Modlnej, przed bitwą nad Bzurą, został pojmany przez niemiecki desant i rozstrzelany. Nie miał przy sobie broni.

Jego ciało znalazła mieszkanka Modlnej. W ręce miał różaniec, który kobieta zabrała na pamiątkę. Danielak został pochowany w Modlnej, jednak w 1959 r. z inicjatywy córki i syna ciało ekshumowano. W uroczystym pogrzebie w Zdunach uczestniczyło m.in. jego sześciu kolegów pocztowców6.

Równie tragicznie potoczyły się losy Konrada Ofierzyńskiego (ur. 10 stycznia 1909 r. w Poznaniu). Po ukończeniu Wyższej Szkoły Handlowej w Poznaniu dostał on pracę jako naczelnik Urzędu Pocztowego w Obornikach. Był wielkim miłośnikiem piłki nożnej, uprawiał także siatkówkę, koszykówkę i grał w tenisa. Jako dziecko był piłkarzem Venetii Ostrów Wielkopolski, później występował w Ostrowskim Klubie Sportowym i Ostrovii, by wreszcie w 1932 r. trafić do poznańskiej Warty. W 1934 roku wszedł do gry w pamiętnym meczu Warty z włoską drużyną AC Milan, przegranym 1:3 na stadionie Szyca7.

Ofierzyński spędził w poznańskim klubie osiem sezonów i zagrał w ostatnim przedwojennym meczu Warty w Lidze (odpowiedniku dzisiejszej Ekstraklasy)8. „Przegląd Sportowy” wydany dzień po spotkaniu był pod wrażeniem frekwencji. Poznań jest złakniony wielkich imprez sportowych, czego dowodem frekwencja rekordowa na meczu Warta – Ruch. Na boisku był nadkomplet – około 8000 osób. Trybuny były tak przepełnione, że trzeba było ustawiać na bieżni kilka rzędów krzeseł. Ta frekwencja […] dowodzi […] zdrowych nerwów poznańczyków, którzy mimo huraganu niemieckiej propagandy zastraszenia, wiodą normalny tryb życia w poczuciu własnej siły i słuszności sprawy9.

Statut Pocztowego Przysposobienia Wojskowego, 1934 r.
Ze zbiorów Biblioteki Narodowej (za: Polona)

Ludwik Danielak (1909–1939) – pocztowiec, szachista, uczestnik kampanii wrześniowej
Fot. Wikipedia

Mecz piłki nożnej Wisła Kraków – Warta Poznań w Krakowie we wrześniu 1938 r. Antoni Łyko z Wisły strzela drugą bramkę po wyminięciu bramkarza Warty Zbigniewa Schultza. Obok niego Konrad Ofierzyński z Warty Poznań, nad nim Michał Filek z Wisły Kraków. W tle widoczne trybuny i loża honorowa
Fot. NAC

Po wybuchu wojny Ofierzyński jako oficer rezerwy trafił do 25. Dywizji Piechoty gen. Franciszka Altera, jednostki Armii „Poznań”. W okolicach Jarosławia pojmała go Armia Czerwona. Wiosną 1940 r. został zamordowany w Charkowie. Okoliczności śmierci są do dziś niejasne. Nigdy nie odnaleziono też ciała10.

Pocztowcy w obronie orła

Pracownicy Poczty bronili Polski i polskich wartości także w utworzonym w 1920 r. Wolnym Mieście Gdańsku. Od chwili jego powstania do wybuchu wojny grupa pocztowców i zarazem sportowców amatorów była gotowa poświęcić życie dla ojczyzny. Codzienna egzystencja w mieście zdominowanym przez Niemców (Polacy stanowili zaledwie kilka procent jego mieszkańców) nie była dla Polaków łatwa i wielokrotnie obrona wartości patriotycznych wymagała dużej odwagi. Nastroje antypolskie wzrosły zwłaszcza po dojściu do władzy Adolfa Hitlera.

Polacy mieli w Gdańsku wiele przywilejów, w tym prawo do służby pocztowej. Polskie władze dokładały wszelkich starań, by otwierać kolejne urzędy. Powstały sortownie listów i paczek oraz urząd zajmujący się obsługą korespondencji zamorskiej. Najważniejszy był jednak Urząd Gdańsk 1 na pl. Heweliusza, gdzie znajdowała się centrala telefoniczna umożliwiająca bezpośrednie połączenia z Polską. Główna gdańska placówka zatrudniała ok. 100 pracowników, z których większość należała do Związku Strzeleckiego.

Pod koniec lat 30. XX w. w centrum Gdańska znajdowało się łącznie 10 skrzynek pocztowych. Te przeznaczone tylko do korespondencji kierowanej do Polski oznaczono symbolem orła białego. Wizerunek orła drażnił Niemców, którzy niemal każdej nocy niszczyli skrzynki i wypisywali na nich obraźliwe treści. Pocztowcy jednak niestrudzenie każdego ranka przystępowali do renowacji11.

Narastające szykany i antypolskie nastroje mobilizowały Polaków do jednoczenia się w różnego typu organizacjach. Utworzono m.in. Pocztowy Klub Sportowy, w skład którego weszli wszyscy pracownicy Poczty Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku. Powstała w nim sekcja strzelecka, która tak naprawdę służyła jako przykrywka i umożliwiała szkolenie w posługiwaniu się bronią. Sportowcy nie mieli własnego obiektu sportowego, dlatego korzystali z uprzejmości KS Gedania. W barwach tego zespołu występowali także podczas międzynarodowych zawodów. Niemcy za wszelką cenę utrudniali rejestrację nowych klubów. Mieli świadomość, że sport nie tylko usprawnia Polaków, ale też buduje ducha walki, wzmacnia poczucie jedności, solidarności i współpracy. W klubie pocztowców poza sekcją strzelecką działały sekcja lekkoatletyczna, gimnastyczna, siatkarska oraz piłkarska.

Skrzynka pocztowa z lat 20. XX wieku
Fot. NAC

Zawody strzeleckie Pocztowego Przysposobienia Wojskowego w Wadowicach w 1933 r. Na zdjęciu m.in. uczestnicy zmagań o Państwową Odznakę Strzelecką
Fot. NAC

Coś wisiało w powietrzu

„Polski plan interwencyjny w Gdańsku” został opracowany przez Sztab Główny Wojska Polskiego już w 1936 r. Wówczas odbyły się szkolenia w ramach Pocztowego Przysposobienia Wojskowego. Pocztowcy zmobilizowali się jeszcze bardziej po zajęciu przez Niemców Kłajpedy w marcu 193912. Nastroje panujące przed wybuchem wojny dobrze oddała we wspomnieniach Elżbieta Szuca-Marcinkowska (zm. 2012 r.), która w roku 1935 rozpoczęła pracę w gdańskiej poczcie. Miasto było piękne, ale atmosfera zła. Zaczęły się te marsze młodych z Hitlerjugend, strasznie krzykliwych. Wszędzie wisiały długie, czerwone flagi z czarną swastyką. Z przyjaciółką Wandą Kamrowską, też telegrafistką, wynajmowałyśmy stancje. Z pierwszej właściciel wyrzucił nas, gdy 3 maja wywiesiłyśmy polską flagę13 – opisywała pani Elżbieta.

W ostatnich dniach sierpnia zaprzyjaźnieni pocztowcy, ok. 30 osób, pojechali do Jastrzębiej Góry. Cieszyli się piękną pogodą i morzem, jednak wiedzieli, że coś złego wisi w powietrzu. Jak opowiadała Elżbieta Szuca-Marcinkowska, latem 1939 r. pracownicy otrzymali polecenie, aby ich rodziny wróciły do Polski. W kwietniu przyjechał Konrad Guderski, choć wtedy nie znaliśmy jego nazwiska. Naczelnik przedstawił go jako swojego zastępcę […]. Podejrzewaliśmy, że ma coś wspólnego z wojskowością, bo widzieliśmy, że od tego czasu mężczyźni zaczęli się organizować. Spotykali się gdzieś wieczorami14. Mężczyźni nie wtajemniczali kobiet w przygotowania. Dopiero po czasie pani Elżbieta dowiedziała się, że odbywali szkolenia wojskowe i gromadzili broń.

Atak na pocztę

Kiedy 1 września o godz. 4.45 Niemcy równocześnie z ostrzałem Westerplatte z pancernika Schleswig-Holstein uderzyli na pl. Heweliusza, pocztowcy nie dali się zaskoczyć. W budynku na atak czekało ponad 40 pocztowców z Gdańska, byli tam też pracownicy oddelegowani z Gdyni i Bydgoszczy (ok. 10 osób) oraz dozorca z żoną i ich 11-letnią wychowanką. Obrońcy poczty mieli do dyspozycji kilka karabinów maszynowych, pistolety i ręczne granaty.

O godzinie 4.50 kolega Binnebesel, który pełnił dyżur w centrali telefonicznej, zameldował, iż przerwano wszelką łączność. Zaraz potem zaczęto ostrzeliwać gmach naszego urzędu. […] W pewnej chwili Konrad [Guderski] został śmiertelnie trafiony kulą. Koledzy zabrali go i położyli w sąsiednim pokoju. Dowództwo objął starszy asystent, Alfons Flisykowski15 – wspominał Augustyn Młyński, jeden z niewielu ocalałych pocztowców. Flisykowski, wcześniej ochotnik wojny w 1920 r., do przyjazdu Guderskiego do Gdańska sam zarządzał komórką samoobrony Poczty. Warto wspomnieć, że wspólnie z żoną, zapaloną lekkoatletką, byli miłośnikami sportu (Alfons przyczynił się do utworzenia Pocztowego Klubu Sportowego).

W zamyśle Niemców cała akcja miała przebiec szybko i sprawnie: dostają się do środka i atakują obrońców. Pocztowcom udało się jednak odeprzeć atak. Odmówili złożenia broni. Byli ranni, odcięci od świata, z kończącymi się zapasami amunicji, bez prądu i wody. Gęsty dym i ogień utrudniały widoczność i oddychanie16. Po 14-godzinnej walce Niemcy wlali do piwnic budynku benzynę i wrzucili tam granat. Część obrońców spłonęła żywcem, inni zostali ciężko oparzeni. Uciekając od ognia, dyrektor Poczty Jan Michoń znalazł biały ręcznik i wyszedł z nim na zewnątrz. Natychmiast został zastrzelony.

Kadr z filmu przedstawiający szturm gmachu Poczty Polskiej w Gdańsku pod osłoną samochodu pancernego Steyr ADGZ
Fot. NAC

Pomnik Obrońców Poczty Polskiej odsłonięty 1 września 1979 r. na Starym Mieście w Gdańsku (pl. Obrońców Poczty Polskiej)
Fot. Wikipedia

Niemieccy żołnierze prowadzą pojmanych obrońców poczty gdańskiej
Fot. NAC

Tragiczny los bohaterów

Pocztowcy, którzy przeżyli obronę, zostali skazani na śmierć pod zarzutem nielegalnych działań dywersyjnych. Wszystkich aresztowano (zbiec udało się tylko czwórce). Skazanych na śmierć rozstrzelano 5 października na Zaspie. Prowadzono ich czwórkami, związanych. Nad grobem wykopanym przez więźniów obozu w Stutthofie zezwolono im na przyjęcie komunii17. Polscy pocztowcy, którzy nie brali udziału w obronie, zostali w większości aresztowani i osadzeni w obozach koncentracyjnych.

Warto pamiętać, że obrońcy poczty, choć w historii zapisali się głównie jako osoby stawiające opór niemieckiej agresji, byli także zapalonymi sportowcami – z Alojzym Flisykowskim, podreferendarzem przy pl. Heweliusza, rozstrzelanym na gdańskiej Zaspie 5 października 1939 r., na czele. Aktywnymi działaczami Pocztowego Klubu Sportowego byli również: Franciszek Kuntz (pracownik Poczty, rozstrzelany na Zaspie), Franciszek Dobrzychowski (starszy ekspedient, który zginął w obozie), Eryk Budziński (dyrektor Okręgu Pocztowo-Telegraficznego RP w Gdańsku, rozstrzelany na Zaspie), Ignacy Sikorski (naczelnik urzędu, rozstrzelany na Zaspie) oraz Jan Michoń (od marca 1939 r. dyrektor okręgu, zastrzelony w czasie obrony). Cała szóstka poległa w obronie ojczyzny i nie miała szansy się przekonać, że ich ukochany klub sportowy przetrwał wojnę i doczekał się nawet własnego stadionu18.

Grób rozstrzelanych przez Niemców pocztowców na gdańskiej Zaspie
Fot. Wikipedia

Przypisy:

1 R. Gawkowski, Encyklopedia klubów sportowych Warszawy i jej najbliższych okolic w latach 1918-39, Warszawa 2007, s. 144-145.
2, 3 J. Wojtyczna, Przysposobienie wojskowe w odrodzonej Polsce do roku 1926, Kraków 2001, s. 5.
4 Statut Pocztowego Przysposobienia Wojskowego, Warszawa 1934, s. 5–6.
5 Lista pracowników Poczty i Telekomunikacji poległych w latach 1939–1945, www.stankiewicze.com/index.php?kat=31&sub=452 [data dostępu: 7 kwietnia 2018 r.].
6 Ł. Cichy, Ludwik Danielak, Zdunowski Portal Historyczny, zduny.wordpress.com/2015/04/18/ludwik-danielak, 18 kwietnia 2015 r.
[data dostępu: 7 kwietnia 2018 r.].
7, 8 R. Nawrot, Katyń. Konrad Ofierzyński i Marian Spojda – dwaj warciarze, dwie śmierci, www.poznan.sport.pl/sport-poznan/1,124482,17747139,katyn__konrad_ofierzynski_i_marian_spojda___dwaj_warciarze_.html, 13 kwietnia 2015 r. [data dostępu: 7 kwietnia 2018 r.].
9 Imponujący start Warty. 8000 widzów oklaskuje zwycięstwo nad Ruchem 5:2, „Przegląd Sportowy”, nr 67, 21 sierpnia 1939 r., s. 7.
10 R. Nawrot, op. cit.
11 A. Putkiewicz, Obrońcy Poczty Polskiej. Walczyli zaciekle do końca, polska-zbrojna.pl/home/articleshow/20366?t=obroncy-poczty-polskiej-walczyli-zaciekle-do-konca, 2 września 2016 r. [data dostępu: 6 kwietnia 2018 r.].
12 M. Barski, Muzeum Poczty Polskiej w nowej odsłonie, ibedeker.pl/relacje/muzeum-poczty-polskiej-w-nowej-odslonie, 28 czerwca 2013 r.
[data dostępu: 7 kwietnia 2018 r.].
13, 14 M. Wąs, Miasto było piękne, ale atmosfera zła. Wspomnienia pracownicy Poczty Polskiej, trojmiasto.wyborcza.pl/trojmiasto/1,35612,14521491,miasto_bylo_piekne__ale_atmosfera_zla__wspomnienia.html, 1 września 2013 r. [data dostępu: 6 kwietnia 2018 r.].
15 Piotrkowianin obrońcą Poczty Polskiej w Gdańsku, www.epiotrkow.pl/news/piotrkowianin-obronca-poczty-polskiej-w-gdansku,26181, 31 sierpnia 2016 r. [data dostępu: 7 kwietnia 2018 r.].
16, 17 A. Putkiewicz, op. cit.
18 „Konradia”, cz. 2, prussport.wordpress.com/category/kluby-i-druzyny/ks-konradia-gdansk, 13 stycznia 2012 r. [data dostępu: 7 kwietnia 2018 r.].

Antoni Maszewski Bieg po zwycięstwo

Na frontach II wojny światowej walczyło wielu wybitnych sportowców. Nie zabrakło ich również w jednej z najcięższych bitew, w której Polacy wykazali się bezprzykładnym poświęceniem i hartem ducha. Wśród bohaterów bitwy pod Monte Cassino był kpt. Antoni Maszewski – lekkoatleta, średniodystansowiec i płotkarz, którego nazwisko znało każde dziecko w przedwojennej Polsce1.

Start w Sokole

Antoni Maszewski urodził się 5 maja 1908 r. w Kamieńsku. Jego rodzice, właściciele miejscowego młyna, zatrudnili dla syna guwernantkę2. Już jako uczeń Państwowego Gimnazjum Męskiego im. Bolesława Chrobrego w Piotrkowie Trybunalskim wykazywał się wieloma sportowymi talentami – uprawiał lekką atletykę i pływał. W piotrkowskim Sokole biegał i skakał w dal. Treningi szybko przyniosły pierwszy sukces – tytuł mistrza łódzkiego okręgu Polskiego Związku Lekkiej Atletyki3.

W 1930 roku na starcie lekkoatletycznych mistrzostw Polski, które odbywały się w Warszawie, stanął młodziutki student prawa […]. Zwyciężył w biegu na 400 m przez płotki i przyczynił się walnie do zwycięstwa drużyny Polonii w sztafecie 4 × 400 m. Natychmiast obwołano go „objawieniem mistrzostw” […]. Już dwa miesiące później Antoni Maszewski wchodzi do reprezentacji Polski na mecz z Czechosłowacją i wygrywa swoją konkurencję4 – wspominano po latach początki kariery Maszewskiego w książce Chwała olimpijczykom.

Zanim Maszewski został olimpijczykiem, wprost ze stadionu biegał na sale wykładowe Uniwersytetu Warszawskiego. Prawo ukończył w czerwcu 1933 r., po czym stawił się w Modlinie, by odbyć kurs podchorążych rezerwy przy 32. Pułku Piechoty. Zajął pierwszą lokatę5. Po rocznej służbie wojskowej został aplikantem przy sądzie okręgowym, a w 1936 r. sędzią w Wojskowym Sądzie Okręgowym w Warszawie.

Rekordzista

Antoni Maszewski znakomicie łączył karierę prawniczą ze sportową. Był zawodnikiem warszawskich klubów: Polonii (1928–1934, 1938) i Legii (1935–1937). W latach 30. w Polsce nie miał sobie równych w biegu przez płotki na dystansie 400 m; mistrzostwo kraju dał sobie odebrać tylko raz, w 1934 r. Doskonale radził sobie również na dystansie 800 m (kilkakrotnie zdobył tytuł wicemistrza kraju)6.

W 1932 r. Maszewski pobił rekord Polski w biegu na 500 m. „Przegląd Sportowy” ocenił, że jego występ był porywający. Dziennikarz z podziwem odnotował, że biegacz Polonii, mimo złej bieżni i warunków atmosferycznych, łatwo rozprawił się z rekordem na 500 m. Zaimponował nam […]. Tak biegnie człowiek, który ma za sobą systematyczny, racjonalny, długi trening7. Maszewski bił rekordy Polski jeszcze dwukrotnie – w sztafecie 4 × 400 m oraz tzw. sztafecie szwedzkiej (sztafeta, w której zawodnicy przebiegają kolejno dystanse 100, 200, 300 i 400 m).

Podziwiany w kraju, nie miał szczęścia na zagranicznych imprezach. Podczas igrzysk w Berlinie reprezentował Polskę w sztafecie 4 × 400 m. Niestety dwóch z czterech zawodników, w tym sam Maszewski, przyjechało do Berlina nie w pełni sił. Występ naszej sztafety wypadł o klasę lepiej, niż mogliśmy się spodziewać. Mało mieliśmy zaufania do biegaczy, którzy w ostatnich czasach raz po raz nawiedzani byli przez kontuzje, a tymczasem – zabrakło 2 metrów, aby przedostać się do finału!8 – pisał „Przegląd Sportowy”. O braku awansu do finału przesądziło 0,6 s przewagi Węgrów9.

I Liceum Ogólnokształcące im. Bolesława Chrobrego (przed II wojną światową – gimnazjum) w Piotrkowie Trybunalskim, które ukończył Antoni Maszewski
Fot. Wikipedia

Portret Antoniego Maszewskiego ze studenckiego indeksu
Archiwum Uniwersytetu Warszawskiego

Zwycięska sztafeta meczu lekkoatletycznego mężczyzn Belgia – Polska w Brukseli w 1931 r. (październik). W środku konsul Polski w Belgii Feliks Chiczewski. Antoni Maszewski – pierwszy z lewej
Fot. NAC

Maszewski reprezentował Polskę w międzypaństwowych meczach 22 razy, ostatni raz w roku 193810. Rok później musiał na zawsze zapomnieć o sporcie. Został zmobilizowany tuż przed wybuchem II wojny światowej.

„Wzór żołnierza”

W czasie kampanii wrześniowej jako podporucznik rezerwy piechoty walczył w bitwach pod Kutnem i Kockiem. Po klęsce przedostał się na Węgry. Kiedy tylko dotarła wiadomość, że we Francji formuje się polskie wojsko, szybko zdobył niezbędne dokumenty i wyjechał na Zachód. Jako sędzia wojskowy miał doświadczenie w administracji, ale nie wyobrażał sobie spędzić wojny przy biurku – poprosił o skierowanie na front. Został żołnierzem Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich11. Za walkę w bitwie o Tobruk (kwiecień–listopad 1941 r.) otrzymał Krzyż Walecznych i awans do stopnia kapitana12.

Po przerzuceniu do Włoch był dowódcą 6. Batalionu 3. Dywizji Strzelców Karpackich i walczył w bitwie o Monte Cassino. Z relacji kolegów Maszewskiego wynika, że w 15. dniu morderczych walk o wzgórze na jednym z odcinków wybuchła panika – żołnierze, zamiast atakować, zaczęli się cofać. Przed nimi stanął kpt. Maszewski. Nie mogli go słyszeć, nie był w stanie przekrzyczeć huku dział. Sama obecność dowódcy podziałała jednak uspokajająco, żołnierze wrócili na swoje pozycje i kontynuowali atak13. Trzy dni później, 18 maja 1944 r., Polacy zdobyli Monte Cassino.

Odwagę Antoniego Maszewskiego podziwiał słynny pisarz i dziennikarz Melchior Wańkowicz. Wzór żołnierza, męstwa, prawości i koleżeństwa – napisał w swoim trzytomowym reportażu Bitwa o Monte Cassino.

Ostatnia bitwa

Maszewski walczył o Ankonę jako dowódca 4. Batalionu 3. Dywizji Strzelców Karpackich. Zginął 5 sierpnia 1944 r. na polu bitwy pod Ronticelli, trafiony pociskiem artyleryjskim. Wykazał niezwykłe opanowanie jako dowódca, trzeźwość oceny sytuacji oraz odwagę osobistą – napisano we wniosku o nadanie Orderu Virtuti Militari. Swoim zachowaniem się w walce wzbudził podziw u podwładnych. 5 sierpnia 1944 r. w bitwie pod Ronticelli pierwszorzędnie przeprowadził akcję, zapewniając podstawę wyjściową do późniejszego natarcia dywizji. W akcji tej wykazał wysokie wartości dowódcze, trwając przez kilka dni z batalionem w trudnych warunkach walki, odwiedzając najbardziej eksponowane odcinki14.

Maszewski został pośmiertnie awansowany do stopnia majora oraz odznaczony Virtuti Militari, Krzyżem Walecznych, Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami i Krzyżem Monte Cassino. Jest pochowany wśród 1080 żołnierzy na polskim cmentarzu w Loreto.

Odznaka 3. Dywizji Strzelców Karpackich
Fot. Wikipedia

Krzyż Monte Cassino
Fot. Wikipedia

Fragment gazety konspiracyjnej „Walka” informujący m.in. o bitwie pod Ronticelli
Ze zbiorów Mazowieckiej Biblioteki Cyfrowej

Zwycięzcy. Ze stadionów pod wzgórze Cassino

Trzy dni po śmierci Antoniego Maszewskiego poległ pod Ankoną inny wybitny polski lekkoatleta, Leonid Fiedoruk – mistrz kraju i rekordzista w rzucie dyskiem. W bitwie o Monte Cassino walczyli polscy piłkarze. Autor słów słynnej pieśni Czerwone maki na Monte Cassino Feliks Konarski był zawodnikiem Polonii Warszawa. Bohaterami spod Monte Cassino zostali przedwojenni reprezentanci Polski: Antoni Gałecki, uważany za jednego z najlepszych zawodników w dziejach Łódzkiego Klubu Sportowego, Bolesław Habowski (Wisła Kraków, Junak Drohobycz) oraz Antoni Komendo-Borowski „Sarenka” (Jagiellonia Białystok, Pogoń Lwów). Do armii generała Andersa zaciągnęła się niemal cała drużyna kresowego Wojskowo-Cywilnego Klubu Sportowego Junak Drohobycz wraz z prezesem płk. Mieczysławem Młotkiem na czele – pisze Jacek Szustakowski. Piłkarze Junaka Drohobycz i innych klubów utworzyli reprezentację Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich, która w przerwach między szkoleniem wojskowym i walkami na froncie rozgrywała mecze na Bliskim Wschodzie i we Włoszech.

Źródło: J. Szustakowski, W bitwie o Monte Cassino walczyli także sportowcy, „Polska Zbrojna”, www.polskazbrojna.pl, 19 maja 2016 r. [data dostępu: 10 marca 2018 r.].

Przypisy:

1 J. Szustakowski, W bitwie o Monte Cassino walczyli także sportowcy, „Polska Zbrojna”, www.polskazbrojna.pl, 19 maja 2016 r. [data dostępu: 10 marca 2018 r.].
2 Teczka studencka Antoniego Maszewskiego, Archiwum UW.
3 G. Turlejski, Prawnik, olimpijczyk, żołnierz, „Ziemia Łódzka. Pismo Samorządowe Województwa Łódzkiego”, nr 3/2016, s. 12.
4 A. Jucewicz, W. Stępiński, Chwała olimpijczykom, Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa 1968, s. 89.
5 R. Wryk, Olimpijczycy Drugiej Rzeczypospolitej, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2015, s. 422.
6 Maszewski Antoni (1908–1944) [w:] B. Tuszyński, H. Kurzyński, Leksykon olimpijczyków polskich. Od Chamonix i Paryża do Soczi 1924–2014, wyd. 3, poprawione i uzupełnione, Polski Komitet Olimpijski, Warszawa 2014, s. 480.
7 Porywające biegi Walasiewiczówny i Maszewskiego, „Przegląd Sportowy”, nr 85, 22 października 1932 r., s. 2.
8 Skokami nie można wygrać 10-boju, „Przegląd Sportowy”, nr 68, 10 sierpnia 1936 r., s. 4.
9 A. Jucewicz, W. Stępiński, op. cit., s. 90.
10 Maszewski Antoni (1908–1944) [w:] B. Tuszyński, H. Kurzyński, op. cit., s. 480.
11 A. Jucewicz, W. Stępiński, op. cit., s. 90.
12 J. Szustakowski, op. cit.
13 A. Jucewicz, W. Stępiński, op. cit., s. 92.
14 G. Turlejski, op. cit., s. 13.

Witalis Ludwiczak Naprzód, choć burza huczy

Witalis Ludwiczak zalicza się bezsprzecznie do wąskiego grona osób, które nie tylko wniosły ogromny wkład w rozwój sportu wyczynowego, ale też osiągnęły niemałe sukcesy na polu naukowym. Porucznik Wojska Polskiego, dwukrotny olimpijczyk i pięciokrotny uczestnik mistrzostw świata ostatecznie poświęcił się pracy wykładowcy. Choć sam twierdził podczas swojego jubileuszu w 1980 r.: Nigdy nie chciałem zostać zawodowym sportowcem. Nie zamierzałem też robić kariery uniwersyteckiej1.

Gimnazjum Marii Magdaleny

O wielkiej miłości znakomitego prawnika do sportu niech świadczy jedna anegdota. Otóż pewnego dnia przyszedł do profesora na egzamin niezbyt dobrze przygotowany student (Jerzy Synowiec, dziś uznany adwokat i działacz klubu żużlowego Stal Gorzów Wielkopolski). W końcu Ludwiczak, poirytowany nikłą wiedzą indagowanego, zapytał: z jaką postacią ze sportu kojarzy się pańskie nazwisko?2. Student bez chwili zawahania odparł, że z Tadeuszem Synowcem, piłkarzem Cracovii i założycielem „Przeglądu Sportowego”. Na co prof. Ludwiczak odrzekł krótko: dostateczny. I taką ocenę wpisał do indeksu.

Urodził się 20 kwietnia 1910 r. w Poznaniu. Rodzina Ludwiczaków miała własne gospodarstwo rolne w okolicach Wrześni. Rodzice zdecydowali się jednak przenieść do Poznania. Ojciec Ignacy był krojczym, pracował w przedsiębiorstwie krawieckim Kaczmarek i S-ka, którego był współwłaścicielem3. Mama Konstancja zajmowała się domem i pięciorgiem dzieci.

Zarówno sam Witalis, jak i czwórka jego rodzeństwa: Rufina, Zdobysława, Kazimiera i Bogdan, mieli dość oryginalne imiona4. Ludwiczakom nie chodziło jednak o ekstrawagancję. Oboje byli zagorzałymi przeciwnikami germanizacji. Imiona dla swoich dzieci wybrali więc nieprzypadkowo w taki sposób, by nie dało się ich zniemczyć. W domu bardzo silne były tradycje patriotyczne.

Jeśliby wymieniać osoby, które miały wpływ na kształtowanie charakteru i osobowości małego Witalisa, to bez wątpienia kimś takim był jego stryj, ks. Antoni Ludwiczak. Duchowny był znanym w Wielkopolsce społecznikiem, w okresie zaborów organizował biblioteki i czytelnie oraz tajne nauczanie polskiego i historii. W tych prywatnych lekcjach uczestniczył również przyszły olimpijczyk. W domu stryja spotykał tak znaczących ludzi jak choćby Wojciech Korfanty5.

W 1920 r. Ludwiczak zaczął uczęszczać do państwowego Gimnazjum św. Marii Magdaleny w Poznaniu. Nie tylko poszerzał w nim wiedzę i uczył się myślenia. Szkoła była też miejscem, które wychowywało. Umiłowanie wiedzy i prawdy, życie bez obłudy i intryg to ów romantyzm Marii Magdaleny6.

Wychowankowie byli zobowiązani przestrzegać ustalonych zasad również poza murami szkoły, w życiu prywatnym. Stąd przerażenie i popłoch u Witalisa, gdy jedną z tych zasad złamał. Zdarzyło się to zimą, dwa, może trzy miesiące przed maturą, kiedy wbrew panującemu w szkole zakazowi poszedł z dziewczyną do kina. Sam Witalis barwnie to opisał w swoich wspomnieniach: Byłem wesół jak szczygieł. Panna bardzo mi się podobała. Przede mną film w uroczym towarzystwie. Naraz krew się we mnie ścięła. Dostałem szumu w głowie, w oczach mi się zakręciło. Wśród oczekujących na wejście na widownię stoi Dzeus [tak uczniowie nazywali dyrektora szkoły Dezyderego Ostrowskiego]7. Witalis kompletnie stracił grunt pod nogami i trzeźwość myślenia. Huknąłem na partnerkę, ciągnąc ją za rękę… chodźmy tam, pod ścianę… ustaw się tak, abym ja stał tyłem do oczekujących… jak zaczną wpuszczać – czekać!8

Po tych przedziwnych kombinacjach udało mu się – jak sądził – niezauważonym opuścić kino. Jakież więc było jego zdziwienie, gdy następnego dnia został wezwany do gabinetu dyrektora. Był pewien, że jego kariera w szkole skończona, że teraz wyleci z uczelni. Tym bardziej że dyrektor zapytał go, czy lubi chodzić do kina… Odpowiadam jak pomylony: tak, ale to była moja kuzynka. Na to Dyzio: Ja się nie pytam o to, czy byłeś z siostrzanką, stryjanką lub wujanką. Mam do ciebie zaufanie i wiem, żeś na ulicy jej nie znalazł. Ale pamiętaj! Opuścisz niedługo tę szkołę, a kiedy spotkasz starego dyrektora i będziesz w towarzystwie kobiety, spójrz w jego stronę aby mógł ci się ukłonić9.

Podobnie jak zasady moralne, tak i nauka stała w gimnazjum na bardzo wysokim poziomie. Witalis zaś był znakomitym uczniem. Na świadectwie dojrzałości z 9 kwietnia 1929 r. z łaciny, greki, francuskiego, historii, fizyki, propedeutyki filozofii, przyrodoznawstwa i ćwiczeń cielesnych miał oceny bardzo dobre. Dostateczną ocenę dostał tylko z języka polskiego10.

W trakcie szkoły przez trzy lata Ludwiczak grał na pozycji bramkarza w juniorskiej drużynie poznańskiej Warty11. Kochał sport tak bardzo, że pragnął się realizować w różnych dziedzinach (chodziło głównie o lekką atletykę). Za zgodą ojca wstąpił w 1925 r. do Akademickiego Związku Sportowego. Chciał biegać na długie dystanse, ale miał wtedy zaledwie 15 lat, zaczął więc pokonywać krótsze trasy. Próbował też biegu na 400 m przez płotki, skoku wzwyż czy rzutu oszczepem12.

Największe sukcesy odniósł w hokeju na lodzie. Gdy zaczynał, ta dyscyplina nie była zbyt popularna w Polsce. Na łyżwach nauczył się jeździć już jako pięciolatek. Kiedy miał dziewięć lat, trenował jazdę figurową na lodzie. Szybko jednak zrezygnował. Po latach wspominał, że nie przypadło mu do gustu wdzięczenie się mężczyzn13. I już zawsze tak patrzył na tę dyscyplinę. W tym czasie w Polsce nie było odpowiedniego sprzętu ani torów do uprawiania szybkiej jazdy na łyżwach. Tenisista Przemysław Warmiński namówił więc Ludwiczaka na grę w hokeja. Witalis robił szybkie postępy i jako gimnazjalista został członkiem drużyny AZS Poznań14.

W kadrze narodowej i na olimpiadzie

W 1930 r. Witalis rozpoczął studia prawnicze na Wydziale Prawno-Ekonomicznym Uniwersytetu Poznańskiego. Egzaminy były wówczas bardzo trudne, nawet dla ucznia tak dobrego gimnazjum, jakie ukończył Ludwiczak. Pierwszy test zdał na ocenę dostateczną. Kolejne oceny były takie same. Nie obyło się też bez kilku poprawek (m.in. z prawa wekslowego). Na czwartym roku musiał przerwać studia, by odbyć służbę wojskową. Ostatecznie dyplom magistra prawa uzyskał w roku 193515.

Przez cały okres studiów z sukcesami uprawiał sport: wioślarstwo (w 1933 r. zdobył tytuł mistrza Polski w czwórkach bez sternika) i hokej na lodzie. W roku 1931 AZS Poznań zajął trzecie miejsce w mistrzostwach Polski. To dało Witalisowi przepustkę do kadry narodowej, w której grał aż do wybuchu wojny. Występował na pozycji obrońcy, a równocześnie pełnił funkcję kapitana drużyny. W reprezentacji rozegrał 47 spotkań, w których strzelił 3 bramki16.

Jeszcze jako student Ludwiczak wystąpił na olimpiadzie w Lake Placid w 1932 r. Zmagania otwierał gubernator stanu Nowy Jork i późniejszy prezydent USA, Franklin Delano Roosevelt. Organizatorów zaskoczyła pogoda. Podczas zimowych igrzysk zabrakło… śniegu. Stąd wiele zawodów trzeba było przełożyć na inne terminy.

Ameryka zrobiła na polskich sportowcach ogromne wrażenie. Szczególnie we znaki dała im się ośmiodniowa podróż statkiem. Najbardziej cierpiał hokeista i chorąży polskiej ekipy Józef Stogowski. Doktor Stanisław Polakiewicz w „Przeglądzie Sportowym” opisywał to tak: Jęczał na cały okręt. Aż dwa razy zastrzykiwano mu morfinę. Reszcie też mało brakowało. Postanowiliśmy w przyszłości życzyć wrogom: jedź przez morze w zimie17.

Trudno więc się dziwić, że po zejściu na ląd wymęczeni chorobą morską polscy hokeiści nie byli w najlepszej formie. A mówiąc wprost: byli ledwo żywi. Podczas zawodów reprezentacja Polski niestety nie mogła się pochwalić sukcesami: zajęła na olimpiadzie czwarte, a więc ostatnie miejsce.

Zaprezentowaliśmy hokej europejski z najlepszej strony. Przegraliśmy cyfrowo, zwyciężyliśmy moralnie w sposób bezapelacyjny. […] Po meczu zaczepił mnie jakiś poważny jegomość Kanadyjczyk i oświadczył, że sam jako sędzia stwierdza trzecią bramkę ze spalonego i przy jego sędziowaniu byliby Polacy nigdy nie przegrali18.

Nieczysta gra Austriaków

Ludwiczak jeszcze raz wystąpił na olimpiadzie. IV Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Garmisch-Partenkirchen w 1936 r. otwierał osobiście Adolf Hitler. O ile poprzednie zmagania zaskoczyły brakiem śniegu, o tyle tym razem było wręcz odwrotnie. „Przegląd Sportowy” z 8 lutego 1936 r. opisywał to tak: Od wczesnego rana poprzez metrowe zaspy śnieżne, wśród szalejącej śnieżycy brnęli na stadion olimpijski widzowie. […] Wreszcie drogę do stadionu zamknął wielki luksusowy pociąg: wysiadł z niego Adolf Hitler w otoczeniu kwiatu dostojników Rzeszy. […] Wśród szpalerów czarnych mundurów SS z karabinami w obu rękach defilował Kanclerz z odkrytą głową i zniknął w drzwiach Olimpia House19.

Polska drużyna hokejowa wygrała z Łotwą 9:2, ale to było jej jedyne zwycięstwo. Przegraliśmy z Kanadą 1:8 i Austrią 1:220. Ostatecznie ekipa zajęła trzecie miejsce w grupie. Porażka z Austrią wzbudziła wiele kontrowersji. W ostatnich sekundach meczu Polacy wyrównali, jednak sędzia utrzymywał, że bramka zdobyta przez Andrzeja Wołkowskiego padła nieprawidłowo. Dlatego punktu nie uznał.

Całe spotkanie przebiegało w bardzo gorącej atmosferze. Niestety dalekie było od tego, jak powinna wyglądać walka zgodnie z zasadami fair play. Austriacy grali brutalnie i nieprzepisowo, a mimo to sędzia Paul Loicq z Belgii taką postawę tolerował. Doszło nawet do tego, że Ludwiczak został uderzony kijem w twarz.

Stryj Witalisa, ksiądz Antoni Ludwiczak. Założyciel pierwszego w Polsce uniwersytetu ludowego, dyrektor Zarządu Głównego Towarzystwa Czytelni Ludowych. Aresztowany przez Gestapo w 1939 r., więzień obozów m.in. w Stutthofie i Dachau. Zginął w komorze gazowej w austriackim Hartheim
Fot. NAC

Gimnazjum im. św. Marii Magdaleny w Poznaniu. Zdjęcie pochodzi z 1939 r.
Fot. NAC

Polscy wioślarze Henryk Budziński, Witalis Leporowski, Witalis Ludwiczak i Górski (od lewej) podczas mistrzostw Europy w Budapeszcie w 1933 r.
Fot. NAC

Stadion w Lake Placid (1932 r.)
Fot. NAC

„Przegląd Sportowy” (nr 13, 13 lutego 1932 r., s. 6) o przegranej polskich hokeistów
Fot. Zbiory Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie

Drużyna polskich hokeistów przed meczem Polska – Szwecja w Katowicach. Witalis Ludwiczak – pierwszy od lewej. Grudzień 1937
Fot. NAC

W niemieckiej niewoli

Po ukończeniu studiów Witalis nadal był związany ze sportem. Przy wyborze pracy kierował się tym, czy w danej miejscowości jest… lodowisko. Tak właśnie trafił do Katowic. Od listopada 1936 r. pracował w tamtejszym magistracie. Młody prawnik był pozytywnie oceniany, co przyniosło mu kolejne awanse: najpierw na funkcjonariusza miejskiego, potem na asesora miejskiego i w końcu na radcę miejskiego. Ludwiczak polubił Katowice do tego stopnia, że zaczął się posługiwać gwarą. Udzielał się też w radiu, publikował w „Przeglądzie Sportowym” i „Sporcie Polskim”21.

W 1936 r. ożenił się z Ireną Kamińską. Związek nie przetrwał długo, a sam olimpijczyk rzadko o nim wspominał. Nie odnotował też tego faktu w żadnym powojennym kwestionariuszu. Zapewne z uwagi na powód rozstania wolał zapomnieć, że miał żonę. Ta wniosła bowiem pozew o rozwód po tym, jak przebywający w oflagu mąż nie zgodził się na podpisanie volkslisty. Niemiecki sąd orzekł o rozwiązaniu małżeństwa z przyczyn niezgodności rasowej22.

Ludwiczak walczył w 2. Batalionie Oświęcimskim 73. Pułku Piechoty. Do niemieckiej niewoli trafił już 20 września. Jeńcem Oflagu II C w Woldenbergu pozostał do końca wojny23. Nie mógł walczyć, ale mógł w inny sposób działać na rzecz państwa polskiego. Na swój sposób. Nawet w obozie nie zrezygnował ze sportu.

Zgodnie z konwencją genewską jeńcy w oflagach nie pracowali. Mieli sporo wolnego czasu. Niemcy dopuszczali możliwość działalności sportowej, jednak podlegała ona kontroli. Powstawały więc komisje sportowe i rady wychowania fizycznego czuwające nad wszystkim. Zakładano kluby zrzeszające poszczególnych zawodników, które stawały do rywalizacji – było to coś na kształt mistrzostw obozu w różnych dyscyplinach24.

Na początku sprzęt i stroje dostarczali rodzina i znajomi. Gdy wprowadzono zakaz uprawiania sportu w Generalnej Guberni, zajmowały się tym Międzynarodowy Czerwony Krzyż i stowarzyszenia YMCA. Organizacje te przysyłały stroje, piłki, rękawice bokserskie i sprzęt lekkoatletyczny. Budową boisk i hal sportowych zajmowali się więźniowie. Musieli jednak mieć zgodę niemieckiego kierownictwa obozu, a po pracy zwrócić używane do budowy narzędzia. Byli z tego drobiazgowo rozliczani25.

W obozie razem z Ludwiczakiem przebywała spora grupa sportowców, w tym olimpijczyków. W ich głowach zaświtał pomysł, by zorganizować jenieckie igrzyska. Odbyły się one w 1944 r. pod nazwą „Rok Olimpijski w Obozie II C”. Zgłosiło się 369 zawodników ze wszystkich 6 działających wtedy klubów. Uczestnicy mieli do wyboru 16 konkurencji: piłkę nożną, ręczną, koszykówkę, siatkówkę, boks oraz lekką atletykę. Dodatkowo zorganizowano turniej szachowy.

Zawody zakończyły się 13 sierpnia 1944 – ze względu na trwające w Warszawie Powstanie uroczystość była cicha i skromna – odprawiono Mszę Świętą, a na boisku wręczono dyplomy i nagrody dla zwycięzców i sędziów. Na koniec opuszczono flagę olimpijską26.

Uczył kilka pokoleń prawników

Po wyzwoleniu obozu w styczniu 1945 r. Ludwiczak przedostał się do rodziny w Krakowie. Tam zgłosił się na Uniwersytet Jagielloński. Bardzo chciał dokończyć rozpoczęty przed wojną przewód doktorski. W maju dostał posadę asystenta na Wydziale Prawno-Ekonomicznym Uniwersytetu Poznańskiego. W marcu 1946 r. obronił zaś doktorat na podstawie rozprawy „Zlecenia kredytowe”. W kwietniu 1950 r. został adiunktem27. Już na początku swojej kariery naukowej napotykał trudności z publikacją tekstów. Redakcja „Państwa Prawa” odrzuciła jego pierwszy artykuł z zakresu prawa międzynarodowego, pisząc w uzasadnieniu: Autor nie czyni głębszych prób oświetlenia marksistowskiego, nie wyjaśnia należycie charakteru politycznego, klasowego tej instytucji prawnej […]. Autor w jednym szeregu stawia wychodzących oczywiście z różnych pozycji autorów radzieckich (Łunca) i burżuazyjnych (jak Bartin)28.

Przez długi czas Ludwiczak godził obowiązki wykładowcy i prawnika. Nie chciał jednak pozostać w sądownictwie. W końcu złożył wniosek o zwolnienie, by móc całkowicie poświęcić się pracy naukowej i dydaktycznej. Z biegiem lat zdobywał kolejne, coraz wyższe stopnie naukowe. Tytuł profesora zwyczajnego uzyskał w 1969 r.

Specjalizował się w prawie prywatnym i cywilnym. W tych dziedzinach był jednym z najwybitniejszych specjalistów w Polsce, bardzo wysoko cenionym również za granicą. Zaproszono go do prowadzenia wykładów na uniwersytecie w Genewie. W ciągu całej swojej kariery akademickiej opublikował 60 prac naukowych.

Pod koniec lat 40. założył rodzinę. Ożenił się z Wiesławą Węgrzynowicz. Małżeństwo miało dwie córki: Annę i Ewę. Ludwiczak cały czas był aktywnym działaczem sportowym. Przez wiele lat pełnił funkcję prezesa poznańskiego AZS-u. Wspólnie z Kazimierzem Osmańskim trenował reprezentację polskich hokeistów, którzy na mistrzostwach świata w RFN-ie w 1955 r. zajęli siódme miejsce29.

Wielokrotnie odznaczano go za zasługi: Złotym Krzyżem Zasługi, Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Medalem Komisji Edukacji Narodowej, Medalem Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza.

Witalis Ludwiczak zmarł 17 czerwca 1988 r., czyli w dniu rocznicy swego ślubu. Zdążył jeszcze rano oddać do druku maszynopis piątego wydania swojego największego dzieła, podręcznika Międzynarodowe prawo prywatne, z którego korzystało kilka pokoleń polskich prawników. Podczas jubileuszu z okazji odejścia Ludwiczaka na emeryturę w 1980 r. zapytano go: I co dalej, dostojny jubilacie?. Olimpijczyk rzekł: Odpowiedź jest prosta. Iść dalej naprzód, choć burza huczy wokół nas30.

Odznaka 73. Pułku Piechoty
Fot. Wikipedia

Fragment pocztówki „Rok Olimpijski 1944”
Ze zbiorów Jacka Kosmali

„Międzynarodowe prawo prywatne” – najważniejsza pozycja w dorobku naukowym Witalisa Ludwiczaka
Fot. Archiwum

Grób Witalisa Ludwiczaka na cmentarzu parafialnym na Górczynie w Poznaniu
Fot. Wikipedia

Przypisy:

1 W. Szafrański, Witalis Ludwiczak – prawnik z olimpijskim paszportem, Poznań 2004. Przemówienie to (nigdy nie ukazało się w druku), napisane przez Witalisa Ludwiczaka, znajduje się w archiwum PAN w Poznaniu.
2 R. Nawrot, Jaki był sport w międzywojniu? Miał wychowywać w duchu państwowo-narodowym, „Gazeta Wyborcza”, 12 maja 2017 r., poznan.wyborcza.pl/poznan/7,
105531,21796972,kiedy-sport-stal-sie-wazny.html [data dostępu: 28 marca 2018 r.].
3, 4 W. Szafrański, op. cit., s. 7.
5 S. Sołtysiński, Profesor Witalis Ludwiczak (1910–1988), „Ruch Prawniczy, Ekonomiczny i Socjologiczny”, R. 51: 1989, z. 1, s. 37.
6, 7, 8, 9 W. Ludwiczak, Wspomnienia z ławy szkolnej [w:] Gimnazjum i Liceum Ad Sanctam Mariam Magdalenam w Poznaniu. Zjazd wychowanków z okazji 415 rocznicy założenia szkoły, 11–12 listopada 1988 r., Poznań 1988, s. 66–67.
10 W. Szafrański, op. cit., s. 12.
11 R. Wryk, Witalis Ludwiczak – olimpijczyk, społecznik, uczony (1910–1988) [w:] Polska kultura fizyczna w czasach zaborów i Drugiej Rzeczypospolitej, Kraków 2002, s. 340.
12 W. Szafrański, op. cit., s. 13.
13 W. Ludwiczak, Moja droga do AZS-u [w:] Akademicki Związek Sportowy (1908–1983). Wspomnienia i pamiętniki, Poznań 1985, s. 249–250.
14, 15 W. Szafrański, op. cit., s. 14, 17.
16 Polski Komitet Olimpijski, Biografie, Ludwiczak Witalis, www.olimpijski.pl/pl/bio/1320,ludwiczak-witalis.html [data dostępu: 28 marca 2018 r.].
17, 18 S. Polakiewicz, Pierwsze dni hokeistów w Ameryce, „Przegląd Sportowy”, nr 13, 13 lutego 1932 r., s. 5–6.
19 S. Rothert, Barwna defilada 28 narodów, „Przegląd Sportowy”, nr 12, 8 lutego 1936 r., s. 2.
20 K. Szujecki, Życie sportowe w Drugiej Rzeczypospolitej, Warszawa 2012, s. 169.
21 W. Szafrański, op. cit., s. 19–20.
22 W. Szafrański, op. cit., s. 23–24.
23 W. Szafrański, op. cit., s. 21.
24, 25 A. Fietkiewicz-Zapalska, Sport w obozach jenieckich [w:] Sport za drutami (1939–1945), Warszawa 2015, s. 9–10.
26 A. Fietkiewicz-Zapalska, Oflag II C Woldenberg – organizacja sportu, Warszawa 2015, s. 17–18.
27, 28 W. Szafrański, op. cit., s. 26–28.
29, 30 K. Szujecki, op. cit., s. 170.

Tadeusz „Teddy” Pietrzykowski Pięść za drutami

Niebieskie łagodne oczy i niezmącony wyraz pogody mogą zmylić wielu niewtajemniczonych. Pomyśli sobie taki jeden z drugim: ot, chuchro. A tymczasem „chuchro” może wrzepić takie cięgi, o jakich się wielu nie śniło! I dlatego radzę życzliwie: przyjrzyjcie się państwo fotografii. Jeśli tego młodzieńca o nieskalanej twarzy spotkacie przypadkiem na swej drodze, ustąpcie mu przezornie miejsca1 – ostrzegał tuż przed wojną dziennikarz „Przeglądu Sportowego”. W 1939 r. kariera „Teddy’ego” nabierała tempa. Nikt nie mógł przypuszczać, że niebawem utalentowany bokser swoje najważniejsze walki stoczy nie na ringu, ale w najstraszniejszym miejscu na ziemi. Zostanie jednym z pierwszych więźniów Auschwitz.

Wychowanek trenera Stamma

Tadeusz Pietrzykowski urodził się 8 kwietnia 1917 r. w Warszawie. Pochodził z rodziny inteligenckiej, jego mama pracowała jako nauczycielka. Był harcerzem, uczył się w gimnazjum. Jako nastolatek zainteresował się boksem – trafił do warszawskiej Legii, w której jego trenerem został słynny Feliks Stamm, wychowawca przyszłych mistrzów świata i medalistów olimpijskich2. Choć dziś może się to wydawać niezrozumiałe, młodzi ludzie, którzy chcieli łączyć naukę ze sportem, musieli się zmagać z niezadowoleniem kierownictwa szkoły. Wielu sportowców przybierało w związku z tym pseudonimy. To dlatego prasa zachwycała się nie Tadeuszem Pietrzykowskim, ale tajemniczym „Teddym”3.

W 1937 r. Pietrzykowski zdobył mistrzostwo Warszawy w kategorii koguciej4. Prasa sportowa okrzyknęła młodego boksera mianem człowieka o żelaznej woli i pięściach ze stali5. Triumf w mistrzostwach Warszawy dał „Teddy’emu” przepustkę do walki o mistrzostwo Polski. Dotarł do półfinału, co było jego największym sportowym sukcesem.

Numer 77

Kiedy we wrześniu 1939 r. Niemcy zaatakowały Polskę, Tadeusz zgłosił się do służby w 1. Baterii Obrony Warszawy. Bronił miejsca, które było mu najdroższe – dzielnicy Ochota, gdzie się wychował. Kapitulacja stolicy musiała spowodować u niego wstrząs. Chciał walczyć dalej, dlatego śladem wielu żołnierzy Września postanowił dołączyć do tworzących się polskich sił zbrojnych we Francji6. Niestety w lutym 1940 r. niedaleko granicy z Jugosławią został zatrzymany przez węgierską żandarmerię. Był więziony w Muszynie i Nowym Sączu, gdzie Niemcy poddawali go okrutnym przesłuchaniom i torturom. W końcu trafił do więzienia w Tarnowie7. Takich jak on – niepogodzonych z okupacją, próbujących nielegalnie przedostać się przez granicę – Niemcy nazywali prześmiewczo „turystami”8.

Okładka podręcznika Samouczek boksu (ok. 1935 r.)
Ze zbiorów Biblioteki Narodowej (za: Polona)

Pierwsze chwile w Auschwitz

Od momentu przybycia pociągu do Auschwitz Polacy byli poddawani okrutnemu terrorowi ze strony esesmanów. Bili po twarzach, po głowach, plecach i rękach. Kopali w brzuch, w nerki, w golenie nóg […]. Stale dochodziły głuche odgłosy uderzeń, zmieszane często z krzykami maltretowanych […]. Dopiero się zaczęło, a już niektórzy nie byli w stanie ustać o własnych siłach: głód, brak wody i to bicie sprawiały, że ludzie ongiś zdrowi i silni stali dziś u krańca wytrzymałości fizycznej – wspominał Jerzy Bielecki.

Więźniowie zostali poddani tzw. kwarantannie. Służyła ona zastraszeniu osadzonych w Auschwitz i wymuszeniu na nich posłuszeństwa. Mężczyźni byli zmuszani do męczących, bezsensownych ćwiczeń, które – wykonywane w upale, na nasłonecznionym placu – stanowiły torturę. Nawet młodzi więźniowie, przyzwyczajeni do dużego wysiłku fizycznego, tacy jak Tadeusz Pietrzykowski, szybko ulegali wyczerpaniu.

Źródło: J. Bielecki, Pierwszy transport [w:] Wspomnienia, Oświęcim 1965, s. 23, cyt. za: I. Strzelecka, „Pierwsze transporty Polaków do Auschwitz – lekcja internetowa”, auschwitz.org/muzeum/aktualnosci/pierwsze-transporty-polakow-do-auschwitz-lekcja-internetowa,1740.html, 24 lipca 2015 r. [data dostępu: 24 marca 2018 r.].

Nadszedł 14 czerwca 1940 r. – data, którą później uznano za dzień rozpoczęcia funkcjonowania niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz. Tego dnia przyjechał tam pierwszy transport 728 więźniów politycznych z tarnowskiego więzienia. Jednym z nich był Tadeusz Pietrzykowski, zarejestrowany jako numer 77.

Niemcy przydzielali Tadeusza do kolejnych komand – najpierw do prac polowych, potem do pomocy i sprzątania w stolarni. Wyrzucony z komanda stolarzy za kradzież ziemniaków, trafił do niezwykle ciężkiej pracy przy budowie domu wypoczynkowego dla esesmanów w Międzybrodziu. Przeczuwając zbliżającą się śmierć z wycieńczenia, Tadeusz postanowił zaryzykować i upozorować wypadek. Zranił się w nogę, czego skutkiem było otrzymanie lżejszej pracy przy zamiataniu terenu obozu. Z trudem udało mu się przetrwać pierwszą zimę w Auschwitz9.

Pierwszy transport więźniów do KL Auschwitz. Dworzec kolejowy w Tarnowie, 14 czerwca 1940 r.
Fot. Wikipedia

Najważniejsza walka

Pewnego dnia w obozie pojawił się nowy kapo, Niemiec Walter Dünning, który szybko stał się znany z ogromnego sadyzmu. Gdy okazało się, że przed wojną był zawodowym bokserem, jeden z więźniów zaproponował „Teddy’emu”, by stoczył z Dünningiem walkę. Polak zgodził się bez zastanowienia, gdyż za samo podjęcie walki obiecano mu dodatkową porcję chleba i kostkę margaryny. Przyjaciele Tadeusza z obozu próbowali go powstrzymać. Warszawski bokser był wówczas przecież cieniem siebie sprzed wybuchu wojny – ważył zaledwie 40 kg. Przeciwko niemu stanął dobrze zbudowany, cięższy o mniej więcej 30 kg Dünning10.

W umyśle jak błyskawica przewinęła się moja uprzednia kariera bokserska: sylwetka trenera Stamma, pierwsza i ostatnia walka. Wiedziałem jedno – że muszę walkę wygrać11 – wspominał Tadeusz. Wokół zaimprowizowanego ringu stanęli więźniowie. Bokserzy podali sobie ręce i nałożyli zwykłe robocze rękawice. Niemiec był pewny siebie i śmiało atakował, ale „Teddy” umiejętnie unikał ciosów, szczególnie tych w głowę, które mogły go powalić. Walczył defensywnie, a w drugiej rundzie udało mu się skontrować Niemca lewym sierpowym. Kiedy z nosa Dünninga bryzgnęła krew, „Teddy” odstąpił od ataków. Wśród jego polskich towarzyszy zapanowała euforia. Bij go, bij Niemca! – krzyczeli. Ku zaskoczeniu wszystkich zamroczony Dünning rzucił rękawice na ziemię – był to znak, że pogodził się z wygraną Polaka12.

„Walka Teddy’ego dodała nam wiary…”

Tadeusz Sobolewicz*, świadek walki Pietrzykowskiego, odnotował w swojej relacji, jak wielkie znaczenie dla morale Polaków w Auschwitz miała wygrana „Teddy’ego”. Kiedy […] słyszałem okrzyki Polaków-więźniów zagrzewających Teddy’ego do walki, zrozumiałem, że tu chodzi o coś więcej. Polak jest w ringu, Polak bije niemieckiego kryminalistę, który wczoraj jeszcze bił i mordował naszych kolegów. Ta atmosfera wokół ringu, ten klimat wśród wychudzonych i zabiedzonych polskich więźniów, to była jakby transfuzja wiary, bodziec dodający otuchy, że przecież „Jeszcze Polska nie zginęła…”. Każda walka sportowa miała w sobie aspekt narodowy, budzący u widzów uczucia patriotyczne.

Źródło: Z. Ryn, S. Kłodziński, Patologia sportu w obozie koncentracyjnym Oświęcim-Brzezinka, „Przegląd Lekarski”, nr 1, 1974 r., s. 54–55.
* W tekście źródłowym pada nazwisko „Sobolewski”, jednak – jak wynika m.in. z opracowań Adama Cyry, wieloletniego kustosza w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu – najprawdopodobniej chodzi o Tadeusza Sobolewicza (1923–2015).

Tadeusz otrzymał obiecaną nagrodę: dodatkową porcję jedzenia. Więźniowie patrzyli na mnie z podziwem, niektórzy z radością – wspominał po wojnie. Pobiegłem do bloku nr 2, w którym wówczas spałem, wpadłem na salę, wołając: chłopcy, jest chleb. Bolek Kupiec wziął scyzoryk i zaczął dzielić chleb na tyle części, ilu liczyła nasza paczka. Tak się skończył dzień, który zadecydował o moim życiu, o mojej wygranej […]. Nie wiem, kto z nas był lepszym bokserem. Ale wiem jedno, że są takie chwile, gdy rzeczy niemożliwe stają się rzeczywistością13.

Dodatkową nagrodą dla Pietrzykowskiego za wygraną z Dünningiem była możliwość wyboru komanda, w którym chciałby pracować. W ten sposób „Teddy” został przydzielony do obsługi zwierząt gospodarskich. Teraz miał nieco lepszy dostęp do jedzenia, które mógł podkradać krowom.

Jak pisze Marta Bogacka, biografka Tadeusza Pietrzykowskiego, bokser dobrze wiedział, że musi odbywać kolejne walki, by przetrwać. Niemcy wynajdywali mu nowych przeciwników. „Teddy” stoczył w sumie ok. 40 (według innych relacji – 60) pojedynków14. Przegrał prawdopodobnie tylko raz, z żydowskim pięściarzem, byłym mistrzem Danii w wadze półciężkiej, Leu Sandersem15. Jak wynika z powojennych relacji Pietrzykowskiego, wielokrotnie świadomie walczył na niższym poziomie, niż mógł w rzeczywistości – zwłaszcza wówczas, gdy jego przeciwnikami byli Żydzi, skazani przez Niemców na zagładę. Zremisowana walka z „Teddym” mogła oznaczać dla nich szansę na dalsze trwanie przy życiu16.

Spotkania z rotmistrzem Pileckim i ojcem Kolbe

W Auschwitz Tadeusz Pietrzykowski zaangażował się w działalność konspiracyjną. Wszedł w skład Związku Organizacji Wojskowej, siatki stworzonej w obozie przez Witolda Pileckiego (rotmistrz trafił do Auschwitz pod fałszywym imieniem i nazwiskiem: Tomasz Serafiński). „Teddy” przekazywał towarzyszom polecenia od Pileckiego oraz współpracował z innymi więźniami przy przekazywaniu bezcennych paczek z lekami i złota, którym można było przekupić esesmanów17.

Pewnego dnia Tadeusz zauważył, że jeden z vorarbeiterów (pomocników kapo) znęca się nad polskim więźniem. Postanowił wymierzyć katowi sprawiedliwość. Działał przy tym za zgodą esesmanów, którzy liczyli na krwawy spektakl z udziałem boksera. „Teddy” zadał oprawcy kilka ciosów, jednak w pewnym momencie poczuł, że ktoś próbuje go powstrzymać – był to ten sam człowiek, który chwilę wcześniej został skopany przez bezwzględnego vorarbeitera. Jego twarz była jakaś nienormalna: łagodna, dziwnie spokojna. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Zabrakło mi języka w ustach18 – wspominał Tadeusz. Potem dowiedział się, że człowiekiem, który stanął w obronie własnego oprawcy, był ojciec Maksymilian Kolbe. Spotkali się w obozie jeszcze kilkukrotnie. Ojciec Kolbe wytłumaczył Tadeuszowi, że sprawiedliwość może wymierzać jedynie Bóg19. Wkrótce późniejszy święty oddał życie za współwięźnia, Franciszka Gajowniczka.

Pożegnanie z Auschwitz

W pewnym momencie postać więźnia nr 77 stała się tak znana w całym KL Auschwitz, że bokserem zaczęło się interesować Gestapo. Tadeusz, zorientowawszy się w sytuacji (uważał, że może zostać zgładzony), postanowił za wszelką cenę załatwić sobie przeniesienie do innego obozu. Stało się to możliwe, gdy spotkał w Auschwitz znajomego sprzed wojny, byłego sędziego bokserskiego Hansa Lütkemeyera, który teraz pełnił funkcję lagerführera obozu w Neuengamme. Lütkemeyer załatwił Tadeuszowi przeniesienie. W nowym miejscu „Teddy” również stawał do walk bokserskich (stoczył ich ok. 20). Z Neuengamme trafił do Bergen-Belsen – to tam zastał go koniec wojny20.

Tadeusz postanowił się przyłączyć do słynnej 1. Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka. Zajmował się prowadzeniem ćwiczeń sportowych dla żołnierzy, kontynuował też występy na ringu – w 1946 r. zdobył tytuł mistrza dywizji w swojej kategorii wagowej. Walczył w Niemczech, Belgii i Francji. Jesienią zdecydował się wrócić do ojczyzny. Pod koniec lat 50. ukończył studia na warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego. Został nauczycielem, a praca w szkole okazała się jego pasją. Tadeusz Pietrzykowski zmarł 17 kwietnia 1991 r. w wieku 74 lat. Jak odnotował kustosz Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau Adam Cyra, dwa dni przed śmiercią były więzień nr 77 uczestniczył w uroczystości na terenie byłego obozu, zorganizowanej przez Towarzystwo Opieki nad Oświęcimiem21.

Rysunek boksera wydrapany w tynku na ścianach celi nr 18 w bloku nr 11 (tzw. Bloku Śmierci) KL Auschwitz. Postać boksera jest podobna do mnie, ma charakterystyczne kręcone włosy, które pozostały mi do dzisiaj, natomiast litery „SOS” widoczne na koszulce boksera były rysowane przez nas w obozie w umówionych miesiącach, kiedy groziło nam niebezpieczeństwo i trzeba było kolegów ostrzec przed nim lub prosić o pomoc – stwierdził po wojnie Tadeusz Pietrzykowski (cyt. za: Adam Cyra, Bokser i śmierć, 23 lutego 2012 r., www.cyra.wblogu.pl)
Zdjęcie pochodzi z prywatnego bloga dr. Adama Cyry

Ojciec Maksymilian Kolbe, 1939 r.
Fot. Wikipedia

Ring wolny. Wnuk „Teddy’ego” wystąpił w filmie

Postać Tadeusza Pietrzykowskiego została upamiętniona w filmie dokumentalnym o polskim boksie Ring wolny. W postać „Teddy’ego” wcielił się jego wnuk, Jakub Szafran, który przyszedł na świat zaledwie tydzień przed śmiercią dziadka. Żałuję, że nie dane mi było go osobiście poznać – mówił w wywiadzie dla „Gazety Krakowskiej”. Bezpośrednio została mi od niego tylko jedna pamiątka. List z gratulacjami, który otrzymała od niego moja mama. W nim dziadek wyraził radość, że się urodziłem. Ale nigdy mnie nie zobaczył.

Jakub Szafran odziedziczył po dziadku zamiłowanie do sportu i choć nigdy nie trenował boksu, postanowił rozpocząć ćwiczenia, by jak najlepiej wywiązać się ze swojej roli w filmie. Chciałbym, aby ludzie zobaczyli, że boks był obecny również w obozie koncentracyjnym, a mój dziadek, dzięki swojemu kunsztowi i odwadze, był w stanie wszystko przetrwać. Praktycznie gołe pięści, wykorzystywane w słusznej sprawie, były narzędziem do tego, żeby wywalczyć sobie życie i doczekać wolności.

Źródło: A. Gac, W Auschwitz dziadek walczył o życie pięściami, „Gazeta Krakowska”, plus.gazetakrakowska.pl/magazyn/a/w-auschwitz-dziadek-walczyl-o-zycie-piesciami,10754208, 19 października 2016 r. [data dostępu: 24 marca 2018 r.].

Przypisy:

1 Cyt. za: M. Bogacka, Obozowe lata Tadeusza Pietrzykowskiego – boksera, który pięściami wywalczył sobie życie, „Pamięć i Sprawiedliwość”, nr 2, 2012 r., s. 140–141.
2 J. Twardosz, Tadeusz „Teddy” Pietrzykowski – jedyny mistrz wszechwag KL Auschwitz, www.bokser.org/content/2013/10/27/195949/index.jsp, 27 października 2013 r. [data dostępu: 24 marca 2018 r.].
3 J. Jędrzejowska, Urodziłam się na korcie, oprac. K. Gryżewski, wyd. 2, uzupełnione, Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa 1971, s. 28–29.
4 J. Twardosz, op. cit.
5 M. Bogacka, op. cit., s. 140.
6 J. Twardosz, op. cit.
7 M. Bogacka, op. cit., s. 141.
8 I. Strzelecka, „Pierwsze transporty Polaków do Auschwitz – lekcja internetowa”, auschwitz.org/muzeum/aktualnosci/pierwsze-transporty-polakow-do-auschwitz-lekcja-internetowa,1740.html, 24 lipca 2015 r. [data dostępu: 24 marca 2018 r.].
9 M. Bogacka, op. cit., s. 141–148.
10 M. Bogacka, op. cit., s. 148.
11 Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, Zespół „Oświadczenia”, Relacja Tadeusza Pietrzykowskiego, t. 88, s. 10, cyt. za: Marta Bogacka, Obozowe lata Tadeusza Pietrzykowskiego – boksera, który pięściami wywalczył sobie życie, „Pamięć i Sprawiedliwość”, nr 2, 2012 r., s. 148.
12 Z. Ryn, S. Kłodziński, Patologia sportu w obozie koncentracyjnym Oświęcim-Brzezinka, „Przegląd Lekarski”, nr 1, 1974 r., s. 54.
13 Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, op. cit., t. 88, s. 10, 12, cyt. za: Marta Bogacka, op. cit., s. 148, 150.
14 A. Cyra, Bokser i śmierć, cyra.wblogu.pl/bokser-i-smierc.html, 23 lutego 2012 r. [data dostępu: 24 marca 2018 r.].
15 M. Bogacka, op. cit., s. 151.
16 M. Bogacka, op. cit., s. 152–153.
17 M. Bogacka, op. cit., s. 154–155.
18 Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, op. cit., t. 88, s. 15–16, cyt. za: Marta Bogacka, op. cit., s. 158.
19 M. Bogacka, op. cit., s. 154–158.
20 J. Drozd, Bokserzy i śmierć. Część 1: Teddy Pietrzykowski, www.bokser.org/content/2009/07/02/000137/index.jsp, 2 lipca 2009 r. [data dostępu: 24 marca 2018 r.].
21 A. Cyra, op. cit.
Tadeusz Pietrzykowski w swoim mieszkaniu w Bielsku-Białej, 1988 r.
Fot. Adam Cyra. Zdjęcie pochodzi z prywatnego bloga www.cyra.wblogu.pl

Bronisław Czech Dusza polskich nart

Listopadowy poranek w Auschwitz. Z nieba spada pierwszy tej zimy śnieg. Więźniowie tłoczą się w blokach, czekając na apel. Jeszcze przez chwilę mogą się uchronić przed przenikliwym chłodem, który czeka na nich na zewnątrz. Nagle z bloku wymyka się więzień numer 349. Dochodzi do końca placu, blisko obozowych drutów. Zwraca twarz w stronę gór. Jest obserwowany przez strażnika, któremu wydaje się, że oto kolejny więzień chce popełnić samobójstwo, stykając się z drutami pod wysokim napięciem. Nic takiego jednak się nie dzieje. Więzień klęka na idealnie białej pierzynce, która zdążyła pokryć plac. Nabiera pełne ręce śniegu. Płacze. Po chwili wstaje z klęczek i wraca do towarzyszy. Obozowy gong wybija na apel. Niemieckie krzyki, przekleństwa, przemoc. Zaczyna się normalny dzień w Auschwitz.

Wspomnienie misterium powitania zimy w 1941 r. przez wybitnego polskiego narciarza Bronisława Czecha zanotował jego współwięzień, dr Stanisław Kłodziński1.

Bronisław Czech smaruje narty przed Międzynarodowymi Narciarskimi Mistrzostwami Polski w Zakopanem w 1932 r.
Fot. NAC

Sportowiec z artystyczną duszą

Kiedy zima stała się ulubioną porą roku Bronisława Czecha? Urodził się w środku lata 1908 r. w stolicy polskiego narciarstwa – Zakopanem. Nie był góralem z dziada pradziada. Do Zakopanego jako pierwszy przybył ojciec Bronka, Józef, z zawodu kotlarz. Zamieszkał tam ze swoją żoną Stanisławą. Dzieci Czechów przyszły na świat w niewielkim góralskim domku przy ul. Chramcówki. Od małego przyglądały się sportowym pasjom ojca – Józef był entuzjastą kolarstwa. Bronka posłano do Szkoły Ludowej Męskiej w Zakopanem. Po jej ukończeniu przez pół roku uczył się w prywatnym gimnazjum, ale musiał przerwać naukę ze względu na kłopoty finansowe, w które wpadła rodzina2.

Kiedy pokochał narciarstwo? Można przyjąć, że wszystkie dzieci w Zakopanem do dziś są trochę na tę pasję skazane. Wtedy, w pierwszych latach XX w., konstruowały narty samodzielnie. Tak samo zrobił ośmioletni Bronek. Latem odbywał pierwsze wycieczki w góry i spróbował wspinaczki. Biografka Bronisława Czecha, Halina Zdebska, pisze, że w życiu jej bohatera kluczowy był rok 1920. Rok, który kojarzy się przede wszystkim ze zwycięstwem Polaków w wojnie z bolszewikami, był także czasem pierwszego zwycięstwa Bronka. Do zawodów w konkurencji tzw. biegów płaskich zgłosił się z pożyczonymi od starszego brata nartami. Wrócił już z własnymi – były nagrodą w konkursie, odebraną w siedzibie zakopiańskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”3.

Sport nie przesłaniał mu całego świata. Może po mamie, która była utalentowaną hafciarką, odziedziczył zamiłowanie do sztuki. Jako nastolatek trafił do klasy rzeźby Państwowej Szkoły Przemysłu Drzewnego, jednak to malarstwo okazało się jego ukochaną formą wyrazu. Najbardziej lubił malować na szkle motywy tatrzańskiej przyrody, górali i zbójników4. Kiedy 90 lat później goście wystawy Twarzą w twarz. Sztuka w Auschwitz będą ze ściśniętym sercem oglądali dzieła autorstwa więźniów niemieckiej fabryki śmierci, zatrzymają się na dłużej przed pięknym górskim pejzażem z kwitnącą na fioletowo łąką na pierwszym planie. To Krokusy Bronisława Czecha5. Zanim je namaluje, zdąży zostać najbardziej wszechstronnym narciarzem w historii Polski.

Narciarz multimedalista

Bronisław Czech sięgał po tytuł mistrza Polski aż 25 razy! Mistrzostwo zdobywał w kilku konkurencjach: biegu na 18 km (1929, 1933), skokach na średniej skoczni (1928, 1929, 1931, 1934), kombinacji klasycznej (1927–1929, 1934, 1937), biegu zjazdowym (1929, 1932, 1937), slalomie (1936, 1937), kombinacji alpejskiej (1936, 1937) i sztafecie 5 × 10 km (1927–1933). Trzykrotnie bił rekord Polski w skokach narciarskich. Być może to właśnie wszechstronność Czecha, brak koncentracji na rozwoju w jednej dyscyplinie i wyczerpanie organizmu wieloma startami spowodowały, że nie zdołał wywalczyć ani jednego medalu na mistrzostwach świata i igrzyskach olimpijskich. Był trzykrotnym olimpijczykiem. W Sankt Moritz (1928 r.) startował w skokach i kombinacji norweskiej, podobnie jak w Lake Placid (1932). W Garmisch-Partenkirchen (1936) wystąpił w aż pięciu konkurencjach: biegu na 18 km, sztafecie 4 × 10 km, skokach, kombinacji norweskiej i kombinacji alpejskiej.

Bronisław kilkadziesiąt razy reprezentował Polskę na mistrzostwach świata. Startował w 1929 r. w Zakopanem (skoki, kombinacja klasyczna), w 1930 w Oslo (skoki, kombinacja klasyczna, bieg na 18 km, bieg na 50 km), w 1933 w Innsbrucku (skoki, bieg na 18 km, sztafeta 4 × 10 km), w 1934 w Sollefteå (kombinacja klasyczna, bieg na 18 km, sztafeta 4 × 10 km), w 1935 w Wysokich Tatrach (skoki, kombinacja klasyczna, sztafeta 4 × 10 km), w 1936 w Innsbrucku (zjazd, slalom, kombinacja alpejska), w 1937 w Chamonix (skoki, kombinacja klasyczna, bieg na 18 km, slalom, kombinacja alpejska), w 1938 w Engelbergu (zjazd, slalom, kombinacja alpejska) i w 1939 w Zakopanem (zjazd, slalom). Bronisław Czech dwukrotnie zajmował drugie miejsce w plebiscycie „Przeglądu Sportowego”. Warto wspomnieć również o pozanarciarskich zainteresowaniach Czecha – był pilotem i instruktorem szybownictwa, członkiem Aeroklubu Krakowskiego.

Źródło: Czech Bronisław (1908–1944) [w:] B. Tuszyński, H. Kurzyński, Leksykon olimpijczyków polskich. Od Chamonix i Paryża do Soczi 1924–2014, wyd. 3, poprawione i uzupełnione, Polski Komitet Olimpijski, Warszawa 2014, s. 480.

As narciarstwa

W 1925 r., w wieku 17 lat, został członkiem sekcji narciarskiej Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego Zakopane. W barwach klubu występował aż do roku 1936, kiedy przeszedł do krakowskiego AZS-u. Gdy czyta się zestawienia wyników sportowych Czecha, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że musiał kochać narciarstwo we wszystkich jego odsłonach. Nigdy nie ograniczył się do doskonalenia jednej wybranej dyscypliny. Uprawiał biegi (indywidualnie i w sztafecie), skoki, dwubój klasyczny (dzisiejszą kombinację norweską), biegi zjazdowe i slalom6. Był również jednym z pierwszych polskich narciarzy ekstremalnych – zjeżdżał z tatrzańskich szczytów i przełęczy niezwykle stromymi żlebami i ścianami7. Nic dziwnego, że prasa okrzyknęła go duszą narciarstwa polskiego8.

Wojciech Szatkowski, historyk sportu, nazywa Czecha pierwszym polskim narciarzem o klasie międzynarodowej9. Bronek wykazał ją bardzo szybko, bo już w 1929 r. To wówczas rozegrano pierwszą dużą imprezę sportową w Polsce – mistrzostwa świata FIS. Wydarzenie miało bardzo prestiżowy charakter, tym bardziej że odnotowano rekordową liczbę zgłoszeń sportowców z zagranicy. Zawody zakopiańskie będą największą imprezą sportową, jaka kiedykolwiek odbyła się na ziemiach polskich10 – ekscytował się „Przegląd Sportowy”, zapowiadając udział 200 zawodników reprezentujących 16 państw.

Dzień przed inauguracją mistrzostw w Zakopanem narciarze wzięli udział w nieoficjalnym biegu zjazdowym, w którym pierwszą lokatę zajął Bronisław Czech. Gratulacje złożył mu wówczas sam prezydent Ignacy Mościcki (w tekście dla „Przeglądu Sportowego” Bronek odnotował, że zapamiętał tę podniosłą chwilę na zawsze11). W swojej koronnej konkurencji, kombinacji klasycznej, Czech zajął znakomite, choć z punktu widzenia sportowca zawsze najgorsze, czwarte miejsce12. Najbliżej medalu olimpijskiego, i to złotego, Czech był na swoich pierwszych igrzyskach, w Sankt Moritz. W kombinacji klasycznej po dobrym biegu zaliczył znakomity występ na skoczni. Niestety pierwszy z dwóch skoków zakończył upadkiem. Gdyby zdołał ustać skok, zdobyłby olimpijskie złoto13.

Okładka tygodnika „Stadjon” przedstawiająca Bronisława Czecha podczas skoku, 24.11.1927 r.
Ze zbiorów Biblioteki Narodowego (za: Polona)

Mistrz gracji na skoczni

Pierwsze skoki narciarskie w wykonaniu Bronisława Czecha obserwował jego młodszy kolega, Roman Serafin. Tak wspominał wyjątkową technikę i wrażenia, jakie wywoływały w obserwatorach występy Bronka na skoczni: […] robił umiejętny wyrzut z progu i miał odwagę przy tym położyć się do przodu. Wyglądało to bardzo efektownie, zwłaszcza że nie kręcił jak wiatrak, a tylko wyciągniętymi do przodu rękami parę razy rozgarniał powietrze, jakby płynął. W powietrzu był lekko załamany w biodrach, silnie wychylony do przodu z lekko podniesioną głową. Narty w locie utrzymywał Bronek w idealnie równej pozycji. Taki skok wyglądał ładnie. Nic więc dziwnego, że inni zawodnicy zaczęli wnet naśladować zarówno jego styl, jak i ubiór. Skok miał bardzo lekkie i dobre lądowanie, z prawą nogą nieco cofniętą i ugiętą w kolanie.

W pamięci kolegów zachowała się również dbałość Czecha o wygląd na skoczni. Nosił schludne i zawsze dobrze odprasowane ubrania – granatowe spodnie i sweterek, spod którego wystawał śnieżnobiały kołnierzyk. Zakładał także białe rękawiczki. Co ciekawe, lubił skakać bez nakrycia głowy. Tylko w przypadku opadów śniegu sięgał po granatową czapkę, dopasowaną do reszty stroju.

Źródło: H. Zdebska, Bohater sportowy. Studium indywidualnego przypadku Bronisława Czecha (1908–1944), wyd. 2, Wydawnictwo FALL, Kraków 1997, s. 40.
Bronisław Czech w skoku z małej skoczni podczas międzynarodowych zawodów narciarskich w Garmisch-Partenkirchen, styczeń 1938
Fot. NAC

Na igrzyskach olimpijskich w Garmisch-Partenkirchen Bronisław Czech był chorążym polskiej reprezentacji. Igrzyska rozpoczęła defilada przed trybuną kanclerza Adolfa Hitlera. Obok samego Führera zasiedli na niej także naziści, których nazwiska za kilka lat miały budzić grozę: Wilhelm Frick, Joseph Goebbels i Rudolf Hess. Bronisław Czech nie mógł wówczas wiedzieć, że padnie ofiarą ich zbrodniczej polityki. W Garmisch Polacy pod przewodnictwem Czecha – w przeciwieństwie do wielu innych reprezentacji – nie unieśli ręki, defilując przed Hitlerem (tylko zdjęli czapki)14.

Ukochane góry

Uciekał w góry od ludzi, kochał samotność w ciszy smreków, tęsknił za gwałtownością górskich potoków15 – pisano we wspomnieniu o Czechu. I zimą, i latem góry były jego pasją. Kiedy brakowało śniegu, poświęcał czas taternictwu. Zdobywał najwyższe szczyty, wspinał się po najtrudniejszych ścianach. Wśród jego największych dokonań wymienia się przełomowe przejście północną ścianą Żabiego Konia w roku 192916. Odwala ściany i granie z taką samą łatwością, z jaką pokonuje najcięższe przeszkody w zjeździe na nartach. Lecz mało mówi o tym […]. Narciarz, sportowiec – chodzi, a nie gada. Cieszy się i raduje swoją młodością, odwagą, pogodą, ale nie twierdzi, by spełniał jakąkolwiek misję17 – pisał o Bronisławie Czechu „Przegląd Sportowy”. Kolega z wypraw wysokogórskich Jerzy Ustupski stwierdził, że Bronek wspinał się po górach tak lekko jak kot18.

W 1930 r., podobnie jak wielu innych polskich narciarzy, odbył służbę wojskową w 3. Pułku Strzelców Podhalańskich. Po jej zakończeniu złożył dokumenty na Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie, ale w ostatniej chwili wycofał się z tych planów i postanowił zostać studentem Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego. W Warszawie z tęsknoty za górami ćwiczył na sucho… skoki narciarskie. Mamy niedaleko stromy, piaszczysty brzeg Wisły. Rzucam się z góry w dół, lecę w powietrzu kilkanaście metrów z pochyleniem i w pozycji narciarskiej, aż wreszcie ląduję na stromiźnie po kolana w piachu19 – relacjonował reporterowi „Przeglądu Sportowego”.

Północna ściana Żabiego Konia
Fot. Wikipedia

Bronisław Czech (z lewej) i Stanisław Marusarz podczas treningu (1935 r.)
Fot. NAC

Gentleman

Dyplom ukończenia CIWF-u Bronisław Czech zdobył w 1934 r. Rok wcześniej na łamach pisma „Wychowanie Fizyczne” ukazał się jego artykuł pod tytułem, który dziś musi budzić uśmiech – Domowy wyrób nart. Czech był już nie tylko zawodnikiem, ale też instruktorem. Uchodził za najlepszego w swoim fachu. Uczył zresztą i na stoku, i na sucho. W styczniu 1933 r. w studiu Polskiego Radia wygłosił odczyt Jakim powinien być narciarz. W przepisie Bronisława znalazły się takie elementy, jak zdrowie, dobra wola, ale i zrozumienie dla piękna górskiej przyrody. Nie zdziwiło to jego znajomych, którzy powtarzali, że góry nigdy nie były dla Bronka boiskiem sportowym służącym do bicia rekordów. Równie ważne były przeżycia duchowe i doznania estetyczne, z jakimi nieodłącznie wiąże się przebywanie w górskim otoczeniu20.

W 1936 r. Czech został kierownikiem Szkoły Narciarstwa Zjazdowego na Kasprowym Wierchu. Oczywiście funkcja administracyjna go nie zadowalała – pracował również na stoku jako instruktor. Był uwielbiany przez uczniów, dziennikarzy, a nawet rywali (największego konkurenta ze skoczni, Stanisława Marusarza, pewnego razu uratował, gdy ten wpadł do lodowatego górskiego potoku21). Przez cały czas swej długiej kariery sportowej i zawodniczej Bronek ani razu nie wyszedł z roli zawodnika-gentlemana, szczerego i dobrego kolegi, opiekuna i przewodnika młodszych, rycerskiego rywala i godnego reprezentanta barw Polski – pisał dziennikarz „Przeglądu Sportowego”. Nie znam wypadku niesubordynacji, braku dyscypliny, grymasów, życzeń nadmiernych, jakiegokolwiek prymadonizmu u tego wzorowego zawodnika. Skromność i prostota, zawsze dobry humor i najwyższa, najlepiej rozumiana dobra wola – to cechy doskonałego sportowca, którego klasa jako człowieka – kto wie czy nie przewyższała jego wyczynów sportowych22.

W 1939 r. myślał już o zakończeniu kariery zawodniczej. Chciał się poświęcić sprawom osobistym, planował założenie rodziny. W lutym zaliczył jeszcze występ na mistrzostwach świata w ukochanym Zakopanem. Kilka miesięcy później okazało się, że była to meta wspaniałej narciarskiej drogi Bronisława Czecha.

Czas próby

Kiedy 1 września 1939 r. wybuchła wojna, Bronek nie wahał się ani chwili. Postanowił dołączyć do polskich oddziałów próbujących odeprzeć niemiecki atak. Wspólnie z bratem pieszo dotarli do Krakowa, by stamtąd udać się na wschód. 17 września Polskę zaatakowała Armia Czerwona. Czechowie zdali sobie sprawę, że ich rozpaczliwa wyprawa nie ma sensu. Po niemal miesięcznej tułaczce powrócili do Zakopanego, w którym właśnie urządzał się niemiecki okupant. Bronek nie mógł się pogodzić z utratą niepodległości przez kraj, który przez lata z dumą reprezentował. Przystąpił do konspiracji prawdopodobnie jeszcze w październiku 1939 r. Pomagał w przeprowadzaniu przez tzw. zieloną granicę osób, które chciały się przedostać na Węgry23.

Podobno spodziewał się aresztowania. Przyjaciele namawiali go, by udał się na Węgry i nie ryzykował więcej. Nie dał się przekonać. Pewnego dnia do domu Czecha przyszedł gestapowiec Sepp Röhrl. Przed wojną był znanym w narciarskim środowisku trenerem; teraz zaoferował Bronkowi, by ten szkolił niemieckich narciarzy. Czech odmówił, nawet kiedy Austriak zaczął mu grozić. Po tym, jak wściekły gestapowiec opuścił jego dom, już wiedział, że sytuacja jest beznadziejna i nie uniknie aresztowania. Mimo to nie zdecydował się na ucieczkę24.

Gestapo przyszło po Bronka 14 maja 1940 r. Po pobycie w zakopiańskim więzieniu zwanym „Palace” trafił do więzienia w Tarnowie, a stamtąd 14 czerwca został przewieziony w pierwszym transporcie więźniów do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz.

Ilustracje do artykułu Bronisława Czecha Jesienna zaprawa do biegu i skoku narciarskiego w miesięczniku „Wychowanie Fizyczne”, listopad–grudzień 1934, zeszyt zz-12, s. 58
Ze zbiorów Wielkopolskiej Biblioteki Cyfrowej

Sepp Röhrl – przed wojną narciarz i trener, podczas wojny – funkcjonariusz Gestapo. Bezskutecznie próbował namówić Bronisława Czecha do pracy z niemieckimi narciarzami
Fot. NAC

Bronisław Czech, Krokusy, KL Auschwitz 1943
Ze zbiorów Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau

Krokusy w piekle

W obozie otrzymał numer 349. Po morderczej kwarantannie został przydzielony do pracy w Tischlerei (stolarni) i Schnitzerei (rzeźbiarni). Wykonywał z drewna kasetki i popielniczki, a potem również łyżki i buty.

Wiosną 1941 r. jeden z pracowników stolarni został przyłapany przez komendanta obozu Rudolfa Hössa na szkicowaniu rysunku. Prawdopodobnie wtedy komendant postanowił stworzyć na terenie Auschwitz tzw. Lagermuseum. Z jednej strony miało ono gromadzić odebrane uwięzionym przedmioty o wartości artystycznej, z drugiej – być miejscem pracy twórczej więźniów przejawiających talent plastyczny. Zatrudnieni tam na zlecenie esesmanów wykonywali kopie dzieł o tematyce nazistowskiej, portrety, a także pejzaże przypominające Niemcom ich rodzinne miejscowości w Tyrolu lub Bawarii. Do pracy w Lagermuseum zostali skierowani m.in. uczniowie i absolwenci Państwowej Szkoły Przemysłu Drzewnego w Zakopanem, deportowani do Auschwitz za próbę przedostania się na Węgry lub za działalność konspiracyjną. Tematami ich prac był m.in. zakopiański folklor25.

Pracownikiem Lagermuseum od początku do końca jego istnienia był Bronisław Czech. W Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau do dziś zachowało się kilkadziesiąt szkiców jego autorstwa. Jak wyjaśnia Agnieszka Sieradzka, obrazy wykonane na ich podstawie prawdopodobnie trafiły do rodzin esesmanów w III Rzeszy. Dla Bronisława Czecha sztuka była ucieczką od obozowej rzeczywistości – pisze Sieradzka. Tak długo jak pracował w Lagermuseum i malował swoje obrazy na szkle, zachowywał zdrowie i równowagę psychiczną. Całkowicie pochłaniało go malowanie rodzinnych pejzaży, przedstawiających znany mu świat, nasycony wspomnieniami i tęsknotami. Było to szczególnie ważne dla tego człowieka gór, który, jak mówią liczne relacje kolegów, był niesłychanie wrażliwą, zamkniętą w sobie osobą. Sztuka była dla niego jedynym antidotum na obozową rzeczywistość, której nie był w stanie sprostać26. Jedną z prac Bronisława Czecha, która do dziś pozostaje w zasobach Muzeum Auschwitz-Birkenau, są Krokusy z 1943 r.

„To Bronkowi Czechowi zawdzięczam życie…”

Jeden ze współwięźniów Bronisława Czecha, Edmund Zabawski, po wojnie wspominał go ze wzruszeniem i wdzięcznością. Zatrudniony początkowo przy rozładunku materiałów budowlanych – w jednym z najbardziej morderczych komand – szybko tracił siły i zdrowie. Został przydzielony do lżejszej pracy w stolarni, ale pewnego dnia zasłabł, ugrzązł w błocie i nie miał siły się podnieść. Zobaczywszy to, Czech szybko go podniósł i zadbał o to, by koledzy zajęli się osłabionym więźniem.

Kiedy już wiedziałem, że to Bronkowi Czechowi zawdzięczam życie, wzbierała we mnie wdzięczność do tego człowieka, którego znałem z prasy, ze zdjęć, którego podziwiałem za wspaniałą karierę sportową. Tego dnia obudziła się we mnie nadzieja, że może dzięki takim ludziom przetrwam […]. Przyniósł mi pół porcji swojego chleba. Nie chciałem wziąć, wcisnął mi w kieszeń na pożegnanie […]. Bronka polubiłem bardzo, był mi jak brat. Nawet po jakichś smutnych wydarzeniach w obozie starał się nas podtrzymać na duchu, rozweselić. Nigdy mu tego nie zapomnę.

Źródło: H. Zdebska, Bohater sportowy. Studium indywidualnego przypadku Bronisława Czecha (1908–1944), wyd. 2, Wydawnictwo FALL, Kraków 1997, s. 92–93.

Góry wołają

W obozie esesmani ponowili próbę zwerbowania Czecha do pracy z niemieckimi narciarzami. Kategorycznie odmówił. Kolegom tłumaczył, że woli pozostać w obozie jako Polak, niż wyjść z niego jako zdrajca27. W lutym 1944 r. Lagermuseum przestało istnieć. Bronek został kalifaktorem (sprzątaczem) w biurach SS28. Po utracie kontaktu ze sztuką jego stan zdrowia znacznie się pogorszył. W listach do rodziny kłamał jednak, że czuje się dobrze. Czy pani Czechowa dawała wiarę doniesieniom zza drutów? W pamięci rodziny zachowała się przecież taka scena sprzed wojny: pani Czechowa zamartwia się kolejnymi wspinaczkowymi planami syna. Ten ją uspokaja: Niech się mama nie martwi, nie boi. Umarłbym, gdyby mnie uwięzili i nie pozwolili chodzić – góry wołają29.

W Zakopanem musi być na pewno piękna wiosna – pisał w swoim ostatnim liście z 22 maja 1944 r. Zmarł kilkanaście dni później, 5 czerwca. Rodzina otrzymała list od współwięźnia Bronka, znakomitego artysty Xawerego Dunikowskiego. Razem przebywaliśmy w szpitalu, zmarł nagle, przy mnie, na udar serca, bez boleści […]. Wzruszający był moment jego zgonu. Siedzieliśmy w oknie, piękny słoneczny dzień. Przed naszym barakiem na placu obozowali Cyganie, grali bez przerwy na instrumentach rozmaite wesołe utwory muzyczne. Dowiedziawszy się od nas o nagłym zgonie p. Bronisława, przerwali granie i za chwilę zagrali Marsz żałobny Szopena30.

Bronisław Czech został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Walecznych i Krzyżem Oświęcimskim. Już rok po wojnie w Zakopanem został rozegrany pierwszy memoriał narciarski im. Bronisława Czecha i Heleny Marusarzówny. AZS ustanowił nagrodę dla wybitnych sportowców – Medal im. Bronisława Czecha. Imię legendarnego narciarza otrzymały AWF w Krakowie, a także kilkadziesiąt innych placówek: szkół, szczepów i hufców harcerskich. Symboliczny grób sportowca znajduje się na Starym Cmentarzu w Zakopanem31.

Symboliczny grób Bronisława Czecha na Cmentarzu Zasłużonych na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem
Fot. Wikipedia

Przypisy:

1 Cyt. za: A. Jucewicz, W. Stępiński, Chwała olimpijczykom, Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa 1968, s. 74.
2 R. Wryk, Olimpijczycy Drugiej Rzeczypospolitej, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2015, s. 182.
3, 4 H. Zdebska, Bohater sportowy. Studium indywidualnego przypadku Bronisława Czecha (1908–1944), wyd. 2, Wydawnictwo FALL, Kraków 1997, s. 30–31.
5 A. Sieradzka, Twarzą w twarz. Sztuka w Auschwitz. W 70. rocznicę utworzenia Muzeum na terenie byłego niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady, Muzeum Narodowe w Krakowie i Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau, Kraków 2017, s. 180–181.
6 R. Wryk, op. cit., s. 183.
7 W. Szatkowski, Bronisław Czech (1908–1944). Człowiek wielu pasji…, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej”, nr 1–2/2010, s. 129.
8 H. Zdebska, op. cit., s. 47.
9 W. Szatkowski, op. cit., s. 130.
10 Cały świat mówi o Zakopanem, „Przegląd Sportowy”, nr 6, 6 lutego 1929 r., s. 2.
11 B. Czech, Wielki szus z Kasprowego na Olczyską (Jak Br. Czech został przed 10 laty mistrzem świata), „Przegląd Sportowy”, nr 103, 22 grudnia 1938 r., s. 6.
12 K. Szujecki, Życie sportowe w Drugiej Rzeczypospolitej, Bellona, Warszawa 2012, s. 125–126.
13 K. Szujecki, op. cit., s. 87–88.
14 S. Rothert, Barwna defilada 28 narodów otwiera IV-te zimowe Igrzyska Olimpijskie w Garmisch, „Przegląd Sportowy”, nr 12, 8 lutego 1936 r., s. 2.
15 A. Jucewicz, W. Stępiński, Chwała olimpijczykom, Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa 1968, s. 76.
16 W. Szatkowski, op. cit., s. 128.
17 R. Malczewski, Po lecie i przed zimą w górach – rozmowa z Bronisławem Czechem, „Przegląd Sportowy”, nr 52, 24 listopada 1928 r., s. 5.
18 H. Zdebska, op. cit., s. 74.
19 Sprawy narciarskie, „Przegląd Sportowy”, nr 43, 31 maja 1933 r., s. 6; cyt. za: H. Zdebska, Bohater sportowy. Studium indywidualnego przypadku Bronisława Czecha (1908–1944), wyd. 2, Wydawnictwo FALL, Kraków 1997, s. 36.
20 H. Zdebska, op. cit., s. 58, 60, 79.
21 A. Jucewicz, W. Stępiński, Chwała olimpijczykom, Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa 1968, s. 77.
22 D., Sportowiec-gentleman. Bez fanfar i bankietów obchodzimy rzadki jubileusz Bronisława Czecha, „Przegląd Sportowy”, nr 22, 18 marca 1937 r., s. 6.
23 H. Zdebska, op. cit., s. 86–87.
24 A. Jucewicz, W. Stępiński, op. cit., s. 73.
25 A. Sieradzka, op. cit., s. 42, 51, 190, 237.
26 A. Sieradzka, op. cit., s. 180.
27 H. Zdebska, op. cit., s. 94.
28 A. Sieradzka, op. cit., s. 237.
29 H. Zdebska, op. cit., s. 75, 96.
30 H. Zdebska, op. cit., s. 96–97.
31 R. Wryk, op. cit., s. 187–188.

Józef Noji Na własnych prawach

– Czy pani się nie gniewała na syna, że zawraca sobie głowę bieganiem? – Owszem, wadziliśmy się nieraz o to latanie, ale on mówił, że tak być musi. Później zobaczyłam, że nie może być inaczej i dałam spokój1. Kiedy Jan Erdman, gwiazdor międzywojennych mediów, przeprowadzał wywiad z matką Józefa Nojiego, pani Noji (z domu Kowal) nie mogła mieć wątpliwości, czy syn dokonał właściwego wyboru. W 1936 r. był już utytułowanym biegaczem, mistrzem Polski w biegu na 5000 i 10 000 m oraz biegu przełajowym.

Józef Noji podczas międzynarodowych zawodów lekkoatletycznych na stadionie White City w Londynie w 1936 r.
Fot. NAC

Biegiem do pracy

Przyszedł na świat w niewielkim Pęckowie 8 września 1909 r. Choć był najmłodszy z rodzeństwa, musiał ciężko pracować. Nie miał jeszcze 10 lat, gdy zmarł jego ojciec Paweł. Ukończył pięcioklasową szkołę powszechną i zaczął praktykę u stolarza, a jednocześnie pomagał matce w gospodarstwie. W wolnych chwilach biegał (po latach ze śmiechem oświadczy, że w Puszczy Noteckiej ścigał motyle i zające)2.

Bardziej profesjonalne bieganie zaczęło się w pęckowskim Sokole. Pierwsze występy zostały zapamiętane tak: nastoletni Józef zapisuje się na zawody, a pani Noji wychodzi z domu, by obejrzeć występ syna. Patrzę – leci Józef, a tamtych nie ma i nie widać. Tak będzie też na zawodach w Wieleniu, Wrzeszczynie, Wronkach, Szamotułach i Obornikach. Józef był już dawno ubrany [za metą], kiedy inni zaczęli przybiegać!3

Dobra forma przydała się w wojsku – młody Noji odbywał służbę w 8. Batalionie Saperów w Toruniu. Nie zdecydował się na zostanie zawodowym żołnierzem, otrzymał stopień kaprala i wrócił do rodzinnego Pęckowa. Był dobrym stolarzem, ale i uznanym biegaczem amatorem. Nikogo nie dziwiło, że do pracy na co dzień dociera… biegiem. Trasa liczyła, według różnych relacji, 14 lub 24 km4. Pewnego dnia zorganizowano zawody. Grupa mężczyzn miała do pokonania 9 km drogi rowerem, Józef – 7 km leśnych ścieżek i łąk. Meta była wspólna: w gospodarstwie Nojich. Zziajani kolarze po dotarciu na miejsce ze zdziwieniem odkryli, że Józef już kończy obiad…5

Własne prawa, własny styl

Przełomowym momentem w życiu Józefa okazał się 17 września 1933 r. To tego dnia „Kurier Poznański” zorganizował bieg, w którym 24-letni Noji, wciąż przecież nowicjusz, zajął znakomite drugie miejsce. Od tej chwili sprawy zaczęły przybierać szybki (nomen omen) obrót. Józef opuścił rodzinną wieś, by zamieszkać w Poznaniu i zostać zawodnikiem tamtejszego Sokoła. Choć po kilku miesiącach został sensacyjnym zwycięzcą biegu narodowego, wciąż musiał się troszczyć o byt. Zatrudnił się jako portier w redakcji „Kuriera” i tapicer w jednym z poznańskich zakładów.

Puszcza Notecka
Fot. Wikipedia

Czy Noji skrócił sobie trasę?

Kibice, którzy w 1934 roku obserwowali doroczny Bieg Narodowy na przełaj, byli świadkami nie lada sensacji – wspominano po latach w książce Chwała olimpijczykom. Choć na starcie stanęła cała prawie czołówka biegaczy, zwyciężył nikomu nie znany zawodnik z Poznańskiego – Józef Noji. Sądzono nawet, że Noji skrócił sobie trasę, trudno bowiem było uwierzyć, aby jakiś chłopak, który do Warszawy przyjechał ze wsi Pęckowo, mógł zostawić w pobitym polu tyle sław lekkoatletycznych. Wszystko jednak odbyło się najzupełniej prawidłowo. Noji biegł zgodnie z wymogami regulaminu i stał się od razu lekkoatletyczną sensacją sezonu.

Noji wkrótce miał się okazać mężem opatrznościowym polskich biegów długodystansowych. Jego talent zabłysnął akurat w momencie, gdy Janusza Kusocińskiego zaczęły prześladować poważne kontuzje.

Źródło: A. Jucewicz, W. Stępiński, Chwała olimpijczykom, Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa 1968, s. 66.

W 1935 r. Józef przeniósł się do Warszawy i rozpoczął treningi w Legii. Ćwiczył pod okiem Stanisława Petkiewicza, innego wybitnego biegacza. Podobno jedną z rekomendacji trenera była rezygnacja z dojeżdżania do pracy tramwajem. Józef okazał się posłusznym podopiecznym i – podobnie jak we wczesnej młodości – zaczął pokonywać drogę do pracy biegiem. Tym razem trasa wiodła z Żoliborza na Pragę i z powrotem6.

Szybko nadszedł kolejny wielki sukces: Józef Noji po raz pierwszy sięgnął po złoto mistrzostw Polski (dystans: 5000 m). Rok później obronił tytuł w tej samej konkurencji, zwyciężył również w biegu na dwukrotnie dłuższym dystansie. Prasa ekscytowała się nieoczekiwanie odkrytym talentem: Jest godnym spadkobiercą tradycyj Kusocińskiego. Tak jak on wychował się sam, stworzył sobie swój styl, miał nawet trudniejsze zadanie, zaczął biegać później, był zawsze w gorszych warunkach materialnych, nie miał bezpośredniego rywala. […] Jeśli Noji pójdzie dalej obraną drogą, jeśli poprawi warunki bytu – będzie godnym przedstawicielem naszego „talentu długodystansowego” – biegaczy o krzepkich mięśniach i woli, którzy tworzą dla siebie własne prawa, własny styl7.

Befsztyk Nojiego

W 1936 r. reprezentował Polskę na igrzyskach olimpijskich w Berlinie. Kibice wiązali z występem Nojiego ogromne nadzieje, bo uwielbiany przez nich utytułowany Janusz Kusociński leczył wówczas kontuzję i mógł jechać do Niemiec wyłącznie w charakterze dziennikarza sportowego. Niestety, Józef Noji zawiódł. W biegu na dystansie 10 km przybiegł z dwuminutową stratą do zwycięzcy. Kibice nie mogli przeboleć słabego wyniku. Co stało się z Nojim w Berlinie?

On sam tłumaczył złą dyspozycję bardzo silnym bólem w prawym boku i udzie8. Ktoś jednak rozpowszechnił plotkę: tuż przed olimpijskim biegiem Noji spałaszował w restauracji wielki, krwisty befsztyk. Pech chciał, że zaobserwował to Janusz Kusociński. Oburzony nieodpowiedzialnym zachowaniem, zwrócił uwagę Józefowi. Ten ponoć bardzo się zdenerwował – w końcu naraził się popularnemu „Kusemu”, swojemu sportowemu idolowi. Nerwy miały zjeść niedoświadczonego biegacza i stać się powodem spektakularnej porażki. Sformułowania „befsztyk Nojiego” do dziś używa się na określenie wątpliwych wymówek sportowców, którym nie powiodło się w zawodach…9

Na osłodę Józef zaliczył w Niemczech znacznie bardziej udany występ w biegu na dystansie 5 km – zajął piątą lokatę („Przegląd Sportowy” opublikował zdjęcie, na którym widać Kusocińskiego składającego Nojiemu gratulacje).

Igrzyska w Berlinie, pełne nazistowskiej propagandy, dobiegły końca. Do wybuchu wojny pozostawały trzy lata. Prasa podkręcała rywalizację między Kusocińskim a Nojim. Nikt nawet się nie domyślał, że wojna brutalnie przerwie nie tylko karierę, ale i życie najwybitniejszych polskich biegaczy długodystansowych. Na razie obydwaj spokojnie przygotowywali się do kolejnych igrzysk, zaplanowanych na 1940 r.

W Warszawie Noji trenował pod okiem wybitnego lekkoatlety Stanisława Petkiewicza (na zdjęciu, 1930 r.)
Fot. NAC

Kusociński: Życzyłem Nojiemu zwycięstwa

Jakaś nagła słabość pozbawiła Noji z miejsca wszystkich szans. Śmiało jeszcze przed chwilą kroczący w czołowej grupie wraz z wielkimi Finami i Murakosą zaczął odpadać i w błyskawicznym tempie zbliżać się do ogona wyścigu […]. Były chwile, że wydawało się, że Noji nie skończy biegu, tak nieszczęśliwie pod koniec wyglądał – relacjonowano feralny bieg olimpijski w „Przeglądzie Sportowym”.

Słaba forma lekkoatlety była zaskoczeniem tym większym, że jeszcze kilka tygodni przed igrzyskami uzyskiwał znakomite wyniki. Dziennikarze podejrzewali, że zły wynik Nojiego mógł w głębi duszy ucieszyć Janusza Kusocińskiego, który zdobył mistrzostwo olimpijskie na tym samym dystansie cztery lata wcześniej w Los Angeles. – Czy bardzo się pan ucieszył po ogłoszeniu wyniku, że pana rekord olimpijski nie został pobity? – Życzyłem serdecznie zwycięstwa Noji i nie miałbym nic przeciwko temu, aby Polak skreślił rekord Polaka. Jeśli już jednak wygrał Fin, to przyznam się, że sprawiło mi przyjemność, iż nazwisko moje utrzymało się na liście rekordów olimpijskich.

Źródło: Było ich trzech: Salminen, Askola, Isohollo, „Przegląd Sportowy”, nr 65, 3 sierpnia 1936 r., s. 2.

Mistrz motorniczym

Nie licząc nieudanego olimpijskiego występu, druga połowa lat 30. to pasmo sukcesów Nojiego. W zawodach krajowych był niepokonany na dystansie 5000 m i w biegu przełajowym. Zajmował czołowe miejsca w sportowych plebiscytach (w 1936 r. w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” przegrał tylko z tenisistką Jadwigą Jędrzejowską). Sympatii przysparzały mu takie występy jak ten w trójmeczu w Atenach (Grecja – Czechosłowacja – Polska). W czasie biegu Nojiemu rozwiązało się sznurowadło. Kiedy zdał sobie z tego sprawę, zatrzymał się, by je zawiązać, po czym kontynuował bieg. Na metę dotarł pierwszy!10

Tak jak inne ówczesne gwiazdy sportu, musiał pracować, by się utrzymać. W 1937 r. został motorniczym. „Ilustrowany Kurier Codzienny” opublikował zdjęcie mistrza za szybą warszawskiego tramwaju jadącego na pl. Narutowicza. Pracę pomógł mu znaleźć Klub Sportowy Pracowników Miejskich Syrena, którego Noji był członkiem od początku 1937 r.

Józef nie zapominał o rodzinnym Pęckowie. Pomagał mamie i siostrze, które z trudem utrzymywały niewielkie gospodarstwo. Z Warszawy przychodziły listy, w których syn i brat domagał się informacji: Co w domu słychać? Czy pyrki już w kopcu?11.

Kiedy przyjeżdżał do Pęckowa, skromna, mała chatka Nojich pękała w szwach – wszyscy chcieli zobaczyć Józefa w czerwonym stroju, który został mu po igrzyskach, i wysłuchać opowieści o tym, co biegacz widział za granicą. Pani Noji była dumna z syna. Trzy karczmy są we wsi. Józef zarabia pieniądze i mógłby teraz codziennie butelkę wypić, ale jak go kto namawia, to nigdy się nie zgodzi, tylko rzeknie: „Nie mogę pić. Ja muszę mieć swoje siły do biegania”12.

Józef Noji kieruje tramwajem jadącym na pl. Narutowicza w Warszawie. Luty 1937
Fot. NAC

Józef Noji (z prawej) przekazuje pałeczkę Januszowi Kusocińskiemu podczas sztafety 4×1500 m (wielka rewia asów zorganizowana przez Związek Dziennikarzy Sportowych w czerwcu 1939). Stadion Wojska Polskiego im. Marszałka Józefa Piłsudskiego (Stadion Legii Warszawa)
Fot. NAC

W podziemiu

Lipiec 1939. Józef Noji po raz kolejny udowodnił, że w biegu przełajowym w Polsce nie ma sobie równych, i został mistrzem Polski. W sierpniu w Helsinkach po raz ostatni reprezentował kraj. 1 września, tydzień przed 30. urodzinami Józefa, wybuchła wojna.

Po kapitulacji Noji zgłosił się do pracy w warszawskich warsztatach tramwajowych. Niemcy szybko dowiedzieli się, że to „ten Noji”, znakomity sportowiec. Podobno dwukrotnie proponowali mu, by podpisał volkslistę13. W końcu pochodził z Poznańskiego, a jego nazwisko miało prawdopodobnie niemieckie pochodzenie – od słowa neu, które kilka wieków temu mogło oznaczać nowego osadnika na terenach Puszczy Noteckiej.

Wpis na volkslistę stanowił niejako obietnicę bezpieczeństwa i różnych przywilejów, ale Noji odmówił. Chciał walczyć o Polskę, dlatego zaangażował się w działalność podziemną – tak jak jego idol i rywal Janusz Kusociński. Józef zajmował się drukiem i kolportażem prasy Związku Walki Zbrojnej, potem przemianowanego na Armię Krajową. Prawdopodobnie wykonywał też fałszywe pieczątki w konspiracyjnym zakładzie grawerskim. Pieczątki służyły przygotowywaniu przez podziemie fałszywych dokumentów14. Józef przyjął konspiracyjny pseudonim „Zdzitowiecki”15.

Niemcy brutalnie rozprawiali się z polską konspiracją. „Kusego” rozstrzelali w Palmirach w czerwcu 1940 r. Nojiego aresztowali kilka miesięcy później.
18 września 1940 roku po pracy idzie na Wolę do jednego z przyjaciół. Gdy wychodzi od niego z domu, zostaje aresztowany. Nikt nie wie, w jaki sposób to się stało. Czy była to zwykła uliczna łapanka? A może Niemcy mieli na oku człowieka, który nie chciał przystać do herrenvolku – narodu panów?16 – zastanawiali się autorzy książki Chwała olimpijczykom. Według Franciszka Grasia, biografa Nojiego, Józef został aresztowany chwilę po tym, jak opuścił konspiracyjne zebranie Związku Walki Zbrojnej17.

W niemieckiej fabryce śmierci

Niemcy przewieźli Józefa na Pawiak. Przebywał tam dziewięć miesięcy. Przeżył okrutne przesłuchania, podczas których oprawcy próbowali biciem wymusić na nim zeznania obciążające kolegów18. 24 lipca 1941 r. trafił do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz. Otrzymał numer 18535. Współwięźniowie rozpoznali w Nojim swojego mistrza i okazywali mu sympatię. Ze strony niemieckiej załogi spotykały go szykany. Wymierzano mu karę chłosty, wtrącano do bunkra pod byle pretekstem19.

Warunki życia w obozie były nieludzkie. Noji zapadł na tyfus plamisty, zapalenie opon mózgowych i dyzenterię. Dzięki wieloletnim treningom miał mocny organizm, w dodatku wsparcia w chorobie udzielali mu koledzy. Udało mu się przetrwać dolegliwości, które dla innych współwięźniów często oznaczały śmierć20.

Więźniowie w tajemnicy przed Niemcami podejmowali ryzyko nawiązania kontaktu ze światem za drutami. Pewnego dnia Józef został przyłapany na próbie wysłania grypsu. Niemcy nie mieli litości. Wtrącili go do karnego bunkra w bloku 11. Tak ostatnie chwile z Nojim przed tym, jak trafił do bunkra, zapamiętał jeden ze współwięźniów: Mocny uścisk dłoni z najbliżej stojącymi. A potem jakby urósł, wyprostował się, skinął nam głową i zadziwiająco opanowany poszedł ku przeznaczeniu…21.

Noji wiedział, że to koniec, więc napisał ostatni list do żony. Z Ireną, którą poznał jeszcze w Pęckowie, zdążyli się pobrać niespełna rok przed wybuchem wojny. Ze swoim synkiem, urodzonym 27 stycznia 1940 r. w Pęckowie, spędził najwyżej kilka miesięcy22.

15 lutego 1943 r. Józef Noji wraz z 54 innymi Polakami stanął pod Ścianą Straceń bloku 11 i został rozstrzelany. Według jednej relacji przed śmiercią zdążyli krzyknąć: Jeszcze Polska nie zginęła23. W kwietniu do Ireny dotarł okrutny telegram: [Józef Noji] zmarł w obozie koncentracyjnym Auschwitz. Został on w krematorium Auschwitz spalony. Wysłanie urny nie nastąpi24.

Pamięć o Nojim

Jeszcze przed końcem wojny Józef Noji został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Walecznych i Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami. Irena, wdowa po Józefie, zgromadziła w skromnym mieszkaniu w Drezdenku pamiątki po zamordowanym mężu: fotografie, dyplomy, puchary, wycinki z prasy oraz strój, w którym Noji reprezentował Polskę podczas igrzysk. Kilkadziesiąt lat po zakończeniu wojny bezcenne przedmioty trafiły do Zespołu Szkół Zawodowych w Czarnkowie, gdzie powstała izba pamięci25.

Dziś imię wybitnego biegacza noszą również szkoły w Pęckowie i Drezdenku, a także masowy bieg na trasie biegnącej śladami Nojiego – od Drawskiego Młyna do Wielenia. Tuż obok Stadionu Miejskiego Legii Warszawa, wzdłuż Kanału Piaseczyńskiego, biegnie al. Józefa Nojiego. Równolegle do niej położona jest ul. Janusza Kusocińskiego.

Gmach Pawiaka – więzienia przy ul. Dzielnej w Warszawie
Fot. Wikipedia

Ściana straceń w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz
Fot. Wikipedia

Tablica pamiątkowa Józefa Nojiego w rodzinnym Pęckowie
Fot. Wikipedia

Pomnik Józefa Nojiego w Drawskim Młynie
Fot. Wikipedia

W poszukiwaniu następców Nojiego

Pamięć o zamordowanym biegaczu pielęgnuje od lat Stanisław Musiałowski, emerytowany nauczyciel wychowania fizycznego z Drezdenka, zaangażowany w organizację biegu im. Nojiego. Od ponad 20 lat rozpoczynamy bieg wspomnieniem o jego życiu i śmierci pt. „Ostatni bieg” – mówi Stanisław Musiałowski. Te zawody są nie tylko formą uczczenia pamięci po Nojim, ale też sposobem na wyszukiwanie nowych talentów. W 1986 r. przyprowadziłem na start swojego ucznia, Roberta Spławskiego, wówczas młodzika. Jego dziadek przed wojną trenował wspólnie z Nojim w Sokole w Drawskim Młynie. Robert osiągnął 35. wynik na 218 startujących. Sprawdził się.

Przypisy:

1, 2, 3 J. Erdman, Wizyta w Pęckowie, gdzie zaczęła się fantastyczna kariera syna roli wielkopolskiej, „Przegląd Sportowy”, nr 103, 7 grudnia 1936 r., s. 8.
4 R. Nawrot, „Niezłomny” spod Poznania. Miga na ekranie filmu Jolie, www.poznan.sport.pl, 14 stycznia 2015 r. [data dostępu: 8 marca 2018 r.].
5 F. Graś, Józef Noji. Sportowiec i patriota, Biblioteka Regionalna Gorzowskiego Towarzystwa Kultury, Gorzów Wlkp.–Drezdenko 1987, s. 9.
6 A. Jucewicz, W. Stępiński, Chwała olimpijczykom, Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa 1968, s. 66.
7 Trzy filary światowej sławy sportu polskiego. Petkiewicz, Kusociński, Noji, „Przegląd Sportowy”, nr 109, 28 grudnia 1936 r., s. 6.
8 A. Jucewicz, W. Stępiński, op. cit., s. 68.
9 R. Nawrot, op. cit.
10 F. Graś, op. cit., s. 31–32.
11, 12 J. Erdman, op. cit., s. 8.
13 A. Jucewicz, W. Stępiński, op. cit., s. 68.
14 F. Graś, op. cit., s. 52.
15 R. Wryk, Olimpijczycy Drugiej Rzeczypospolitej, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2015, s. 450.
16 A. Jucewicz, W. Stępiński, op. cit., s. 68.
17, 18 F. Graś, op. cit., s. 48.
19 A. Jucewicz, W. Stępiński, op. cit., s. 69.
20 M. Obstarczyk, Biegacze amatorzy oddali hołd ofiarom Auschwitz, www.auschwitz.org, 22 lutego 2010 r. [data dostępu: 8 marca 2018 r.].
21, 22 F. Graś, op. cit., s. 52.
23 H. Forbrich, Józef Noji sławił imię sportu polskiego, www.gminadrawsko.pl, 6 sierpnia 2013 r. [data dostępu: 8 marca 2018 r.].
24 F. Graś, op. cit., s. 50.
25 Józef Noji – Patron Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych w Czarnkowie, prezentacja multimedialna, www.zspczarnkow.edu.pl [data dostępu: 8 marca 2018 r.].

Eugeniusz Lokajski Olimpijczyk i fotograf

Od czasu wycofania się Kusocińskiego, kiedy już nie było nam dane oglądać jego „wielkich pojedynków” […], lekka atletyka traciła „swoją publiczność” w tempie zastraszającem. Doczekaliśmy się wreszcie momentu, który chyba stanowić będzie zwrot ku lepszej przyszłości1 – pisał „Przegląd Sportowy” 2 czerwca 1936 r. Dwa dni wcześniej Eugeniusz Lokajski ustanowił rekord Polski w rzucie oszczepem. Jego wynik – 73,27 m – został pobity dopiero 17 lat później.

„Nie myśl chłopcze o oszczepie”

Eugeniusz Lokajski urodził się 14 grudnia 1908 r. w Warszawie jako pierwsze dziecko rzemieślniczego małżeństwa Antoniego i Antoniny (z domu Górakiewicz). W wieku 16 lat trafił do klubu KS Warszawianka, w którym trenował m.in. piłkę nożną, bieganie, pięciobój i skok wzwyż. Marzył, by trafić do sekcji oszczepu, ale usłyszał, że się do tego nie nadaje. Nie myśl chłopcze o oszczepie. Nic tu nie zwojujesz! Skacz, biegaj, ale o rzutach nie myśl. To nie dla ciebie, wierz mi, znam się na tym2 – usłyszał na początku sportowej kariery.

Mijały lata. Nazywali mnie w domu chuchrem, a w klubie, z racji mych wyjątkowo długich rąk i jeszcze dłuższych nóg, zyskałem przydomek „pająkowatego”. Nie wyrzekłem się jednak oszczepu3 – wspominał po latach Lokajski (rok przed igrzyskami olimpijskimi w 1936 r. przy wzroście 181 cm ważył 73 kg4). W 1928 r. zdał maturę w znanym warszawskim gimnazjum im. Mikołaja Reja (obecnie XI Liceum Ogólnokształcące) i rozpoczął studia w Wyższej Szkole Handlowej. W tym samym czasie odbywał służbę wojskową w Szkole Podchorążych Rezerwy Piechoty w Zambrowie. Jak sam wspominał, oszczep musiał tam zastąpić karabinem.

Po powrocie do Warszawy rozpoczął studia w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego (obecna AWF). W 1934 r. dostał tam posadę asystenta – instruktora lekkiej atletyki. Jednocześnie pracował jako nauczyciel wychowania fizycznego w swoim macierzystym gimnazjum i ciągle trenował. Brałem pod pachę dwa oszczepy i szedłem do pobliskiego lasu, rzucając je w marszu, lekko, bez większego wysiłku, często do celu. Niektórzy sądzili, że mój trening to tylko walka ze słońcem, z tą różnicą, że miejsce motyki zajął oszczep. A ja, poza wzmocnieniem mięśni, odnalazłem swój styl, dostosowywany idealnie do mojej budowy, szybkości i siły5 – wspominał tamten okres Lokajski.

Kariera oszczepnika ciągle pozostawała jedynie w sferze marzeń, bo pierwsze sukcesy Lokajski odnotowywał w skoku wzwyż. W 1929 r. zdobył brązowy medal na mistrzostwach Polski. Rok później sięgnął po srebro, a potem jeszcze dwa razy zajmował trzecie miejsce. Pierwszy oszczepniczy triumf, od razu w wielkim stylu, zaliczył w roku 1934 podczas mistrzostw Polski w Poznaniu. Zdobył złoto! Po roku wywalczył wicemistrzostwo świata w pięcioboju w Budapeszcie. Nie myślałem o zawodach. Sprawiała mi przyjemność i napawała dumą ta energia, która ożywiała oszczep, niosła go z poświstem przez powietrze, by wreszcie wbić go w ziemię. I oszczep począł lądować coraz dalej, zawsze jednak drżąc w proteście, że to wciąż za blisko6 – wspominał lekkoatleta. Jak mówił, wyniki przyszły same, a choć cieszyły, od przepełnionego stadionu wolał on swoje spokojne treningi w lesie.

W 1936 r. wystartował w zawodach, w których zmierzyli się lekkoatleci z Poznania i Warszawy. W konkurencji rzut oszczepem stanęli naprzeciwko siebie dwaj czołowi polscy zawodnicy tamtego okresu: Eugeniusz Lokajski i Walter Turczyk (Warta Poznań). Już pierwszy oszczep rzucony przez Turczyka padł za chorągiewką oznaczającą rekord Polski. W kolejnych rundach zawodnicy przekraczali odległość 70 m. Ostatecznie zakończyli z rezultatami 73,27 m (Lokajski) i 70,53 (Turczyk). Niepozorni chłopcy – wspaniałe rzuty – pisał „Przegląd Sportowy”. Są to wyniki klasy światowej i stawiają Polaków na 2 i 3 miejscu w tym roku, za Järvinenem7.

Na igrzyska olimpijskie w Berlinie w 1936 r. Eugeniusz Lokajski jechał w szczytowej formie. Polacy wierzyli, że zdobędzie medal i przywróci powszechne zainteresowanie lekką atletyką, które przygasło po czasach „Kusego”. Niestety w trakcie ostatniego treningu Lokajski doznał bolesnego zerwania mięśni barkowych. Nie mogłem jednak się wycofać [ze startu w olimpiadzie – przyp. red.]. Pierwszy rzut finałowy przeszył mnie ogniem bólu, za drugim coś się urwało, a trzeci…8 – wspominał olimpijczyk, który z ostatniego rzutu musiał zrezygnować. Jak mówił, ból był piekielny. Postanowił odpuścić i poddać się leczeniu. Wiedział, że zarabia na życie jako nauczyciel wychowania fizycznego i musi być sprawny. W Berlinie zajął siódme miejsce.

Po starcie trafił do sanatorium Hohenlychen. Pobyt olimpijczyka w lecznicy opisał „Przegląd Sportowy”: W pokoju nr 39 jest ich czterech. Jeden – biegał. Teraz leży […]. Drugi – skakał. Teraz leży […]. Trzeci – dźwigał. Dźwigał, dźwigał, aż jego dźwignęli i zanieśli do sanatorium […]. Czwarty – rzucał. Teraz leży. Leży w rynnie, w korycie, w gipsowym łożysku. Nogi rozkraczone, prawa ręka sięga do sufitu, ciało w bezładzie i bezruchu. Olimpijczyk, oszczepnik, nasz Lokajski…9. Zapytany o samopoczucie, Eugeniusz powiedział, że czuje się trochę lepiej. Najbardziej dokuczało mu leżenie w gipsie na wznak. Czas w sanatorium wykorzystywał na naukę języka niemieckiego.

Lokajski miał jeszcze szansę na powrót do kariery sportowej. W czerwcu 1939 r. na zawodach lekkoatletycznych w Warszawie uzyskał wynik 54,88 m, co oznaczało, że jest piątym oszczepnikiem w Polsce. Co ciekawe, jego młodszy brat Józef rzucił zaledwie pół metra bliżej i w rankingu znalazł się tylko kilka miejsc za Eugeniuszem. Ewentualne marzenia o wielkich sukcesach starszego z braci Lokajskich przerwał jednak wybuch wojny. Jeszcze w sierpniu przebywał on na obozie sportowym jako opiekun juniorów w Sierakowie Wielkopolskim. Obóz jednak przedwcześnie zlikwidowano na wieść o zbliżającej się wojnie. Eugeniusz pospiesznie wrócił do Warszawy10.

„Na tej wojennej olimpiadzie walki o prawdę”

Po wybuchu wojny brał udział w kampanii wrześniowej – został dowódcą 35. Pułku Piechoty, który wchodził w skład 9. Dywizji Piechoty walczącej w Armii „Pomorze”. Pułk stacjonował w Brześciu nad Bugiem. Właśnie tam lekkoatleta został wzięty do sowieckiej niewoli, z której zdołał uciec w październiku 1939 r. Uniknął tym samym losu towarzyszy broni, którzy później zginęli, pomordowani przez NKWD m.in. w Katyniu11.

Od pierwszych dni okupacji dom rodzinny Lokajskiego przy ul. Łuckiej 2 był miejscem, w którym organizowało się konspiracyjne życie. Jego brat Józef („Grot”; był członkiem Armii Krajowej, zginął w walce z Niemcami w 1943 r.) organizował transporty broni do Warszawy. Z kolei siostra Zofia („Zocha”) organizowała punkty kontaktowe jako łączniczka.

Eugeniusz, który był oficerem Wojska Polskiego, musiał się ukrywać. Zatrudnił się więc jako robotnik w Paprotni pod Warszawą. Później otworzył zakład fotograficzny na Saskiej Kępie – specjalizował się głównie w zdjęciach teatralnych. Kolejną pracownię zorganizował w mieszkaniu rodziców w Śródmieściu. Dzięki fotografiom zapewniał utrzymanie całej rodzinie. Dostał też oficjalne zatrudnienie jako nauczyciel gimnastyki w szkole im. Reja, jednak w konspiracji uczył wychowania fizycznego i wykładał na tajnych kompletach w CIWF-ie12.

Artykuł w gazecie „Dzień Dobry”, 1.06.1936, nr 151, s. 6. Lokajski ustanowił wówczas rekord Polski w rzucie oszczepem. Jego wynik – 73,27 m – został pobity dopiero 17 lat później
Ze zbiorów Biblioteki Narodowej (za: Polona)

Eugeniusz Lokajski (z prawej) i Walter Turczyk
Fot. NAC

Artykuł opisujący pobyt Lokajskiego w sanatorium Hohenlychen. Dziennikarz pytał sportowca, jak dogaduje się z lekarzami. – Po francusku (…). Zdarzają się zabawne nieporozumienia. Brzegi tej gipsowej formy wpiły się w ciało, zadzwoniłem więc na pielęgniarkę i pokazuję jej, o co chodzi. Nie rozumie! Więc mówię, że kanty (…), a ona przestraszyła się, bo myślała, że ja wzywam swoją ciotkę – „Tante”
„Przegląd Sportowy”, 30.08.1937, nr 69, s. 6

Śródmieście Północne. Grupa powstańców z kompanii „Koszta” na ul. Sienkiewicza pod kamienicą nr 14
Fot. Eugeniusz Lokajski „Brok” (ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego)

Tragiczna śmierć brata sprawiła, że Eugeniusz trafił do AK, przyjmując pseudonim „Brok”. Został oficerem w stopniu podporucznika i przydzielono go do Kompanii Ochrony Sztabu Obszaru Warszawskiego AK „Koszta” (najpierw był oficerem łącznikowym, później – dowódcą plutonu). Bronił m.in. barykad przy Chmielnej i gmachu Poczty Głównej. Do historii przeszedł jednak przede wszystkim jako fotograf dokumentujący losy Powstania Warszawskiego – wykonał w sumie ponad 1000 zdjęć, które upamiętniają historię tego militarnego zrywu.

Na jego fotografiach można znaleźć codzienność warszawskich ulic w dramatycznych chwilach: uśmiechniętą dziewczynkę, zapracowane sanitariuszki, tłum czekający w kolejce do udzielenia przez księdza komunii świętej, ludzi podczas posiłku, ale także powstańców czających się na wroga za rogiem budynku, budowanie barykad, ciała poległych i prowizoryczne mogiły.

Podczas otwarcia wystawy jego prac w 2008 r. w Muzeum Powstania Warszawskiego Janina Kulesza-Kurowska, uczestniczka powstania i koleżanka Lokajskiego, mówiła: Narzekaliśmy czasem, że on tylko z aparatem, że nie powinien tak wszystkiego fotografować. Potrafił dostrzegać urok tych naszych codziennych powstańczych chwil, momentów, kiedy nie byliśmy żołnierzami, a byliśmy po prostu ludźmi13.

Lokajski wywoływał swoje zdjęcia w mieszkaniu siostry, a ta skrzętnie ukrywała negatywy. Nakręcił także film ze szturmu na budynek PAST-y, pod koniec sierpnia 1944 r. pokazany w kinie Palladium.

Ppor. Eugeniusz Lokajski „Brok” na rogu Brackiej i Chmielnej; fotografia wykonana aparatem Lokajskiego (trzecia dekada sierpnia 1944 r.)
Fot. Eugeniusz Lokajski „Brok” (ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego)

Szpital kompanii „Koszta”. Sanitariuszka Janina Stęczniewska „Inka” z córką Hanią, na łóżku pod kołdrą leży pchor. Edmund Michniewski „Miś”
Fot. Eugeniusz Lokajski „Brok” (ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego)

Wobec nieuchronnej kapitulacji powstania 25 września Eugeniusza oddelegowano do Komendy Głównej AK, gdzie polecono mu zrobienie zdjęć do fałszywych dokumentów. Dzięki fotografiom powstańcy zyskaliby możliwość opuszczenia miasta razem z cywilami. Prawdopodobnie udał się po filmy do aparatu do zakładu fotograficznego zlokalizowanego przy ul. Marszałkowskiej 129. Ostatni raz był widziany, gdy wchodził do środka budynku, a wokół rozlegały się ostrzały artyleryjskie. Niedługo później budynek zamienił się w stertę gruzu14.

Choć powstańcy rzucili się na ratunek, nie mieli szans odnaleźć swojego kolegi. Dzięki uporowi siostry ciało Eugeniusza odkopano w maju 1945 r. Sportowiec, powstaniec i fotograf spoczął na Powązkach (kwatera 149). W ciągu dziesięcioleci, które minęły od powstania, starałam się utrwalać pamięć o tamtych dniach, o chłopcach, którzy polegli, o Genku15 – mówiła Zofia Lokajska-Domańska (zm. 2009 r.).

Nikt ze współczesnych nie zdawał sobie sprawy, że ten spokojny, cichy, eks-sportowiec w randze podporucznika będzie w przyszłości człowiekiem, który na dnie klęski, zza własnego grobu dokona tego czego nie udało się powstańczym generałom i wodzom: da dowód polskiej prawdzie tej wojny… Na tej wojennej olimpiadzie walki o prawdę i godność człowieka Eugeniusz Lokajski odniósł swoje zwycięstwo, którego nikt już nie jest w stanie mu wydrzeć…16 – pisał o Eugeniuszu Lokajskim Jerzy Piórkowski.

W 2009 r. prezydent Lech Kaczyński pośmiertnie odznaczył Eugeniusza Lokajskiego Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej.

Eugeniusz Lokajski „Brok” podczas Powstania Warszawskiego
Fot. Wikipedia

Ślub sanitariuszki Alicji Treutler „Jarmuż” i plut. pchor. Bolesława Biegi „Pałąka” w kaplicy przy Moniuszki 11. Ślubu udziela kpt. ks. Wiktor Potrzebski „Corda” (13 sierpnia 1944 r.). Bolesław został ranny w czasie powstania, ale wspólnie z żoną udało im się przeżyć wojnę. W 2014 r. państwo Biegowie świętowali 70. rocznicę ślubu
Fot. Eugeniusz Lokajski „Brok” (ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego)

Sportowcy w Powstaniu Warszawskim

„Sport nie może być celem samym w sobie” – miał w zwyczaju mówić marszałek Piłsudski, który osobiście stanął na czele Rady Programowej Wychowania Fizycznego przy Ministerstwie Spraw Wojskowych. Kiedy wybuchło Powstanie Warszawskie, do obrony stolicy stanęło wielu wybitnych sportowców. Wielu z nich poległo.

W powstaniu życie straciło aż 270 piłkarzy. W walkę zaangażowało się m.in. 36 graczy Polonii Warszawa (Ludwik Skrzypek i Aleksander „Przybysz” Justynowicz zginęli, Tadeusz Gebethner zmarł w szpitalu w obozie jenieckim). Do walk stanął też olimpijczyk z 1936 r., 20-krotny reprezentant polski, zawodnik Legii i Warszawianki Henryk Martyna. Po kapitulacji trafił do obozu w Pruszkowie, skąd udało mu się uciec.

Jak wylicza w swojej książce Sportowcy w Powstaniu Warszawskim Zbigniew Chmielewski, do obrony Warszawy stanęło aż 27 polskich olimpijczyków. Był wśród nich dowódca Armii Krajowej Tadeusz „Bór” Komorowski, który brał udział w igrzyskach olimpijskich w Paryżu, a także przygotowywał polską drużynę jeździecką do igrzysk w Berlinie w 1936 r. Henryk Leliwa-Roycewicz podczas powstania dowodził batalionem „Kiliński”. Przed wojną wywalczył z kolegami srebro w Berlinie (Wszechstronny Konkurs Konia Wierzchowego). Trzykrotnie zwyciężył w Pucharze Narodów (1928, 1931, 1932).

Zofia Chenclewska służyła w powstaniu jako sanitariuszka (zastrzelona 4 sierpnia). W 1925 r. ustanowiła rekord Polski w rzucie oszczepem, zdobywając złoto podczas mistrzostw Polski seniorów. Sanitariuszką była także 25-krotna mistrzyni Polski w narciarstwie alpejskim Barbara Grocholska (olimpijka z Oslo 1952 i Cortina d’Ampezzo 1956). Jako lekarz zaangażowała się w powstanie także Bożena Kokalij Kowalewska-Pietrzykowska, trzykrotna mistrzyni Polski w skokach do wody. Mistrzyni Polski w siatkówce oraz wicemistrzyni Polski w koszykówce i piłce ręcznej (1939 r.) Danuta Stefańska-Majewska poległa 2 sierpnia.

Źródło: Sportowcy w Powstaniu Warszawskim, http://dzieje.pl/ksiazki/sportowcy-w-powstaniu-warszawskim [data dostępu: 16.04.2018]; Sportowi bohaterowie. Oni walczyli w Powstaniu Warszawskim, http://sport.tvp.pl/26375912/sportowi-bohaterowie-oni-walczyli-w-powstaniu-warszawskim [data dostępu: 16.04.2018].

Przypisy:

1 Narodziny dwu wielkich olimpijczyków. 73,27 i 70,54 Lokajskiego i Turczyka w oszczepie na meczu Warszawa – Poznań, „Przegląd Sportowy”, 2 czerwca 1936 r., nr 46, s. 12.
2, 3 „Sport Szkolny”, październik 1937, nr 5, 7, s. 10–11, cyt. za: Wspomnienie Eugeniusza Lokajskiego, Muzeum Powstania Warszawskiego, www.1944.pl/artykul/memorial-eugeniusza-lokajskiego,4708.html [data dostępu: 20 marca 2018 r.].
4 Warszawianka Spółdzielczy Klub Sportowy 1921-1971, [Red. Witold Kudlak / Oprac. pod kier. Stefana Sieniarskiego], Poznań 1971.
5, 6 „Sport Szkolny”, op. cit.
7 Matti Järvinen – fiński oszczepnik, który w 1936 r. ustanowił rekord świata (77,23 m); Narodziny dwu wielkich olimpijczyków. 73,27 i 70,54 Lokajskiego i Turczyka w oszczepie na meczu Warszawa – Poznań, „Przegląd Sportowy”, 2 czerwca 1936 r., nr 46, s. 12.
8 „Sport Szkolny”…, op. cit.
9 Warszawianka Spółdzielczy Klub Sportowy 1921-1971…, op. cit., s. 48.
10 J. Erdman, Wizyta w szpitalu sportowców. U łoża Lokajskiego, Conena i innych ofiar boisk, „Przegląd Sportowy”, 30 sierpnia 1937 r., nr 69, s. 6.
11 Eugeniusz Zenon Lokajski, Muzeum Powstania Warszawskiego, www.1944.pl/powstancze-biogramy/eugeniusz-lokajski,27746.html [data dostępu: 21 marca 2018 r.].
12 Eugeniusz Lokajski „Brok”, Muzeum Powstania Warszawskiego, www.1944.pl/fototeka/kolekcja/eugeniusz-lokajski-brok,56.html [data dostępu: 21 marca 2018 r.].
13 N. Budzyńska, Powstanie zatrzymane w kadrze, opoka.org.pl/biblioteka/I/IH/powstanie_wkadrze.html, 28 lutego 2008 r. [data dostępu: 21 marca 2018 r.].
14 Historia Szkoły Podstawowej nr 55 w Łodzi im. Eugeniusza Lokajskiego, szkola55.pl/index.php/historia-szkoly [data dostępu: 21 marca 2018 r.].
15 N. Budzyńska, op. cit.
16 Kolekcja zdjęć Eugeniusza Lokajskiego, Muzeum Powstania Warszawskiego, www.1944.pl/artykul/kolekcja-zdjec-eugeniusza-lokajskiego,132.html [data dostępu: 20 marca 2018 r.].