Tadeusz
i Wacław
Gebethnerowie
Szlachetne
serca

Z lewej: Wacław Gebethner, z prawej: Tadeusz Gebethner w koszulce Polonii Warszawa.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe, domena publiczna

Nie można pominąć milczeniem tak rzadko spotykanych obecnie zalet, jak szlachetność i wysoka etyka postępowania, chodzenie prostemi drogami, szczerość i brak […] perfidji w postępowaniu i politykierstwa […], zdolność do wielkich, na pierwszy rzut oka niezrozumiałych i niewytłumaczonych wyczynów1 – tak „Przegląd Sportowy” opisywał charakter klubu Polonia Warszawa, który w 1925 r. obchodził swoje formalne dziesięciolecie2. Każdy, kto pozna losy współzałożycieli klubu – braci Tadeusza i Wacława Gebethnerów – przyzna, że takimi samymi słowami można by opisać ich życiową drogę i wartości. Pozostali im wierni do końca.

Drużyna Polonii ok. 1916 r. Pierwszy z prawej klęczy Tadeusz Gebethner. Pierwszy z lewej siedzi jego brat Wacław.
Źródło: Archiwum Cyfrowe Polonii Warszawa

W czarnej koszuli

– Kto napisał Balladynę? – zapytano ucznia szkoły średniej.
– Gebethner i Wolff! – padła odpowiedź3.

Ta anegdota z lat 30. wiele mówi o pozycji domu wydawniczego Gebethnera i Wolffa w przedwojennej Polsce. Byli to wydawcy najważniejszych dzieł literackich i popularnych serii, właściciele sieci księgarń w licznych polskich miastach – twórcy jednej z najbardziej rozpoznawalnych ówczesnych marek4. Kiedy Jan Robert Gebethner (1860-1910), współwłaściciel wydawnictwa, poprosił o rękę Marię Herse, współwłaścicielkę ekskluzywnego warszawskiego Domu Mody Bogusława Hersego, Warszawa musiała wstrzymać oddech. A gdy pojawiły się dzieci, wielu z pewnością zadawało sobie pytanie: czy można lepiej się urodzić?

Tadeusz przyszedł na świat 18 listopada 1897 r., a Wacław – 26 stycznia 1899 r. Od małego jakby uparli się, by udowodnić, że dokonają wielkich rzeczy nie tylko z racji dobrego urodzenia, ale przede wszystkim dzięki talentowi i ciężkiej pracy. Ukończyli dobre warszawskie szkoły, jednak co najmniej tyle samo uwagi co nauce poświęcali sportowi. Pasję przekazał im prawdopodobnie najstarszy z rodzeństwa, Jan. Chłopcy zorganizowali drużyny w ramach Warszawskiego Koła Sportowego. I choć za debiutancki mecz „pierwszej Polonii” uważa się spotkanie z Koroną na Agrykoli – 19 listopada 1911 r., to do sformalizowania działalności klubu doszło dopiero niemal cztery lata później. W warszawskim domu Gebethnerów zebrała się grupa zawodników, którzy na prezesa wybrali Tadka – choć nie miał jeszcze 18 lat!5 W 1917 r. pierwszym oficjalnym klubowym adresem stał się lokal przy ul. Zgody, ofiarowany przez Marię Gebethnerową – kobieta tak mocno wspierała sportowe pasje synów, że dziennikarze określili ją mianem „przezacnej matki duchowej klubu”6.

Możemy sobie wyobrazić dolę takiego klubu […], gdy o zrozumieniu sportu nie było jeszcze mowy, kraj był pod okupacją, a ciężkie czasy wojny dawały się we znaki – pisano kilkanaście lat później we wspomnieniach. – Jednak młody klub pracuje intensywnie i zwalcza przeszkody. Pierwszym jego prezesem jest p. T. Gebethner, a dzielnie z nim współpracuje cały zarząd i członkowie klubu7.

Piłkarze od 1913 r. występowali w charakterystycznych czarnych koszulach, które na zawsze miały pozostać symbolem klubu. Tadeusz i Wacław zdali maturę, rozpoczęli studia. Spędzali dużo czasu na boisku, a młodszy z braci pielęgnował także swój talent lekkoatletyczny (tą dysycypliną zajmowali się także Jan i Tadeusz). Pierwsze sukcesy Wacław odniósł na zawodach lekkoatletycznych z okazji I Zjazdu Polskich Zrzeszeń Sportowych i Gimnastycznych we wrześniu 1918 r. – na kilka tygodni przed odzyskaniem niepodległości przez Polskę8. W roku 1920 przygotowywał się do mistrzostw kraju zaplanowanych na lipiec we Lwowie. Przede wszystkim był to jednak czas walki o utrzymanie dopiero co odzyskanej wolności.

Siedziba firmy Gebethner i Wolff, 1907 r.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Reklama Domu Mody Bogusława Hersego z początku XX w.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Założyciele KS Polonia, 1915 r. W środku siedzi Tadeusz Gebethner. Pierwszy z lewej stoi jego brat Wacław.
Źródło: Archiwum Cyfrowe Polonii Warszawa

Szlak bojowy 24. Pułku Ułanów, w którym walczył Wacław Gebethner. Ilustracja zamieszczona w książce Stanisława Broczyńskiego Zarys historji wojennej 24-go pułku ułanów, Warszawa 1929.
Źródło: Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa

Szlak bojowy 5. Pułku Ułanów Zasławskich, w którym walczył Tadeusz Gebethner. Ilustracja zamieszczona w książce Tadeusza Nowińskiego Zarys historji wojennej 5-go Pułku Ułanów Zasławskich, Warszawa 1929.
Źródło: Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa

Znaczek Powstania Śląskie.
Źródło: Poczta Polska S.A.

W mundurze

Latem 1920 r. Polskę pokrywała łuna pożarów. Sytuacja na froncie była dramatyczna. 14 lipca Armia Czerwona zajęła Wilno, kilka dni później – Grodno. Mimo trwającej wojny polscy biegacze, skoczkowie i miotacze „na wyraźne żądanie dowódcy okręgu generalnego lwowskiego” mieli rywalizować o tytuł mistrza kraju9. Najlepsi mogli być pewni wyjazdu na igrzyska olimpijskie w Antwerpii – pierwsze w historii niepodległej Polski. Wacław Gebethner należał do faworytów i nie zawiódł nadziei. W biegu 4 × 100 m wspólnie z kolegami z Polonii zdobył złoto. Do Antwerpii jednak nie pojechał, bo wówczas – jak pisano w odniesieniu do zawodników Polonii – „[wszystko,] co żyło, stanęło w szeregach walczących”10.

Wacław został przydzielony do 214. Pułku Ułanów – prawdopodobnie dlatego, że punkt koncentracji wyznaczono we Lwowie, gdzie chwilę wcześniej Gebethner brał udział w mistrzostwach. Pułk walczył na Zamojszczyźnie, Wołyniu i środkowej Litwie. 21-letni porucznik Wacław Gebethner uczestniczył m.in. w bitwie pod Zaglinkami 12 września 1920 r. Podczas tego boju […] chwalebnie wykazał silną wolę dowódcy w wykonaniu powierzonego mu zadania – opisywano po latach. – Oto, jako dowódca plutonu 4-go szwadronu, otrzymał samodzielne zadanie zajęcia jedynego mostu na grobli i uniemożliwienia przejścia tą drogą nieprzyjacielowi. Wykonywując otrzymane zadanie, został nagle zaskoczony z boku przez przeważającego nieprzyjaciela, jednakowoż zajętego stanowiska nie oddał, broniąc go do ostatnich sił. Utrzymał on pozycję do przyjścia pomocy 2-go szwadronu i, mimo że podczas boju sam odniósł ciężką ranę w nogę, osobiście kierował plutonem do końca11. Opisany czyn bojowy sprawił, że Wacława Gebethnera odznaczono Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari za wojnę 1918–1920.

Starszy z braci miał wtedy za sobą niemal dwa lata służby wojskowej. Do Polskich Sił Zbrojnych przystąpił w październiku 1918 r. Odbył kurs wyszkolenia kawalerii. W trakcie wojny polsko-bolszewickiej służył w 5. Pułku Ułanów Zasławskich, z którym przeszedł cały szlak bojowy – aż do października 1920 r. Po drodze, na linii rzeki Horyń, niespełna 23-letni ułan Tadeusz odznaczył się w boju podczas zdobywania ważnego węzła kolejowego Sarny12.

Jego frontowa misja nie zakończyła się wraz z pokonaniem bolszewików. Po demobilizacji razem z kolegami z Polonii Warszawa Tadeusz wyjechał na Górny Śląsk, by wziąć udział w propagandzie na rzecz Polski przed plebiscytem mającym zdecydować o przynależności tego terenu. Na Śląsku angażował się w tworzenie klubów, piłkarze wydawali też polską prasę13.

Lekkoatleci Polonii we Lwowie, lipiec 1920 r. Pierwszy z prawej Wacław Gebethner, drugi z lewej Jan Loth.
Źródło: Archiwum Cyfrowe Polonii Warszawa

„Zespół zdolnych dyletantów”

Mimo ciężkich obrażeń wojennych Wacław Gebethner kontynuował karierę lekkoatlety. Po roku od swojego najważniejszego sukcesu wrócił do Lwowa po kolejne laury, dla odmiany w skoku w dal i trójskoku. Zdobył dwa srebrne medale. To był ważny rok dla Polonii Warszawa – w 1921 r. piłkarska drużyna sięgnęła po tytuł wicemistrza kraju! O jej charakterze dużo mówi nieco kąśliwy komentarz „Przeglądu Sportowego”: Jakkolwiek drużynę Polonii nazwać można raczej zespołem zdolnych dyletantów, która siłę swą opiera nie na technice i zespołowym rozumieniu gry, lecz na szybkości, temperamencie i pysznych walorach fizycznych, to jednak przyznać należy, że jest ona przeciwnikiem groźnym dla każdego bez wyjątku klubu krajowego czy nawet zagranicznego. W 1925 r. Tadeusz miał już na koncie 137 meczów, a Wacław – 77 spotkań i 21 bramek (10. miejsce na liście klubowych strzelców)14.

Zawodnicy Polonii podczas wyjazdu do Pardubic, 1922 r. W środku, z beretem w ręce, siedzi Tadeusz Gebethner. Pierwszy z prawej siedzi jego brat Wacław.
Źródło: Archiwum Cyfrowe Polonii Warszawa

Piłkarze Polonii przed meczem z Łódzkim Klubem Sportowym, 1922 r. Pierwszy od prawej klęczy Tadeusz Gebethner.
Źródło: Archiwum Cyfrowe Polonii Warszawa

Gebethnerowie nigdy nie chcieli być klubowymi figurami, działaczami przywiązanymi do stołka. Podobnie jak klubowi koledzy, grali dla ukochania piłki nożnej, dla chęci wyładowania nadmiaru drzemiącej w nich energji, dla dogodzenia namiętnościom, dlatego że grać lubią, czy przywykli, nawet dla poklasku – ale żaden z nich nie wstępował z pewnością na boisko z myślą, że mecz przyniesie mu teraz, czy później, jakoweś zyski materjalne. […] [Klub] psychicznie nie pozbawił się owej młodzieńczości, co „nad poziomy wylata”, i idealnego zapału, który wątłemi rękami kilkunastu młodzieńców w r. 1915 potrafił stworzyć klub, będący dziś jedną z najpotężniejszych tego rodzaju organizacji w Polsce – przyznawał „Przegląd Sportowy”15.

Afisze z lat 20.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Bracia księgarze

Stosując współczesne kryteria, trzeba by powiedzieć, że bracia bardzo wcześnie zakończyli kariery – Tadeusz miał zaledwie 28 lat, gdy zawiesił buty na kołku (choć wiadomo, że później grywał jeszcze w oldboyach). Druga połowa lat 20. i kolejna dekada były czasem, kiedy realizowali się zawodowo. Włączyli się w działalność firmy Gebethner i Wolff – Tadeusz w zarządzie odpowiadał za hurt, a Wacław został redaktorem popularnego „Tygodnika Ilustrowanego”. Obydwaj pełnili ważne funkcje w centrali Związku Księgarzy Polskich. 0d 1925 r. Gebethnerowie wydawali „Przegląd Sportowy”.

Byli duszami towarzystwa, obracali się w kręgach warszawskich literatów i elit artystycznych. Tadeusz razem z żoną, słynącą z wielkiej urody Alicją, często gościli w popularnym Yacht-Clubie; Wacław współpracował z artystami jako autor tekstów piosenek. W 1936 r. napisał kilka zwrotek „smutnego walca”, jak popularnie nazywano piosenkę Zjawią się wspomnienia. Dziś jej tekst uznać można za ponurą przepowiednię dalszych losów rodziny Gebethnerów:

Kiedyś musi przyjść
Ten smutny dzień
Gdy to, co dziś łączy nas
Los rozerwie, a może czas
[…]
Za dzień, za dwa lub trzy
Już gdzieś ulecą w dal
Dziecinne nasze sny
[…]
Za oknami wiatr
Już daje znak
Że szczęścia krótkie dni
W dal ulecą, jak nocne mgły16

Okładka popularnego przed wojną „Tygodnika Ilustrowanego” – pisma wydawanego przez Wacława Gebethnera.
Źródło: Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa

Alicja Gebethner podczas rajdu samochodowego kobiet na trasie Warszawa–Zakopane, 1929 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Portret Wacława Gebethnera.
Źródło: Archiwum Cyfrowe Polonii Warszawa

Grobowiec rodziny Herse i Gebethnerów na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.
Źródło: domena publiczna

Znaczek Polacy ratujący Żydów.
Źródło: Poczta Polska S.A.

Ostatnia wojna

We wrześniu 1939 r. obydwaj bracia wzięli udział w wojnie obronnej. Wacław walczył w szeregach 24. Pułku Ułanów; po klęsce udało mu się przedostać do Francji, a potem do Wielkiej Brytanii. Tadeusz służył w 102. Pułku Ułanów, który wspierał obronę Grodna przed Sowietami. Jednostka została internowana w Rakiszkach na Litwie. Tadeusz zdołał zbiec z obozu, a następnie także pomóc w ucieczce kolejnym oficerom17.

Pożegnanie oficerów 24. Pułku Ułanów udających się na kurs cichociemnych. Pierwszy z lewej por. Wacław Gebethner. Wielka Brytania, maj 1943 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

W 1940 r. Tadeusz przebywał w Wilnie, gdzie przystąpił do Związku Walki Zbrojnej. Później wrócił do Warszawy. Pracował w rodzinnym wydawnictwie, a jednocześnie działał w podziemiu. Latem 1942 r. w jego mieszkaniu przy ul. Śniadeckich 23 zjawiły się dwie Żydówki – Ludwika Abrahamer z 12-letnią córką Aliną, które uciekły ze Skawiny przed transportem do Bełżca. Do Gebethnera skierował je znajomy pracownik krakowskiej księgarni. Tadeusz, ryzykując życie, zaprosił Ludwikę i Alinę do swojego mieszkania. W każdym pokoju mieszkał ktoś z jego przyjaciół, któremu dał schronienie. I jeszcze jedno powiedział, czego nie zapomnę: czujcie się, panie, jak u siebie w domu18.

Po kilku tygodniach dołączył do nich mąż Ludwiki – Solomon. Tadeusz pomógł mu zdobyć fałszywe dokumenty, a kiedy mężczyzna zachorował, sprowadził chirurga, który przy świecach przeprowadził operację okulistyczną i uratował pacjentowi wzrok. Abrahamerowie spędzili u Gebethnera dwa lata. W międzyczasie Tadeusz ocalił ich po raz kolejny, wpłacając gigantyczną łapówkę, gdy po anonimowym donosie zostali zatrzymani przez granatową policję.

Wiosną 1944 r. Gebethner pomógł żydowskiej rodzinie przedostać się na Węgry, gdzie udało im się przeżyć wojnę. Sam zaś przygotowywał się do Powstania Warszawskiego. Pod pseudonimem Gustaw służył w 3. batalionie pancernym. Dowodził atakiem na obiekty, które były mocno bronione przez Niemców, m.in. Kraftfahrpark i Szpital Dzieciątka Jezus. Odważny i nieustępliwy, został kilkukrotnie ranny. Konieczna była najpierw amputacja ręki, a następnie nogi. Po kapitulacji powstania Tadeusz trafił do stalagu Altengrabow i wkrótce zmarł. Wacław Gebethner przeżył wojnę. Zmarł w 1959 r. w Komorowie.

Kilkadziesiąt lat po śmierci Tadeusza Gebethnera uratowana przez niego żydowska dziewczynka wystąpiła o uhonorowanie bohatera tytułem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata19. Został on przyznany 21 października 1981 r., a ceremonia w Yad Vashem z udziałem Alicji i Ludwiki odbyła się 25 kwietnia 1983 r. Nigdy nie zapomnimy Tadeusza Gebethnera, tego szlachetnego człowieka, który uratował życie moje i męża. Kto jeszcze okazał tak wiele serca, tak głębokiego człowieczeństwa, tyle dobrej woli i bezinteresowności? Kto bardziej niż on zasługuje na wieczną wdzięczność i drzewko w Alei Sprawiedliwych w Jerozolimie? – mówiła Ludwika Abrahamer20.

Uroczystość sadzenia drzewa oliwnego ku czci Tadeusza Gebethnera w Ogrodzie Sprawiedliwych w Instytucie Yad Vashem, 25 kwietnia 1983 r.
Źródło: zbiory Yad Vashem (M.31.2/2127)

Przypisy:

1 Jerzy Grabowski, Jubileusz Polonji Warszawskiej 1915–1925, „Przegląd Sportowy”, nr 36/1925, s. 5.
2 W rzeczywistości Polonia swój pierwszy mecz rozegrała 19 listopada 1911 r., jednak zarejestrowanie klubu o takiej nazwie nie było możliwe na terenie zaboru rosyjskiego. Drużyna w latach 1911-1915 działała więc nieformalnie.
3 „Balladyna” Gebethnera, „Głos Narodu”, nr 198/1938, s. 4.
4 Andrzej Dworak, Pozostały książki i wspomnienia, https://polskatimes.pl/pozostaly-ksiazki-i-wspomnienia/ar/112139, dostęp: 19.03.2020 r.
5 Legendy Polonii Warszawa – Tadeusz Gebethner, http://1911.pl/legendy/gebethner.php, dostęp: 19.03.2020 r.
6 Jerzy Grabowski, Jubileusz Polonji, s. 7.
7 J.S.B., Dziesięć lat dobrej służby. Jubileusz Polonii, „Stadjon”, nr 37/1925, s. 8.
8 Jerzy Grabowski, Jubileusz Polonji, s. 10.
9 Lekkoatletyczne zawody o „Mistrzostwo Polski”, „Gazeta Warszawska”, nr 191/1920, s. 4.
10 J.S.B., Dziesięć lat dobrej służby, s. 8.
11 Stanisław Broczyński, Zarys historji wojennej 24-go pułku ułanów, Warszawa 1929, s. 18–19.
12 Tadeusz Nowiński, Zarys historji wojennej 5-go Pułku Ułanów Zasławskich, Warszawa 1929, s. 19.
13 Legendy Polonii Warszawa – Tadeusz Gebethner, http://1911.pl/legendy/gebethner.php.
14 Jerzy Grabowski, Jubileusz Polonji, s. 5, 9.
15 Tamże, s. 5.
16 Zjawią się wspomnienia, słowa: Wacław Gebethner, https://staremelodie.pl/piosenka/1011/Zjawia_sie_wspomnienia,
dostęp: 19.03.2020 r.
17 Legendy Polonii Warszawa – Tadeusz Gebethner, http://1911.pl/legendy/gebethner.php, dostęp: 8.06.2020 r.
18 Tamże.
19 The Game of His Life, https://www.ifcj.org/news/fellowship-blog/the-game-of-his-life-2/, dostęp: 8.06.2020 r.
20 Łukasz Chmielewski, Historia Tadeusza Gebethnera, https://sprawiedliwi.org.pl/pl/historie-pomocy/historia-tadeusza-gebethnera, dostęp: 8.06.2020 r.

W urzędach i na froncie Poczta
w czasie wojny
polsko-bolszewickiej

Żołnierze szkolą pocztowców w służbie łączności. Zdjęcie wykonane po 1920 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Łączność pocztowa była w 1920 r. jednym ze strategicznych obszarów funkcjonowania państwa polskiego, które zmagało się z bolszewicką nawałą. Jak pisano w pocztowym informatorze, wplecione w rytm współczesnego życia poczta, telegraf, telefon i radio stanowią jego nerw, bez którego obyć się nie może ani bezpieczeństwo wewnętrzne, ani obrona państwa, ani pokojowa praca nad podniesieniem kultury i dobrobytu społecznego1.

Motocykl pocztowy przeznaczony do przewożenia korespondencji z opróżnianych skrzynek pocztowych.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Ludwik Tołłoczko (1870–1957). Zanim został ministrem poczt i telegrafów w niepodległej Polsce, pracował jako inżynier elektryk na terenie Imperium Rosyjskiego. W czasie II wojny światowej więziony z rodziną na Pawiaku i wywieziony do KL Auschwitz. Wyszedł z obozu 6 lutego 1945 r., do śmierci mieszkał w Łodzi.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Instytucja i ludzie

Władze polskie objęły urzędy pocztowe już w listopadzie 1918 r., gdy okupanci oddawali władzę w poszczególnych miejscowościach. Gmach Poczty Głównej – postawiony jeszcze przed I wojną światową, wykończony w jej trakcie i kilkukrotnie przebudowywany – znajdował się przy pl. Napoleona w Warszawie.

Urzędy pocztowe podlegały Ministerstwu Poczt i Telegrafów. W kluczowym okresie wojny polsko-bolszewickiej na czele resortu stał Ludwik Tołłoczko (13 grudnia 1919 – 24 lipca 1920), później zastąpił go Władysław Stesłowicz (24 lipca 1920 – 7 lipca 1922). W 1920 r. w całym kraju czynnych było niemal 1,6 tys. urzędów pocztowych oraz 2,1 tys. agencji i pośrednictw. Te ostatnie prowadzili ludzie cieszący się szacunkiem w lokalnych społecznościach: nauczyciele, leśnicy, kościelni organiści2.

Budowa rozległej sieci placówek była ważna również dlatego, że wiosną 1920 r., w związku z bardzo trudną sytuacją gospodarczą kraju, rząd ogłosił Pożyczkę Odrodzenia Polski. Była to pożyczka wewnętrzna (czyli zaciągana w kraju, a nie za granicą), sprzedawana obywatelom w formie obligacji. Aby zapisać się na pożyczkę, należało udać się osobiście właśnie do urzędu pocztowego (lub oddziału jednego z banków) i wpłacić określoną kwotę. Pocztowcy obsługiwali zapisy, a także sami włączali się do akcji.

Okres wojny polsko-bolszewickiej był dla poczty czasem intensywnej rekrutacji – brakowało bowiem wielu rąk do pracy – i błyskawicznych szkoleń. Organizowano kursy pocztowo-telegraficzne i geograficzne, uczono też pracy z nowoczesnymi aparatami telefonicznymi. Zajęcia odbywały się wieczorami, bo w ciągu dnia priorytetem było zapewnienie ciągłości pracy w urzędach. W 1920 r. Ministerstwo Poczt i Telegrafów zatrudniało w całym kraju 25 tys. osób3.

W miarę pogarszania się sytuacji na froncie pocztowcy włączali się w kolejne inicjatywy na rzecz wspierania wojennego wysiłku. Rezygnowali z zaplanowanych urlopów i dobrowolnie opodatkowywali się na rzecz armii, oddając na jej potrzeby kilka procent miesięcznych zarobków. Zbierali składki na wdowy i sieroty po poległych żołnierzach, składali ofiary w postaci biżuterii i różnych przedmiotów, które ze względu na zawartość cennych metali mogły się przydać Wojsku Polskiemu4.

Władysław Stesłowicz (1867–1940). Przed odzyskaniem niepodległości przez Polskę poseł do parlamentu austriackiego, następnie – od 1919 r. – poseł na Sejm Ustawodawczy. Po agresji ZSRS na Polskę w 1939 r. został aresztowany przez NKWD we Lwowie. Okoliczności jego śmierci w 1940 r. nie są znane.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Gmach Poczty Głównej w Warszawie przy pl. Napoleona. Pocztówka z lat 20. XX w.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Gmach poczty w Stanisławowie. Pocztówka sprzed 1920 r.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Pocztowcy w wojskowych mundurach

Do kluczowych zadań Ministerstwa Poczt i Telegrafów należały stworzenie sieci łączności oraz unifikacja i usprawnienie pracy poczty w poszczególnych regionach Polski. Możliwości działania były jednak mocno ograniczone – zwłaszcza w strefach sanitarnych i przyfrontowych. Mimo tych trudności poczta odgrywała nieocenioną rolę w codziennym życiu Polaków.

Dla zwykłych ludzi, umęczonych kilkoma latami wyniszczającej wojny światowej i trwającą wojną z bolszewikami, ważna była możliwość otrzymywania przesyłek od rodziny z zagranicy. W listach wartościowych ze Stanów Zjednoczonych i Kanady (w samym 1920 r. do Polski przypłynęło ich aż 12 mln!) przekazywano znaczne sumy pieniędzy, które wielu polskim rodzinom dawały szansę na poprawę warunków życia5.

Zasadnicze znaczenie w 1920 r. miała poczta polowa, świadcząca bezpłatne usługi. Dla żołnierzy walczących na froncie możliwość otrzymywania gazet i listów od rodzin była niezwykle istotna. Służbowo poczta polowa podlegała Ministerstwu Spraw Wojskowych, a pod względem technicznym – Ministerstwu Poczt i Telegrafów. Co ciekawe, urzędnicy, którzy obsługiwali poczty polowe, mieli status żołnierzy, składali przysięgę wojskową i nosili mundury. Aby się wyróżnić, na lewym rękawie naszywali trąbkę pocztową z ciemnozielonego sukna.

Infrastruktura i sprzęt

Poczta dysponowała ok. 250 jednostkami taboru kolejowego (przedziałami i wagonami pocztowymi – tzw. ambulansami). Dla usprawnienia kluczowej wówczas komunikacji w obrębie Warszawy zakupiono pierwsze samochody. Poza stolicą ważnymi środkami transportu były zaprzęgi konne (wynajmowane przez urzędy) i rowery – należące do pracowników, którym poczta wypłacała miesięczny ryczałt na konserwację i za zużycie. Ministerstwo musiało zadbać o wyposażenie urzędów i personelu, czyli o zakup sukna i tkanin na mundury, guzików, peleryn, plomb i maszyn do stemplowania, skrzynek, worków i toreb, a także… broni, która w związku z sytuacją wojenną i falą przestępczości była na wyposażeniu konwojentów6. Ze względu na panującą drożyznę i brak towarów na rynku zakupy stanowiły nie lada wyzwanie.

Niezwykle istotną rolę w zapewnianiu komunikacji w latach wojny odgrywał telegraf. Tymczasem stan sieci po I wojnie światowej był fatalny, szczególnie w środkowej i wschodniej Polsce. Z oczywistych przyczyn za najważniejsze uznano zagwarantowanie łączności między Warszawą a kluczowymi ośrodkami miejskimi w kraju i bezpośredniego połączenia ze stolicami państw Europy Zachodniej. Pomimo ogromnych trudności natury finansowej i technicznej w 1920 r. udało się osiągnąć cel. Szwankowały natomiast połączenia przez telefon. Obwodów telefonicznych było bardzo mało, dlatego na rozmowę w urzędzie pocztowym czekało się godzinami. Priorytet miały rozmowy służbowe poczty i administracji państwowej – na prywatne zgadzano się tylko w wyjątkowych przypadkach7.

Pracownik pocztowej służby ochronnej. Fot. Jan Malarski.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Oddział kobiecy Pocztowego Przysposobienia Wojskowego, kwiecień 1932 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Ogłoszenie zamieszczone w Dzienniku Urzędowym Ministerstwa Poczt i Telegrafów, R. 2, nr 10, 4.06.1920 r.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Walka

Właśnie ze względu na znaczenie strategiczne komunikacji telegraficznej okolice urzędów pocztowych bywały areną krwawych walk z bolszewikami. 18 sierpnia 1920 r. budynku poczty w Płocku broniła 9. kompania telegraficzna. Żołnierze obronili dziewięć wozów załadowanych cennym sprzętem telegraficznym oraz centralę w urzędzie pocztowym (nawet w czasie walk telefonowano stamtąd do Warszawy, choć budynek był ze wszystkich stron otoczony przez bolszewików!)8.

Latem 1920 r. funkcjonariusze poczt i telegrafów – podobnie jak inni urzędnicy państwowi – ochotniczo wstępowali do wojska. Poza zdolnością do służby na froncie musieli się legitymować pisemnym zezwoleniem Dyrekcji Poczt i Telegrafów. Ciągłość obsługi korespondencji, urządzeń telegraficznych i telefonicznych nie mogła zostać przerwana. Dlatego nie wszyscy pocztowcy otrzymywali zgodę, by wyjechać na front – co tylko pokazuje, jak istotna dla funkcjonowania państwa była 100 lat temu służba pocztowa9.

Osoby, które nie mogły opuścić stanowiska pracy i walczyć z bronią w ręku, zachęcano, by służyły na miejscu. Jak? Na przykład biorąc nadgodziny, aby zapewnić maksymalnie sprawną i wydajną obsługę telegrafu czy telefonu. Będzie to spełnienie obowiązku wobec Ojczyzny równie ważnego, jak służba w formacjach ochotniczych – pisał minister Tołłoczko w Rozporządzeniu z 10 lipca 1920 r. w sprawie ochotniczego zaciągu funkcjonariuszy państwowych do armji czynnej10.

Bohaterscy pocztowcy

W decydujących momentach wojny polsko-bolszewickiej pracownicy poczty wspierali wojska łączności zaangażowane w obronę stolicy. Zniszczone przez wroga trasy, wycięte przewody, rozbite centrale oraz budowa nowych strategicznych połączeń pochłonęły wszystkie rozporządzalne siły Wojsk Łączności, a brak materjałów, środków lokomocji i narzędzi utrudniał ich zadanie. W tym to okresie personel techniczny Dyrekcji Poczt i Telegrafów Okręgu Warszawskiego ofiarną pracą dopomógł Wojskom Łączności do wykonania ich zadań – czytamy w jednym z listów pochwalnych11.

Wśród pocztowców zasłużonych w walce z bolszewikami nie brakowało kobiet. W jednym z urzędów pocztowych w Stanisławowie, do którego zbliżały się oddziały bolszewickie, dwie młode praktykantki nie uległy powszechnej panice i mimo ogromnego zagrożenia pozostały na stanowiskach – po to, by dowódca polskich wojsk mógł utrzymać łączność telefoniczną z innymi oddziałami. Jak napisano w liście pochwalnym z Dowództwa Okręgu Generalnego Lwów, wytrwaniem w służbie dały nie tylko dowód spełnienia obowiązków i patriotyzmu, ale też i zrozumienia doniosłości swej służby12.

Po zwycięstwie nad bolszewikami pocztowcy pozostali wierni swojemu etosowi. Znalazł on wyraz przede wszystkim w prężnie działającej po 1920 r. organizacji Pocztowe Przysposobienie Wojskowe, która przygotowywała mężczyzn do zasadniczej służby wojskowej, a kobiety – do niesienia pomocy na wypadek wojny.

Blok 100. rocznica Bitwy Warszawskiej.
Źródło: Poczta Polska S.A.

Znaczki 100. rocznica Bitwy Warszawskiej.
Źródło: Poczta Polska S.A.

Przypisy:

1 Ministerstwo Poczt i Telegrafów, Jak korzystać z poczty, telegrafu i telefonu, Warszawa 1937, s. 28.
2 Stanisław Faecher, Stanisław Peters (red.), Dwudziestolecie komunikacji w Polsce odrodzonej, Kraków 1939, s. 296–298.
3 Tamże, s. 307, 309.
4 Dziennik Urzędowy Ministerstwa Poczt i Telegrafów: R. 2, nr 16, 24.07.1920 r., s. 10; R. 2, nr 27, 9.10.1920 r., s. 10.
5 Stanisław Faecher, Stanisław Peters (red.), Dwudziestolecie komunikacji w Polsce odrodzonej, s. 311.
6 Tamże, s. 321, 322, 324, 327.
7 Tamże, s. 328.
8 S. Składkowski, Płock, „Żołnierz Polski”, nr 151/1920 r., s. 2–3.
9 Dowództwo Okręgu Generalnego w Krakowie, rozkaz nr 149, 6.08.1920 r., Kraków, s. 4.
10 Dziennik Urzędowy Ministerstwa Poczt i Telegrafów, R. 2, nr 15, 17.07.1920 r., s. 1–3.
11 Dziennik Urzędowy Ministerstwa Poczt i Telegrafów, R. 2, nr 26, 2.10.1920 r., s. 1.
12 Dziennik Urzędowy Ministerstwa Poczt i Telegrafów, R. 2, nr 35, 20.11.1920 r., s. 1.

Mariusz Zaruski Człowiek twardy jak granit, z sercem czystym i głębokim jak morze

Mariusz Zaruski, kapitan harcerskiego szkunera Zawisza Czarny.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Opowieść o gen. Mariuszu Zaruskim byłaby zdecydowanie krótsza, gdyby wyliczyć, kim nie był. No bo był i zapalonym taternikiem, zdobywcą górskich szczytów, i grotołazem. Założycielem Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Wielbicielem morza, krzewicielem idei budowania Polski jako morskiej potęgi. Twórcą polskiego jachtingu. Wilkiem morskim co się zowie, przeżywającym fascynujące przygody. Idolem młodzieży. Instruktorem harcerskim. Artystą malarzem. Poetą. Pisarzem. Żołnierzem, legionistą, ułanem. Patriotą, który za swą ojczyznę nie wahał się oddać życia.

Przypisy:

1 Jerzy Pietrkiewicz, Życiorys dynamiczny. Rozmowa z gen. Mariuszem Zaruskim, „Tydzień Literacki Polski Zbrojnej”, nr 48/1938.
2 Tomasz Leszkowicz, Mariusz Zaruski, czyli człowiek wszechstronny,
https://histmag.org/Mariusz-Zaruski-czyli-czlowiek-wszechstronny-721, dostęp: 26.06.2020 r.
3 Tamże.
4 Tamże.
5 Tamże.
6 Gen. Mariusz Zaruski, Wspomnienie z dawnych lat, „Czarno na Białem”, 13.02.1938 r.
7 Jerzy Pietrkiewicz, Życiorys dynamiczny.
8 Tomasz Leszkowicz, Mariusz Zaruski, czyli człowiek wszechstronny.
9 Jerzy Pietrkiewicz, Życiorys dynamiczny.
10 Wojciech Szatkowski, Działalność narciarska i taternicka Mariusza Zaruskiego w Tatrach w latach 1905–1914,
http://archiwalna.muzeumtatrzanskie.pl/UserFiles/File/PDF/WS_Dzialalnosc_narciarska_i_gorska_Mariusza_Zaruskiego.pdf, dostęp: 26.06.2020 r.
11 Tamże.
12 Mariusz Zaruski, Na bezdrożach tatrzańskich, Warszawa 1923.
13 Lekcja z panem Wojtkiem – opowieść o generale Mariuszu Zaruskim, https://www.sp3zakopane.pl/pl/wiadomosci/lekcja-z-panem-wojtkiem-opowiesc-o-generale-mariuszu-zaruskim, dostęp: 26.06.2020 r.
14 Słowo wstępne gen. Mariusza Zaruskiego do „Pamiętnika Jubileuszu Trzydziestolecia Sekcji Narciarskiej Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego”, 1937.
15 Jerzy Pietrkiewicz, Życiorys dynamiczny.
16 Tamże.
17 Tamże.
18 Mariusz Zaruski, Na skrzydłach jachtów, Warszawa 1933.
19 Tomasz Leszkowicz, Mariusz Zaruski, czyli człowiek wszechstronny.
20 Mariusz Zaruski, Wśród wichrów i fal, Warszawa 1935, s. 7.
21 Mariusz Zaruski, Z harcerzami na Zawiszy Czarnym, Warszawa 1937.
22 Tadeusz Gierut, Oficerski rejs Zawiszy Czarnego, „Polska Zbrojna”, nr 165/1936.
23 Jerzy Pietrkiewicz, Życiorys dynamiczny.
24 Mariusz Zaruski, Wśród wichrów i fal, s. 9.

Te wąsy, brwi mocne i dobroć ukryta w rysach generalskich, serdeczność i prostota żołnierska, pod oznakami zaszczytu, dostojności, pod mundurem, który wzbudza szacunek i każe stać na baczność1 – tak 72-letniego gen. Mariusza Zaruskiego sportretował dziennikarz, który zetknął się z nim przy okazji wywiadu. Do tego opisu można by dodać wyprostowaną, sportową sylwetkę, zdradzającą lata systematycznych treningów. A także spojrzenie: z jednej strony zdecydowane, znamionujące osobę zasadniczą i zdyscyplinowaną, z drugiej zaś – łagodne, z którego można wyczytać fantazję i artystyczną wrażliwość. Na kartach historii trudno byłoby znaleźć równie wszechstronną i barwną postać.

Tak się rodził patriotyzm…

Mariusz Zaruski przyszedł na świat 31 stycznia 1867 r. w Dumanowie na Podolu. Wychowywał się w majątku zarządzanym przez ojca – Seweryna, pod czujnym i troskliwym okiem matki – Eufrozyny. Dzieciństwo miał szczęśliwe i pogodne. Spędzał je na zabawach z braćmi: starszym Stanisławem i młodszym Bolciem. Całymi dniami biegali i dokazywali, uczyli się jeździć konno albo pływali. A gdy akurat byli w domu, młody Mariusz czytał. Zaczytywał się wprost w Przypadkach Robinsona Crusoe i 200 milach podwodnej żeglugi2. Właśnie te lektury zaszczepiły w nim głód przygody i zachęciły do poszukiwania dreszczyku emocji.

Na patriotyczną postawę Mariusza wpłynęli najbliżsi. Dziadek był powstańcem listopadowym. Ojciec ze stryjem walczyli w powstaniu styczniowym. Wstąpili też do powstańczego Komitetu Podolskiego. Wszystko to się wydało i marny byłby ich los – nie uniknęliby carskich represji i zsyłki na Sybir – gdyby nie lojalność okolicznych chłopów, którzy zgodnie zeznawali, że pan administrator nogi ze dworu nie wystawił przez cały okres walk.

-Wieczorami dziadek i ojciec opowiadali o swych przygodach, a w sercu chłopca rodziła się miłość do ojczyzny. Mariusz oparł się rusyfikacji, tak powszechnej wówczas w szkołach w zaborze rosyjskim. Na tajnych kompletach szlifował język polski i poznawał polską historię. Podczas nauki w gimnazjum w Kamieńcu Podolskim zamieszkał u stryja Józefa. Pomagał mu w konspiracyjnej działalności, związał się też z rówieśnikami przeciwnymi carowi. Zdał maturę i poszedł na studia matematyczno-fizyczne w Odessie. Już wtedy odezwała się w nim artystyczna dusza: zaczął pisać wiersze i nie tylko. Swoje myśli, przeżycia, tęsknoty, wszystko, co było dla niego ważne, przelewał na papier. Pisał o swojej pierwszej miłości – pannie Maryli z Podola, wspólnym spacerze po ogrodzie botanicznym, wizycie na Schodach Potiomkinowskich i lodach w cukierni3. Bruliony prowadził przez cały okres studiów, bardzo starannie i solidnie – osobny zeszyt na każdy rok, z ręcznie numerowanymi kartami.

…i miłość do morza

Odessa była ogromnym miastem portowym nad Morzem Czarnym. Zauroczyła Zaruskiego, który zakochał się w niespokojnych głębinach i mógł je obserwować godzinami. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem morze i odtąd pokochałem je. Jak morze raz odurzy człowieka, to już nie zdołasz wyrwać się spod jego czaru4 – pisał. Był pod tak dużym wrażeniem, że postanowił przenieść piękno morza na płótno. Malował obrazy przedstawiające spienione morskie bałwany i fale rozbijające się o brzeg. Szło mu to naprawdę dobrze, zapisał się więc do odeskiej szkoły sztuk pięknych.

Marzył o dalekich podróżach do egzotycznych krajów. W wakacje, kiedy inni chłopcy odpoczywali, zaciągał się jako ochotnik na statki żeglugowe. Opłynął dzięki temu Daleki Wschód, odwiedził Chiny, Japonię, Syberię. Pewnego dnia trafił na żaglowiec Mewa, należący do Rosyjskiej Floty Ochotniczej i płynący z Odessy do Bombaju. Nie była to jednak łatwa podróż, podczas której można podziwiać widoki i chłonąć morską bryzę, o nie! Zaruskiemu przyszło się zmierzyć z chorobą morską. W dodatku rosyjscy marynarze nie traktowali go zbyt przyjaźnie. Ich wrogość udało mu się przełamać dopiero podczas groźnej burzy. Sztorm rzucał statkiem na wszystkie strony i nie wiadomo, jak by się to skończyło, gdyby nie przytomny umysł Zaruskiego. Doradził on bosmanowi, jak bezpiecznie rozłożyć przewożone luzem zboże, aby nie doprowadziło ono do wywrócenia statku.

Po powrocie Polak zapisał się do szkoły morskiej, by zdobyć uprawnienia żeglarskie. Z tamtego czasu pochodzą też jego Notatki naukowe: gromadził przepisane z gazet informacje o nowinkach technicznych oraz własne rysunki wynalazków morskich i lądowych5. Nie rezygnował także z pisania wierszy.

Kamieniec Podolski, gdzie Mariusz Zaruski uczęszczał do gimnazjum. Zdjęcie z 1906 r.
Źródło: domena publiczna

Schody Potiomkinowskie w Odessie. Zdjęcie z ok. 1900 r.
Źródło: domena publiczna

Latarnia morska w porcie w Odessie, 1890 r.
Źródło: domena publiczna

Port w Odessie, 1900 r.
Źródło: domena publiczna

Rosyjski poeta Siemion Jakowlewicz Nadson, którego wiersze tłumaczył Mariusz Zaruski.
Źródło: domena publiczna

Pod przykrywką gimnastyki

W 1891 r. Zaruski zaciągnął się na roczną służbę wojskową do armii rosyjskiej. Zdał egzamin i uzyskał stopień chorążego rezerwy. Bardzo prawdopodobne, że do wojska zgłosił się na polecenie podziemnej organizacji, której był członkiem. Jeszcze w okresie studiów w Odessie prowadził aktywne życie społeczne wśród tamtejszej Polonii. Pod koniec XIX w. w czarnomorskim porcie mieszkało ok. 20 tys. Polaków. Wielu z nich – głównie studentów – należało do nielegalnych organizacji patriotycznych i spiskowało przeciwko zaborcy. Pod przykrywką stowarzyszeń gimnastycznych ćwiczyli musztrę i posługiwanie się bronią. Zaruski, mający już odpowiednie umiejętności z wojska, dołączył do konspiratorów. Policja carska wpadła jednak na ich trop.

Aresztowano nas jesienią 1894 roku. Pamiętam ten wieczór. Sala gimnastyczna. Trzydziestu młodych ludzi przebrało się w stroje gimnastyczne, na mnie właśnie wypadła kolej prowadzenia ćwiczeń, tego dnia z ciężkimi, żelaznymi laskami. Podałem komendę: „w rząd stawaj!”, wyrównali „z bronią u nogi”, gdy nagle z trzaskiem drzwi się otwarły i wpadła kupa, jakby powiedział imć pan Jan Chryzostom Pasek, żandarmów i policjantów w liczbie 40 z rotmistrzem żandarmerii na czele. Chwycili nas, zabrali. Zaczęło się śledztwo6 – wspominał po latach generał.

W grudniu Zaruski za przynależność do nielegalnych polskich stowarzyszeń został zesłany na pięć lat do Archangielska. Miasto, choć położone 40 km od morza, oddychało atmosferą portową (leży nad rzeką, której szerokie rozlewiska łączą miasto z Morzem Białym). Przewijała się przez nie flota żaglowa przywożąca ryby z Norwegii i krajów bałtyckich. Mieszkało tam sporo Polaków, z którymi Zaruski od razu nawiązał znajomości. Byli to zesłańcy albo urzędnicy, wielu służyło w miejscowym garnizonie. Polakiem był również proboszcz tamtejszej parafii katolickiej. Zaruskiemu udało się znaleźć pracę w porcie, przy rozładunku towarów. Dzięki pomocy polskich przyjaciół wydał tomik swoich tłumaczeń wierszy Siemiona Nadsona. Rosyjski poeta imponował mu buntowniczością i uczuciowością. Tomik zatytułowany Z Nadsona – wybór poezyj zyskał uznanie jako doskonałe dzieło translatorskie. O archangielskim okresie swojego życia sam Zaruski opowiadał tak: Najpierw cela więzienna, potem, nad Białym Morzem, 5-letnia samotność zesłańca. Urok zimy, zorze polarne każdej nocy, cisza, pustkowie7. Do tego męczące białe noce. W lecie dzień wydawał się trwać bez przerwy, za to zimą słońce tylko na parę godzin pojawiało się na niebie, by szybko ustąpić miejsca nocy.

Port w Archangielsku, pod koniec XIX w.
Źródło: domena publiczna

Słowo honoru Polaka

Zaruski nie mógł usiedzieć w miejscu. Przyciągało go morze, pragnął pływać, zaciągnąć się na żaglowiec. Nie spodobało się to gubernatorowi Archangielska, który w morskich wyprawach widział ryzyko ucieczki zesłańca. – Wrócę, daję słowo honoru Polaka – odrzekł Zaruski.

To wystarczyło. Dostał zgodę i zaciągnął się na szkunerbryg Dzierżawa, który pływał po morzach północnych z ładunkiem futer i drewna. Dla niedoświadczonego marynarza była to twarda szkoła życia. Przekonał się też Zaruski, jak potężnym i nieobliczalnym żywiołem jest morze. Niebezpieczną przygodę, którą przeżył na pokładzie Dzierżawy, zrelacjonował w opowiadaniu Historia jednej nocy. Podczas burzy na Morzu Arktycznym zrezygnowany kapitan Bujow, uznawszy, że nie uda mu się wyprowadzić statku na bezpieczne wody, upił się i czekał na śmierć. Statek bez dowódcy, zdany na łaskę losu, znalazł się w ogromnym niebezpieczeństwie. Niesiony wiatrem, o mały włos roztrzaskałby się na skałach. Zaruski, który cudem uniknął nagłej fali mogącej zmyć go z pokładu, nie stracił zimnej krwi. Sam stanął za sterem i w krytycznych momentach wychodził na maszt, by poprawić żagle. Statek wraz z załogą ocalał. Nazwisko Polaka stało się sławne, a właściciel statku, kupiec Smietanin, zaproponował, że opłaci mu naukę w szkole morskiej8.

Zaruski przeszedł kurs i w ciągu pół roku otrzymał tytuł szturmana żeglugi wielkiej. Egzamin końcowy wypadł bardzo pomyślnie, na świadectwie widniały same piątki. W 1899 r. Polak został dowódcą żaglowca Nadzieja.

No i stałem się kapitanem, aby na żaglowcach, niewiele różniących się od legendarnych statków Kolumba, pływać wśród niebezpieczeństw. Wody północne nie są przecież bezpieczne. Miałem szkołę ciężką. Przeżyłem wiele groźnych burz: kiedyś nawet osaczony lodami przebijałem się przez nie cały długi miesiąc9 – wspominał.

W trakcie jednego z rejsów do Norwegii Zaruski wybrał się na pierwszą w swoim życiu wyprawę w góry – na przylądek Nordkapp. Dotarł wówczas na szczyt jednego z lodowców. Tak zrodziła się jego druga wielka pasja i miłość.

Przylądek Północny – pierwsza górska miłość Mariusza Zaruskiego.
Źródło: 123RF

Mariusz Zaruski (z lewej) podczas wycieczki w Tatrach – na zdjęciu na masywie Czarnych Ścian.
Źródło: archiwum Muzeum Tatrzańskiego

Z Krakowa do pensjonatu Krywań

Gdy skończył się pięcioletni okres zesłania, Zaruski wrócił do Odessy. I bardzo szybko, bo już po roku, stanął na ślubnym kobiercu: ożenił się z córką lekarza Izabelą Kietlińską. Zamieszkali w Krakowie. Miasto pod zaborem austriackim cieszyło się licznymi swobodami. Zaruski nawiązał współpracę z Uniwersytetem Ludowym, podjął też przerwane w Odessie studia malarskie pod okiem mistrzów: Floriana Cynka, Józefa Mehoffera i Leona Wyczółkowskiego. Ukończył uczelnię z wynikiem bardzo dobrym, przez pewien czas jako swój zawód podawał nawet „artysta malarz”. Pracował trochę jako portrecista. Próbował także wybić się jako literat i poeta.

Nie udało mu się jednak osiągnąć artystycznego sukcesu, zwrócił się więc w stronę dziedziny, którą dobrze znał: zajął się pisaniem podręcznika Współczesna żegluga morska. Tutaj trafił w dziesiątkę. Książka ozdobiona jego ilustracjami wywarła ogromny wpływ na rozwój polskiego żeglarstwa. Zaruski jako pierwszy operował fachową morską terminologią. Dzięki niemu w języku polskim pojawiły się słowa „bukszpryt” lub „takielunek”. Autor stał się niekwestionowanym specjalistą od spraw żeglugi. Do tego stopnia, że twórcy przygotowywanej wtedy Wielkiej encyklopedii ilustrowanej powierzyli mu opracowanie haseł związanych z tematyką morską.

Zniechęcony brakiem sukcesów w sztuce, trochę znudzony Krakowem, a także zatroskany problemami zdrowotnymi małżonki, Zaruski postanowił przenieść się do Zakopanego. Miasteczko pod Tatrami było już modnym kurortem i uzdrowiskiem. Przeżywało okres szybkiego rozwoju i dawało perspektywę zarobku. Przyjeżdżali tam na wakacyjny wypoczynek literaci (m.in. Sienkiewicz, Reymont, Żeromski, Asnyk, Tetmajer), muzycy (m.in. Paderewski, Lutosławski, Szymanowski), malarze (m.in. Matejko) i aktorzy (m.in. Helena Modrzejewska). Nagła popularność spadła na miasto lawiną, z którą nie potrafiło ono sobie poradzić. Brakowało kanalizacji, ulice były ciemne i brudne, a połączenie z resztą kraju – nie najlepsze. To jednak nie przeraziło Zaruskich. Wynajęli dom przy ul. Ogrodowej i otworzyli w nim pensjonat Krywań. Co nie było łatwe z uwagi na konkurencję: połowa domów w Zakopanem była wówczas pensjonatami. Może ze względu na seanse spirytystyczne, które urządzała Izabela, małżonkom udało się zyskać rozgłos i renomę. Bywali u nich najznamienitsi ludzie tamtych czasów: Ignacy Daszyński, a także bracia Piłsudscy – Józef i Bronisław.

Zawołany narciarz, rzadko upadał

Kiedy Zaruski przyjeżdża do Zakopanego, ma 40 lat. Jest krępym mężczyzną średniego wzrostu. Nosi wąsy, włosy zaczesuje gładko do tyłu. Pewne poruszenie wzbudzają jego tatuaże: wizerunki smoków i orłów na przedramionach10. Gdy wychodzi w góry, zawsze zakłada podkute buty. Latem na szlaku można go spotkać w berecie, do którego przypina odznaki towarzystw turystycznych i narciarskich.

Był to bardzo sprawny mężczyzna, cieszący się doskonałą kondycją i wytrzymałością. Ćwiczył codziennie. Z równie wielkim zaangażowaniem, z jakim kiedyś eksplorował morze, zaczął poznawać góry i zdobywać tatrzańskie szczyty. Wspinał się znakomicie, czym zyskiwał uznanie najlepszych wspinaczy tamtej epoki. Był też świetnym narciarzem: jeździł pewnie, rzadko upadał, a jeśli się to zdarzyło, dokładnie oglądał miejsce upadku, by poznać przyczynę niepowodzenia. Często wyprawiał się w góry, wykorzystując poznane w Norwegii narty. Dokonał licznych pierwszych wejść zimowych w Tatrach – zdobył ponad 20 szczytów. Jako pierwszy przeszedł kilkanaście przełęczy, grani i tras turystycznych. Wytyczył mnóstwo nowych szlaków, m.in. 12 dróg na Giewont. Nigdy się nie poddawał, nie szedł na łatwiznę. Nie znosił odpinania desek, nawet w najtrudniejszych miejscach. Czuł, jak sam mówił, „odrazę do pewnego rodzaju partactwa narciarskiego”11. Nie brakowało mu pomysłowości. Skonstruował hamulec do nart i wymyślił kijki norweskie z odpinanymi talerzykami, które po połączeniu dawały jeden długi kij alpejski. Był zapalonym grotołazem, odkrywcą kilku jaskiń tatrzańskich.

Mówiono o nim, że za cokolwiek się wziął, od razu pisał książkę. Nie inaczej było z narciarstwem. Zaruski wydał kilka książek o tematyce górskiej: podręczniki, poradniki, opowieści o własnych przygodach. Stworzył słowniczek pojęć narciarskich – oczyszczał polską terminologię z obcych naleciałości, wprowadził do literatury fachowej słowo „narty” i wiele innych ważnych określeń. Pisał o górach lekko i ze swadą, z zaangażowaniem i znawstwem. Jego teksty do dziś czyta się z wypiekami na twarzy. Choćby opis wycieczki na Zawrat, gdy Zaruski już prawie żegnał się z życiem, lecąc w dół na łeb na szyję po twardym, zmrożonym śniegu. Nabierał prędkości i nie mógł się zatrzymać. Uratował go dwumetrowy „bambus”, czyli kij alpejski – nieodłączny towarzysz narciarskich wypraw. Pierwsza myśl, stać, zatrzymać się. Ale jak? Narty leżą na lodzie bezwładnie. Wykręciłem się więc twarzą do lodu i „pazdury” zamknięte w grubych rękawicach wpiłem w podłoże. Skutek był taki, jak gdybym po szkle wodził palcami… Rozpacz. Stój, stać! – krzyczał mi instynkt samozachowawczy do ucha. Jechałem już bardzo szybko… Trzask prask – chmura śniegu, skończyło się. Nie, nie skończyło, bo lecę dalej, wcale nawet wygodnie leżę na śniegu i spadam… A może ta rzecz się dzieje na tamtym świecie? Nie, niedorzeczność, Czarny Staw przede mną, lecę do Czarnego Stawu, niezawodnie już spadłem ze ściany… ale cóż tam szoruje i dzwoni nade mną? Oglądam się, kij, mój własny, wzruszony widocznie moją niedolą popędził za mną, a że był mniejszy i bardziej śliski, więc mnie dogonił… Sięgnąłem ręką po niego, po chwili miałem go już pod pachą i prułem śnieg z całej mocy… uff, dobra była jazda, trochę tylko za prędka! Gorąco!… Uczestnicy wycieczki widzieli mój upadek i ze szczerym przerażeniem stwierdzili, że ze mnie już trup, albo, w najlepszym razie, nieboszczyk. Jakże byli zdziwieni, gdy wyjrzawszy u góry ze ścian progu, spostrzegli owego nieboszczyka, stojącego na nartach i zapalającego papierosa12.

Mariusz Zaruski na nartach w Zakopanem.
Źródło: archiwum Muzeum Tatrzańskiego

Wydany w 1913 r. w drukarni Anczyca Przewodnik po terenach narciarskich Mariusza Zaruskiego.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Książka Na bezdrożach tatrzańskich Mariusza Zaruskiego, wydana w 1923 r.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Mariusz Zaruski (z prawej) i ratownicy Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.
Źródło: archiwum Muzeum Tatrzańskiego

Śmierć w lawinie Mieczysława Karłowicza (powyżej), wybitnego kompozytora i przyjaciela Mariusza Zaruskiego, spowodowała powstanie TOPR.
Źródło: domena publiczna

Głaz upamiętniający Karłowicza na szlaku z Hali Gąsienicowej do Czarnego Stawu ozdobiony starym góralskim motywem, tzw. krzyżykiem niespodzianym.
Źródło: domena publiczna

Pogotowie ratunkowe musi być i będzie!

Rosnąca popularność gór i sportów narciarskich ściągała pod Giewont coraz liczniejsze rzesze turystów. Brak przygotowania i wiedzy, często też lekkomyślność i brawura sprawiały niestety, że powszechnie zdarzały się wypadki – a nie istniała oficjalna służba ratownicza. Pomoc poszkodowanym na górskich szlakach organizowano doraźnie, od przypadku do przypadku. Zaruski jako jeden z pierwszych badał i opisywał zjawisko lawin śnieżnych w Tatrach. I to on wpadł na pomysł, by stworzyć górskie pogotowie ratunkowe. Z uporem działał w tej sprawie, przez cały rok 1908 publikował artykuły i apele o poparcie idei pogotowia. Wspierał go przyjaciel – znany kompozytor Mieczysław Karłowicz. Nie czekając na zgodę władz, Zaruski zorganizował tymczasową straż ratunkową. Bezpośrednią przyczyną powstania pogotowia z prawdziwego zdarzenia stała się śmierć Karłowicza w lawinie śnieżnej.

Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe powołano do życia 29 października 1909 r. Ustalono, że godłem będzie niebieski krzyż na białym polu. TOPR miał poszukiwać zaginionych w górach i nieść pierwszą pomoc w nieszczęśliwych wypadkach. Zaruski zorganizował pogotowie na wzór wojskowy. Wyprawa ratunkowa wyruszała najpóźniej półtorej godziny od otrzymania wezwania, a przed akcją naczelnik dzielił ratowników na oddziały i wyznaczał im marszrutę13.

Na początku 1910 r. udało się zorganizować w Zakopanem pierwsze zawody narciarskie w stylu alpejskim. Zaruski niechętnym okiem patrzył na wyczynowe narciarstwo. Sport trzeba wygnać z Tatr, bo Tatry to nie boisko, tylko świątynia – powtarzał. Zgodził się jednak wziąć udział w zawodach, wystartował w tatrzańskim biegu starszych i zajął trzecie miejsce. Prowadził również naukę jazdy na nartach – i był instruktorem niesłychanie wymagającym. Kilkudniowy kurs kończyła wspólna wyprawa na Kasprowy Wierch lub Giewont.

Ale Zaruski działał nie tylko na rzecz sportu, był dla Zakopanego kimś znacznie więcej niż pionierem i propagatorem narciarstwa. Udzielał się społecznie. Nadzorował prace przy budowie schronisk na Hali Gąsienicowej i nad Morskim Okiem. Wspierał tatrzańską przyrodę, organizował straż pożarną. Był redaktorem lokalnego czasopisma „Zakopane”, w którym publikował teksty o tematyce sportowej i promujące zdrowy styl życia. Z jego inicjatywy powstały przebieralnie dla turystów na dworcu. Należał do większości organizacji działających w Zakopanem. Po co to wszystko robił? Oddajmy mu głos: Dla mnie osobiście Tatry zimowe i ciężkie wyprawy narciarskie były przede wszystkim szkołą charakterów, remedium na zastraszające cherlactwo duchowe i fizyczne, gorliwie pielęgnowane przez polityczne ustroje państw zaborczych […]. Przez pokonywanie trudów i niebezpieczeństw w długich wyprawach tatrzańskich chciałem kroplę tężyzny angielskiej zaszczepić naszej młodzieży. A trudy były, nawet niemałe – trzeba to przyznać, jeśli się zważy, że schronisk zimowych nie było wcale: wszystko, co było do życia potrzebne, musiało się dźwigać na sobie14.

Niejeden raz ryzykował życie i osobiście kierował akcjami ratunkowymi, niosąc pomoc zaginionym w górach. Po raz ostatni wyruszył z misją ratunkową latem 1914 r. Kiedy toprowcy wrócili z wyprawy, dowiedzieli się, że wybuchła wojna.

I wojna światowa, Legiony Polskie: brygadier Józef Piłsudski (z prawej) rozmawia z Ignacym Daszyńskim (w środku) i rotmistrzem Mariuszem Zaruskim.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Do Beliny!
W sierpniu 1914 r. Zaruski dołączył do kompanii zakopiańskiej, pociągając za sobą wielu górali, którzy widzieli w nim swojego przewodnika. Doszedł do Kielc i tam chciał się zaciągnąć do artylerii, ale przypadkiem spotkał na ulicy dawnego przyjaciela z zesłania – znanego pisarza Andrzeja Struga, który służył w batalionie Władysława Beliny-Prażmowskiego. Zaruski zameldował się więc u Beliny i rozpoczął służbę jako szeregowiec. Dzięki zdolnościom wojskowym i organizacyjnym szybko awansował. Został dowódcą plutonu w stopniu podporucznika, a następnie komendantem Szkoły Narciarskiej Polskich Legionów. Stanął na czele
1. Pułku Ułanów. Brał udział we wszystkich walkach swego oddziału z Rosjanami. W lipcu 1917 r. wraz z licznymi oficerami i żołnierzami Legionów odmówił złożenia przysięgi wierności dowództwu armii austro-węgierskiej i niemieckiej. Pułk nasz miał wielu inteligentów, poczucie narodowe doskonałe. Nikt się do „Polnische Wehrmacht” nie zgłosił15 – opowiadał po latach.
Za zbrodnię rokoszu wojskowego, niewykonanie rozkazów i działanie przeciwko władzy groził mu – jako obywatelowi austriackiemu – sąd wojenny. Zaruski odsiedział dwa miesiące w przemyskim więzieniu i wrócił do Zakopanego. Mianowany przez Józefa Piłsudskiego komendantem Polskiej Organizacji Wojskowej w obwodzie nowotarskim, wraz ze swą kompanią wysokogórską wyzwolił liczne polskie wsie na Spiszu i Orawie. W nagrodę otrzymał od gen. Edwarda Rydza-Śmigłego awans do stopnia majora. Jako że Zaruski był doświadczonym kawalerzystą, skierowano go do Komisji Regulaminów Jazdy. Opracował tam dwa ważne regulaminy służbowe, zatytułowane Nauka jazdy konnej i Rząd koński.
Z 11. Pułkiem Ułanów, którego od 1919 r. był dowódcą, brał udział w walkach o Wilno: Przed Wilnem w lasku ostatnia odprawa. Las pachnie i wiosna. Niedługo będzie Wielkanoc. Na trawie oświetlona mapa, słuchamy w skupieniu. Belina wydaje rozkazy. (…) Mam rozkaz: opanować dworzec, a potem miasto, ile się da. Sytuacja o tyle skomplikowana, że nie mieliśmy planu Wilna i w ogóle nikt z nas tego ślicznego miasta nie znał. […] Zatrzymujemy się koło mostku żelaznego, co biegnie nad torami. Jeden szwadron uderza ze skrzydła. Na dworcu nikt się nas nie spodziewa. Nie ma czasu na namysły. Ruszamy gęsiego przez mostek. Już dworzec. Opanowaliśmy go szybko i sprawnie. Na szynach stał pociąg pełen śpiących żołnierzy bolszewickich. Wszystkich wzięliśmy do niewoli. Nim oprzytomnieli ze snu, było już za późno. […] Nam czas do miasta, bo świt zamienia się w dzień. Bolszewicy mogą się zorientować i uprzedzić nasz atak. […] Wpadamy na ulice – i dalej, na arsenał! Naprzeciw arsenału hotel, a w nim cywilne władze bolszewickie. Tu dopiero natrafiliśmy na opór. Zaczęła się walka16.
Po zaciętym boju, trwającym do późnych godzin nocnych, zmęczonym Polakom przyszły na pomoc oddziały kpt. Władysława Langera ps. „Złom”. Udało się wziąć Wilno – za co Zaruski został uhonorowany Krzyżem Virtuti Militari. Kolejne boje przyniosły mu wiele odznaczeń i awans. Od marca 1923 r. do kwietnia 1926 r. pełnił funkcję adiutanta generalnego prezydenta Stanisława Wojciechowskiego. Miał informować o nastrojach panujących w wojsku i pracach podejmowanych przez Ministerstwo Spraw Wojskowych. Referował wnioski o ułaskawienie w sprawach karnych sądów wojskowych, a także dowodził szwadronem i kompanią przyboczną. Ponieważ był człowiekiem Piłsudskiego, źle znosił walkę między marszałkiem a prezydentem. Starał się być lojalny wobec obu. Tuż przed zamachem majowym, już w stopniu generała, przeszedł w stan spoczynku (oficjalnie z powodu wieku) i razem z żoną przeprowadzili się do Warszawy.
W czasie służby wojskowej Zaruski był wielokrotnie odznaczany: Orderem Virtuti Militari V klasy, pięciokrotnie Krzyżem Walecznych, Orderem Odrodzenia Polski IV i III klasy, Medalem Pamiątkowym za Wojnę 1918-1921. Nie dorobił się jednak żadnego majątku. Utrzymywał się z emerytury i pracy literackiej.

Mariusz Zaruski jako oficer kawalerii Legionów.
Źródło: domena publiczna

1. Pułk Ułanów I Brygady Legionów. Pierwszy z lewej Mariusz Zaruski.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Oficerowie i żołnierze Szwadronu Przybocznego Naczelnika Państwa, 1923 r. Trzeci od lewej płk Mariusz Zaruski.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Ośrodek szkoleniowy żeglarzy w Jastarni, 1929 r. Na zdjęciu kierownik i główny instruktor gen. Mariusz Zaruski.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Znaczek 100. rocznica zaślubin Polski z morzem.
Źródło: Poczta Polska S.A.

Jachting prawdziwie męski, pełnomorski

Prawie 60-letni Zaruski ani myślał o spokojnym, statecznym życiu emeryta. Chciał działać. Za swoją nową misję uznał wprowadzenie Polski na morze. W wyniku I wojny światowej uzyskaliśmy wąski pas wybrzeża nad Morzem Bałtyckim w okolicy Pucka, Wejherowa i Półwyspu Helskiego. Niestety na początku lat 20. społeczeństwo nie było zbyt zainteresowane sprawami morskimi. Wielu ludzi sprawujących władzę, a nawet zwykłych urzędników wywodziła się z Galicji. Nie znali morza, nie rozumieli, jaki potencjał ono stwarza. Nie było tradycji łączących Polskę z morzem.

Zaruski wiedział, jakie znaczenie gospodarcze i polityczne ma morze. Chciał zatem uzmysłowić wszystkim rodakom, że jest ono źródłem potęgi i bogactwa kraju. A przy okazji stanowi bramę – najszerszą i najtańszą – do wszystkich zakątków świata. Marzył o niezależnej Polsce, która będzie potrafiła czerpać z odzyskanego dostępu do morza. Sukces w dużej mierze zależał od budowy własnej floty wojennej i handlowej. Przez 9 wieków nie zbliżyliśmy się psychicznie do morza. Jesteśmy narodem wybitnie lądowym. Trzeba więc koniecznie zmienić psychiczne nastawienie mas! Bo morze dla naszego życia narodowego to bogactwo materialne i duchowe. Stale grozi nam konflikt zbrojny o dostęp do niego. A taka przegrana byłaby czymś okropnym. Strata naszego Bałtyku to kościuszkowskie „finis Polonaise” – mówił Zaruski17.

Wśród elit gospodarczych i politycznych zawzięcie upowszechniał modę na jachting morski. Zdołał nawet namówić prezydenta Wojciechowskiego do odwiedzenia Wybrzeża. W 1924 r. Zaruski stworzył Yacht Klub Polski. Już po roku kupiono pierwszy pełnomorski statek – Witeź, na którego pokładzie założyciel klubu odbył pierwszy rejs pod polską banderą do Szwecji i Danii. Swoje podróże opisywał w książkach, a własne motywacje wyjaśniał tak: Pragnąłem przykładem „Witezia” oderwać od brzegu tych, którzy kąpią się w morzu, pływają w kajakach albo na rybackich żaglówkach zawsze tuż-tuż, o sto metrów od brzegu, i pociągnąć ich samych albo przynajmniej ich dusze na pełne morze. […] Nasz jachting od samych początków musi przybrać cechy męskości. Zaczarowany trójkąt zostawmy dla kajaków, sami zaś idźmy na morze. Morze jednak – o tym pamiętać należy – zaczyna się tam, gdzie brzegi nikną z oczu zupełnie18.

Od 1927 r. Zaruski pełnił funkcję sekretarza generalnego Komitetu Floty Narodowej, który miał się zająć organizacją i koordynacją wszelkich akcji zmierzających do budowy polskiej floty. Był w swoim żywiole. Działał z rozmachem. Zaczął od spotkań na wysokim szczeblu, m.in. z marszałkiem Sejmu Ignacym Daszyńskim, z którym się przyjaźnił, oraz z ministrem spraw wewnętrznych gen. Felicjanem Sławojem-Składkowskim. A później ruszył w Polskę. Organizował wykłady, spotkania, prelekcje. Pokazywał przeźrocza, wykorzystywał media: prasę, radio, film. Urządzał wystawy. Rozdawał flagi, ulotki, proporczyki, tabliczki z logiem KFN19. Zaangażowanie się opłaciło: po sześciu latach, w roku 1929, ze składek obywateli zakupiono Dar Pomorza i wiele innych jachtów pełnomorskich.

Wszystko szło naprawdę dobrze i wydawało się, że realizacja wizji morskiej potęgi Polski to tylko kwestia czasu. A jednak w obliczu kryzysu gospodarczego idea budowy silnej floty straciła na znaczeniu i niektórym wydawała się stratą pieniędzy. W 1932 r. uchwałą Sejmu rozwiązano KFN. Zaruski wrócił do domu i zajął się pisaniem poradników żeglarskich, opowiadań marynistycznych i felietonów do gazet. W przedmowie do książki Wśród wichrów i fal komentował z lekkim wyrzutem: Pływałem, […] mokłem i marzłem na pokładach jachtów nie po to, ażeby z Was uczynić sportowców, lecz dlatego, ażebyście Wy, jako Polacy, poznali morze, uczuciem z nim się związali, uznali je za własną bezcenną wartość, bez której nie ma życia dla dzisiejszej Polski20.

Mariusz Zaruski – kapitan harcerskiego szkunera Zawisza Czarny, przy sterze
na pokładzie żaglowca.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

W trudzie żeglarskim kształtują się charaktery

Według Zaruskiego dostęp do morza miał jeszcze jedną, ogromnie istotną wartość. Doświadczony marynarz dostrzegał wychowawczy walor żeglowania, tak przecież potrzebny narodowi, który przez wieki zasiedział się na lądzie. Nowe, rozszerzone wydania książek Współczesna żegluga morska oraz Na morzach dalekich zdobyły sporą popularność i uczyniły z generała znanego marynistę. Postanowił to wykorzystać i zająć się kształceniem młodzieży na prawdziwych wilków morskich. Natura przywódcy, organizatora i społecznika znów doszła do głosu. Trzeba dać możność młodym ludziom poznać morze, odbywać podróże nie na leżakach wygodnych parostatków, ale w pracy, przygodach, a czasem i niebezpieczeństwie żaglowych okrętów. W twardym trudzie żeglarskim hartują się charaktery21 – przekonywał Zaruski.

W 1934 r. harcerze zorganizowali zbiórkę pieniędzy, za które kupili w Danii stary trzymasztowy szkuner. Nadawał się on do generalnego remontu, ale stocznia żądała astronomicznej kwoty. Okręt został więc przeprowadzony do Gdyni i harcerze sami zabrali się do pracy. Z gór sprowadzono cieśli, którzy pracowali za symboliczne wynagrodzenie. Nieodpłatnie pomagali pracownicy stoczni. Zaruski początkowo nie wierzył w sukces przedsięwzięcia, ale szybko przekonały go postępy prac, zapał i zaangażowanie harcerzy. Wkrótce statek był gotowy i teraz brakowało już tylko kapitana. Harcerze poszukiwali człowieka doświadczonego, popularnego i umiejącego pracować z młodzieżą. Czyli Zaruskiego właśnie. Objął on dowództwo w 1935 r. i zaproponował, by okręt, który początkowo miał nosić nazwę Harcerz, nazwać Zawiszą Czarnym – dla podkreślenia, jak ważne jest dochowanie danego słowa. Wszak rota harcerskiego przyrzeczenia kończy się stwierdzeniem: „Na słowie harcerza polegaj jak na Zawiszy”.

Codzienność na statku nie była łatwa. Dzień zaczynał się od… szorowania pokładu. Wszystko musi być wypolerowane „na słońce”, przy użyciu szczotek, wody i piasku. Później przypadnie kolejno na każdego, bez różnicy stopnia i wieku służba porządkowa: czyszczenie i skrobanie burt, zamiatanie pokładu i messy, mycie naczyń, służba wachtowa, wspinanie się po linach. Jednym słowem służba niesłychanie urozmaicona. […] Oto moje ręce: są zgrubiałe od pracy i pokryte odciskami… […] Ale podróż w takich warunkach daje pełne pojęcie o służbie na morzu22 – opowiadał Zaruski podczas jednego z wywiadów.

Młodzi członkowie załogi ubóstwiali swojego kapitana, był dla nich niedościgłym wzorem. Na każdym kroku okazywali mu podziw i szacunek. Uwielbiali szczególnie wieczorne spotkania w mesie, podczas których z wypiekami na twarzach słuchali o przygodach Zaruskiego. Sumiennie wypełniali jego rozkazy i zawsze starali się przestrzegać zarządzeń, np. zakazu chodzenia po pokładzie w nakryciu głowy. Zaruski zaś mówił o harcerzach, że lepszej załogi nie mógłby sobie wymarzyć. Darzył ich szacunkiem, zawsze był sprawiedliwy i wyrozumiały. Wymagał wiele, ale też zachęcał własnym przykładem. Kiedy pokład był brudny, sam chwytał za kubeł z wodą i szczotkę – po chwili wszyscy szli w jego ślady i szorowali deski. O swej misji generał opowiadał tak: Być kapitanem Zawiszy to rzecz odpowiedzialna. Szkolę harcerzy bez kwalifikacyj. Materiał surowy. Całe noce czuwam na pokładzie. Opiekuję się nimi jak ojciec. I dziś jakże zadowolony być mogę, mając już dobrych oficerów, doskonałe rozsadniki „bakcyla morskiego”23.

Jako kapitan Zawiszy Zaruski nie pobierał żadnej pensji, a często dokładał z własnej kieszeni, gdy trzeba było dokupić sprzęt. Pierwszy rejs Zawiszy pod dowództwem generała rozpoczął się 29 czerwca 1935 r., a zakończył 13 sierpnia. Statek zawinął do Londynu, Antwerpii i Kopenhagi. Do sierpnia 1939 r. wypłynął w 26 rejsów.

Kapitan opuszcza statek ostatni

Druga wojna światowa nie obeszła się łagodnie ani z Zawiszą Czarnym, ani z jego kapitanem. W roku 1940 Niemcy przejęli okręt i wykorzystywali go jako jednostkę szkoleniową dla podchorążych marynarki. Po zakończeniu wojny Zawiszę odnaleźli pracownicy Polskiej Misji Morskiej. Był w tak złym stanie, że nie nadawał się już do remontu. W 1948 r. został przeholowany w okolice Chałup i tam zatopiony. Akcję utrzymywano w tajemnicy i może nikt by się o niczym nie dowiedział, gdyby nie to, że szczątki statku odnaleźli w 1982 r. nurkowie z Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku.

Wraz z rozpoczęciem działań wojennych Zaruski zgłosił się do wojska. Nie przyjęto go z uwagi na wiek. Wyjechał do Lwowa, gdzie się ukrywał, korzystając z fałszywych dokumentów. W marcu 1940 r. wpadł w ręce NKWD. Skazany na pięć lat zsyłki, nie wytrzymał nieludzkich warunków panujących w więzieniu. W kwietniu 1941 r. zmarł z wycieńczenia w Chersoniu koło Odessy. Z inicjatywy harcerzy prochy generała przeniesiono do Zakopanego i pochowano na Pęksowym Brzyzku. Jak chciał zostać zapamiętany? Najlepszą odpowiedzią będą jego własne słowa: Gdy stanę przed św. Piotrem i ten zapyta, jak mnie zameldować, odpowiem: łamałem młotem wrzeciądza niewoli, prowadziłem Polaków w góry i nad morze, ażeby stali się twardzi jak granit, a dusze mieli czyste i głębokie jak morze24.

Mariusz Zaruski na pokładzie żaglowca, 1937 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Ostatnie zdjęcie Mariusza Zaruskiego, wykonane w więzieniu po aresztowaniu przez NKWD.
Źródło: domena publiczna

Grób Mariusza Zaruskiego w Chersoniu.
Źródło: domena publiczna

Grób Mariusza Zaruskiego na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem.
Źródło: domena publiczna

Zdzisław Dziadulski Jeździec z marmuru

Major Zdzisław Dziadulski podczas zawodów hippicznych w Berlinie, 1936 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

O takich ludziach jak Zdzisław Dziadulski bez wielkiej przesady można powiedzieć, że urodzili się w siodle. Jego sposób prowadzenia konia, sylwetka i styl jazdy były bardzo widowiskowe, szeroko komentowane i głośno oklaskiwane na całym świecie. Ten znakomity jeździec reprezentował narodowe barwy na wszystkich ważniejszych międzynarodowych konkursach. I to w czasach, kiedy hippika była nie tylko dyscypliną sportową. Była czymś znacznie więcej – emanacją niezłomnego polskiego ducha i świadomości narodowej w odrodzonym państwie.

Gdy człowiek przez większość życia chodzi w mundurze, zyskuje to coś, co z miejsca zdradza wojskowego. Sztywna postawa, wysoko uniesiona głowa, pewne, zdecydowane spojrzenie – to właśnie widać na zdjęciach, na których Zdzisław Dziadulski pozuje w towarzystwie kolegów z pułku.

Urodził się 5 grudnia 1896 r. w Krakowie. Już we wczesnej młodości prezentował patriotyczną postawę. Miał ledwie 16 lat, gdy wstąpił do Drużyn Strzeleckich. Niespełna dwa lata później – po ukończeniu szkoły średniej i zdaniu matury – zaciągnął się do Legionów Polskich. Zgłosił się na ochotnika do Szwadronu Jazdy Beliny-Prażmowskiego i wziął udział we wszystkich walkach 1. Pułku Ułanów. Gdy Legiony odmówiły złożenia przysięgi wierności cesarzowi Niemiec, Dziadulski został wcielony do armii austriackiej. Ale zaraz po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, w listopadzie 1918 r., wstąpił do Wojska Polskiego. Podczas wojny z bolszewikami był dwa razy ranny. Za męstwo na polu walki został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari1.

Jeździec inteligentny, rozumiejący konia

Jeździectwo sportowe zaczął uprawiać na początku lat 20. i szybko uznano go za znakomitego jeźdźca. Osiągnął tak wysoki stopień zawodowstwa, że w 1922 r. trafił do grupy olimpijskiej przy 1. Pułku Szwoleżerów. Dziadulski, który ukończył kurs ujeżdżania w Centrum Wyszkolenia Artylerii, miał w wojsku znakomitą opinię. Cieszył się zaufaniem zwierzchników, ceniono go za rzetelność i podejście do podległych żołnierzy. Jeden z przełożonych, płk Bolesław Wieniawa-Długoszowski pisał o nim tak: Oficer […] doskonały, jako instruktor drobiazgowy, metodyczny, staranny. Umie znaleźć środki, by trafić do podwładnego i wpoić mu żądane wiadomości. […] Jest jeźdźcem i instruktorem jazdy bardzo inteligentnym, rozumiejącym konia. Jako dowódca posiada charakter, szybką decyzję, silną wolę i konsekwencję działania. […] Wyczuwa dobrze sytuację, orientuje się świetnie i decyduje słusznie. Taktycznie dobrze przygotowany, regulaminy zna i umie celowo stosować2.

Aby docenić znaczenie tej opinii, trzeba zrozumieć, czym w dwudziestoleciu międzywojennym były zawody jeździeckie. A były ni mniej, ni więcej tym, czym obecnie są mecze Ligi Mistrzów. Zawody WKKW (Wszechstronny Konkurs Konia Wierzchowego) cieszyły się ogromną popularnością i prestiżem. Oglądały je tysiące widzów – z równie wielkimi emocjami, z jakimi dziś kibicujemy piłkarzom na mistrzostwach świata. W odrodzonym państwie jeździectwo urastało do rangi sportu narodowego. Łączyło się bowiem z piękną historią polskiej wojskowości, naszymi siłami zbrojnymi i zwycięstwami na polu walki, w których koń pełnił przecież ważną funkcję. Hippiczne sukcesy na arenie międzynarodowej traktowano jako pokaz siły i odrodzonego ducha polskiej armii.

Również władze dostrzegały wagę sportu i potrzebę rozwijania tężyzny fizycznej. W końcu każda armia na świecie, by wygrywać, potrzebuje sprawnych żołnierzy. Sprawnych fizycznie, ale też mających w sobie ducha rywalizacji. Starano się więc stwarzać jak najlepsze warunki do rozwoju sportu.

Zdzisław Dziadulski, kawalerzysta.
Źródło: domena publiczna

Porucznik Zdzisław Dziadulski na koniu Dżimmym podczas zawodów jeździeckich o Nagrodę Monaco. Zdjęcie z czasopisma „Żołnierz Polski”, nr 20/1924.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Zdzisław Dziadulski na koniu Zefirze. Zdjęcie z czasopisma „Jeździec i Hodowca”, nr 11-12/1925.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Fragment artykułu poświęconego polskim jeźdźcom biorącym udział w konkursie w Lucernie, zamieszczonego w tygodniku „Stadjon”, nr 30/1924.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Z czasem zaczęto sobie zdawać sprawę, że kawaleria nie odegra już znaczącej roli na polu bitwy. Zmieniały się metody walki, jednak sport konny pozostał dla wielu oficerów ważnym elementem życia. Był formą spędzania wolnego czasu, sposobem na utrzymanie dobrej kondycji. To zaś owocowało sukcesami sportowymi. Polską kadrę w jeździectwie na zawodach o Puchar Narodów i na igrzyskach olimpijskich stanowili oficerowie zawodowi kawalerii i artylerii.

Dziadulski uczestniczył w niemal wszystkich większych międzynarodowych konkursach jeździeckich.

Spokoju mógł mu pozazdrościć… marmur

Udział naszych sportowców w imprezach zagranicznych był świadectwem narodowych dążeń, ale przede wszystkim widocznym symbolem suwerenności Polski. Jeszcze w czasie wojny w 1920 r. utworzono pierwszą ekipę jeździecką, która miała pojechać na igrzyska olimpijskie w Antwerpii. Ostatecznie przeszkodziła temu wojna. Jednak już kolejna olimpiada, w 1924 r. w Paryżu, była w naszym zasięgu. Faktycznym sprawdzianem miały się stać Wojskowe Międzynarodowe Konkursy Hippiczne w Nicei w roku 1924. Polacy wysunęli się na prowadzenie, zdobywając ok. 30 nagród. Bez wątpienia zasługują na podziw, zwłaszcza że zarówno konie, jak i jeźdźcy startowali po męczącej ośmiodniowej podróży.

Rywalizację szczegółowo opisywała polska prasa: Czwartego dnia zawodów rozgrywano konkurs myśliwski o Grand Prix Monaco. Tor był o tyle osobliwy, że składał się z dużej ilości bardzo różnych przeszkód, ustawionych w najróżniejszych kierunkach, jego przejechanie nie było możliwe bez doskonałego opanowania konia3. Piątego dnia odbył się konkurs o najbardziej pożądaną przez jeźdźców Wielką Nagrodę Miasta Nicei, podczas którego Polacy przypieczętowali swoją dominację. Rodacy triumfowali, mówiło się tylko o fantastycznych jeźdźcach kawalerii.

O samym zaś Dziadulskim prasa pisała: Jeździ z ogromnym sercem, bardzo energicznie prowadząc konia. Młody ten jeździec ma dużą przyszłość4. A także: Wyróżniał się postawą i kamiennym spokojem, którego mógłby mu pozazdrościć… marmur5.

Zdzisław Dziadulski na koniu Zefirze pokonuje półtorametrową przeszkodę. Zdjęcie z tygodnika „Stadjon”, nr 15/1925.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Lucerna – rozgrzewka przed olimpiadą

Próbą generalną dla polskich jeźdźców, swoistym przetarciem szlaków przed zbliżającymi się letnimi zmaganiami w Paryżu stały się zawody konne w Lucernie. W wielkich konkursach hippicznych uczestniczyli najlepsi jeźdźcy z Francji, Włoch, Niemiec czy Szwajcarii. W sumie stawiły się ekipy dziewięciu krajów. Plac konkursowy, gęsto otoczony drzewami, zorganizowano w dzielnicy luksusowych hoteli, tuż przy ulicy. Dookoła biegły kryte trybuny dla widzów. Konkursy zgromadziły tłumy. Chwalono, że przeszkody – w dużej liczbie – rozmieszczono pomysłowo i umiejętnie, tak że koń zmuszony był do galopu, a nie do kręcenia się w kółko jak chomik w klatce.

I znowu polska drużyna dała wspaniały pokaz swoich umiejętności. Już pierwszy dzień przyniósł nam nagrody. A dalej było tylko lepiej: W następnym dniu nasza ekipa święciła bodajże jeszcze większe sukcesy, wywołując wprost podziw brawurą i umiejętnością w zażywaniu koni6. Było to o tyle trudne, że warunki pogodowe nie rozpieszczały jeźdźców. Od rana siąpił nieprzyjemny deszcz. Zawody odbywały się na łące o gliniastym podłożu, czyli w dość niefortunnie, jak się okazało, wybranym terenie. Z powodu mżawki grunt stał się śliski i porobiły się bajora. Utrudniało to jazdę i precyzyjne branie przeszkód. W dodatku sam tor był niezwykle skomplikowany – biegł wężykiem i miał ostre zakręty, które konie musiały pokonywać w szybkim tempie. Nic też dziwnego, że porucznikowi Dziadulskiemu dwukrotnie zdarzył się wypadek, a mianowicie przy ostatnich przeszkodach, wskutek poślizgnięcia się, upadł z koniem, na szczęście nie odnosząc ani on, ani wierzchowiec poważniejszych obrażeń7.

Ostatecznie, mimo naprawdę silnej konkurencji, Polacy zdobyli ponad połowę wszystkich nagród, m.in. dwie pierwsze. Co jest tym bardziej warte docenienia, że – jak donosiły gazety – nasze konie w porównaniu z zagranicznymi prezentowały się dość licho i raczej niepokaźnie. A jednak polska ekipa zaimponowała „nie tylko wyrobieniem i jeźdźca, i konia, lecz zadziwiającym stylem i absolutną jednolitością”8. Przypisywano to świetnej szkole polskiej kawalerii. Pod wprawnym kierownictwem naszych jeźdźców konie zmieniały się wprost nie do poznania.

Sukcesy sportowe nie były jedynymi, jakie Polacy osiągnęli w Lucernie: Kolejnym triumfem polskiej reprezentacji było zdobycie u licznej publiczności widocznej sympatii. Burzliwe brawa spotykały nie tylko dobrze zakończone parcours’y, lecz i pojedyncze ładne skoki9.

Mimo znakomitych osiągnięć udział Polaków w olimpiadzie wcale nie był pewny. Z najbardziej prozaicznej przyczyny: brakowało funduszy. Już po nicejskich sukcesach gazety przekonywały o propagandowym znaczeniu dużych imprez sportowych i apelowały o wsparcie polskich zawodników. Niezapewnienie jeźdźcom możliwości udziału w olimpiadzie byłoby niewybaczalnym grzechem. Zwłaszcza że hippika należała do nielicznych dziedzin, w których mogliśmy liczyć na medale. Jeźdźcy polscy niezawodnie zrobią swoje i nie będą ciągnęli w dalekim ogonku, jak nasi reprezentanci wielu innych sportów10.

Polska ekipa w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu przed wyjazdem do Nicei i Rzymu. Pierwszy od lewej Adam Królikiewicz, czwarty od lewej Zdzisław Dziadulski, szósty od lewej Henryk Dobrzański – słynny „Hubal”.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Plakat Letnich Igrzysk Olimpijskich w Paryżu w 1924 r.
Źródło: domena publiczna

Adam Królikiewicz podczas zawodów hippicznych, 1924 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Sukces polskich jeźdźców w Paryżu

Aby sfinansować wyjazd kawalerzystów na igrzyska, przeprowadzono społeczną zbiórkę pieniędzy. Zgromadzona kwota znacznie przewyższała państwową subwencję. W końcu chodziło o ogromnie ważną dla Polaków imprezę – letnie igrzyska miały się stać pierwszymi, w których Polska weźmie udział.

Do igrzysk w 1924 r. Francja przygotowała się o wiele staranniej niż do poprzednich. Wybudowano nowoczesny stadion olimpijski na ponad 60 tys. widzów. Obok stadionu po raz pierwszy powstała wioska olimpijska, jak również centrum prasowe, z którego oficjalnie korzystało 685 dziennikarzy11. Podobnie jak cztery lata wcześniej, do igrzysk nie dopuszczono reprezentacji Niemiec. Organizatorzy twierdzili, że nie mogą zapewnić bezpieczeństwa niemieckim sportowcom.

Na igrzyska wyjechała 81-osobowa ekipa z Polski. Nasi reprezentanci startowali w 10 dyscyplinach: boksie, hippice, kolarstwie, lekkoatletyce, strzelectwie, szermierce, wioślarstwie, zapasach, żeglarstwie i piłce nożnej. Dorobek medalowy nie był jednak imponujący: medale udało się zdobyć tylko w kolarstwie i jeździectwie. I to w ostatnim dniu zawodów, kiedy wszyscy już prawie stracili nadzieję na to, że Polakom uda się stanąć na podium.

Czasopismo „Stadjon” tak opisywało panujące wówczas nastroje: Przyszły ostatnie dnie Igrzysk, a niebo było dla nas równie ciemne… I zdawało się, że już nie zabłyśnie nic, gdy na kilka godzin przed zakończeniem ciągnących się tyle miesięcy Igrzysk, doczekaliśmy się na koniec i my, że nam promyk światły zajaśniał, że sztandar polski załopotał na maszcie olimpijskim12.

Konkurs skoków odbywał się na stadionie Colombes. Organizatorzy zaplanowali, że właśnie te zawody będą widowiskowo zamykać igrzyska i poprzedzą rozdanie nagród. Polscy kawalerzyści cieszyli się wtedy międzynarodowym uznaniem i znajdowali się w światowej czołówce, choć – przypomnijmy – nasze konie nie były najlepszych ras i rodowodów. Jednak dzięki zaangażowaniu i umiejętnościom jeźdźców mogły konkurować z końmi zagranicznymi i zdobywać nagrody.

Konkursy hippiczne w Paryżu rozgrywano w formule czampionatu konia wojskowego. Oznacza to, że rywalizowano w konkursie tresury, wyścigu na dystansie 36 km w terenie i na torze wyścigowym z przeszkodami oraz w konkursie skoków. Na torze ustawiono 16 przeszkód, każdą innego typu. Dziadulski na Zefirze dziewięć razy zawadził o przeszkodę13.

Nie był to łatwy dla koni parkur. Znajdował się na murawie boiska do piłki nożnej, a teren przed przeszkodami posypano grubą warstwą piasku, która utrudniała odskok. Ani jeden koń nie przejechał czysto, nawet zwycięzca miał sześć punktów karnych. Ostatecznie brązowy medal w konkursie wywalczył dla Polski Adam Królikiewicz (bliski przyjaciel Dziadulskiego) na koniu Picadorze. Był to gigantyczny sukces dla kraju, który po latach nieobecności na mapie dopiero zaznaczał swoje istnienie w sportowych zmaganiach. Jak na debiut drużyny w zawodach olimpijskich wynik należy uważać za dobry, jeśli np. wziąć pod uwagę, że ekipy gospodarzy nie ukończyły w całości ani konkursu skoków, ani W.K.K.W. […] Wynik uzyskany przez rtm. Królikiewicza jest oczywiście wybitny. Podawać to w wątpliwość mógłby chyba tylko ktoś, kto nie zdaje sobie sprawy, jak trudnym jest zdobycie medalu olimpijskiego, gdzie toczy się walka w najwyższym napięciu sił i nerwów między najlepszymi zawodnikami całego świata14.

Dziadulski na Zefirze zajął 6. miejsce w skokach drużynowych oraz 28. miejsce w skokach indywidualnych.

Polska ekipa przed wyjazdem na zawody do Nicei i Londynu. Drugi od lewej Zdzisław Dziadulski.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Cyrkowa arena w Londynie

Na zawody Pucharu Narodów w Nicei w 1925 r. Dziadulski nie pojechał. Zapytany przez reportera o powody swojej decyzji, odpowiedział: Sprawa bardzo prosta: po pierwsze nie mam gotówki, po wtóre, koniecznem jest, aby i koledzy z innych pułków, wcale nie gorsi ode mnie, mieli możność wykazania swoich sił na konkursach zagranicznych15. Dziadulski szykował się już na czerwcowy wyjazd do Londynu.

Polska drużyna parokrotnie występowała w Wielkiej Brytanii. Pokazy jeździeckie i wystawa koni odbywały się na ogromnym Stadionie Olimpijskim. Mieścił on arenę z widownią na 15 tys. miejsc. W korytarzu znajdowały się dwie duże restauracje, wystawy, filie sklepów, domów towarowych i magazynów sportowych najbardziej luksusowych marek. W wygodnych boksach mieściło się 100 koni. Imponująco bogate wyposażenie stadionu robiło na Polakach ogromne wrażenie.

Królikiewicz opisywał to tak: W takich to nowych dla nas, niejako cyrkowych warunkach na oczach angielskiej publiczności pasjonującej się koniem i sportem jeździeckim we wspaniale udekorowanym gazonami przyjemnie pachnących kwiatów wnętrzu hali – startowaliśmy kilkakrotnie w londyńskich międzynarodowych zawodach konnych w latach 1925–1927, reprezentując z dużym powodzeniem polskie barwy16.

Z każdym kolejnym startem w zawodach Polacy zyskiwali coraz większy rozgłos i uznanie w Wielkiej Brytanii. Któregoś dnia, po licznych konkursach, byli bardzo blisko pobicia gospodarzy i zdobycia najważniejszej zespołowej nagrody – Pucharu Narodów.

Szampan i toasty w Nicei

Zastępy fotoreporterów, tłumy widzów, orkiestra wojskowa, różnobarwne mundury narodów biorących udział w konkursie, kielichy szampana i toasty – tak wyglądało otwarcie zawodów w Nicei w 1926 r. Startowały najlepsze ekipy z Belgii, Hiszpanii, Portugalii, Szwajcarii, Włoch, Francji i Polski. Już w pierwszych dniach konkursu – jak donosiła prasa – polscy jeźdźcy zwrócili na siebie uwagę doskonałą jazdą i elegancją. W sumie zdobyli dziewięć nagród. Dziadulski wykazał się szczególnie podczas konkursu myśliwskiego o Grand Prix Monako, na torze z 22 przeszkodami. Była to – jak twierdził dziennikarz – najładniej zdobyta przez nas nagroda. Początkowo to Włosi prowadzili, Dziadulski zaś dosiadał konia pierwszy raz po stłuczeniu, i to z chorą nogą. Mimo to udało mu się uzyskać lepszy czas17.

Królikiewicz tak oto scharakteryzował styl prowadzenia konia przez swojego przyjaciela: Dziadulski wyróżniał się pewnego rodzaju (w dobrym stylu) nonszalancją, wygodnictwem, niemniej bardzo poprawną sylwetką i jazdą stosowaną raczej dla aplauzu niż na efekt zwycięstwa. Na zdobyciu nagrody mniej mu zależało. Nie zamierzał się ciężko o coś bić18.

W 1926 r. za swe wyczyny sportowe, podniesienie poziomu sportu w wojsku i promocję Polski w świecie Dziadulski został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. W uzasadnieniu wniosku o nadanie mu odznaczenia napisano: Rotmistrz Z. Dziadulski przyjmując udział w międzynarodowych zawodach konnych w Nicei, Rzymie, Neapolu i Mediolanie w 1926 przyczynił się w znacznym stopniu, dzięki swej energii, umiejętności i pracy położonej w dziedzinie sportu konnego, do osiągnięcia wybitnych wyników przez ekipę polską za granicą, gdzie kawalerzyści polscy zyskali sympatię szerokich sfer społeczeństwa we Francji i we Włoszech, przyczyniając się w znacznym stopniu do propagandy Polski za granicą19.

Międzynarodowe Zawody Hippiczne w Berlinie, 1936 r. Pierwszy z prawej mjr Zdzisław Dziadulski.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Puchar Narodów w Niemczech

Prawo organizacji igrzysk w 1936 r. Komitet Olimpijski przyznał Niemcom. Decyzja ta w wielu krajach spotkała się z oburzeniem. Państwo pod przywództwem Hitlera stawało się coraz bardziej totalitarne. Narastały protesty, duża część sportowców i działaczy sportowych rozważała zbojkotowanie imprezy. Obawiano się, że będzie ona propagandową hucpą, mającą potwierdzić wyższość rasy białej nad innymi i wyższość Niemiec nad resztą świata.

Jeszcze przed igrzyskami, zimą 1936 r., odbyły się w Berlinie międzynarodowe zawody konne o Puchar Narodów, w których wzięli udział polscy jeźdźcy. Widownia mogła pomieścić 12 tys. osób. Polska prasa chwaliła sposób oświetlenia hali matowymi lampami, które dawały złudzenie światła naturalnego, „nie rzucając nigdzie cieni od ustawionych przeszkód”. Zbyt mała jak na ówczesną frekwencję okazała się jednak ujeżdżalnia, na której nieustannie panowały hałas i rwetes i która nie dawała możliwości spokojnego rozprężenia koni.

Pokazy trwały przez cały dzień, od szóstej rano do północy, z godzinną przerwą na obiad i dwugodzinną wieczorem. Podłoże areny, pokryte nie trocinami, lecz piaskiem, jest ciężkie przy odskoku, natomiast lądowanie pewne i na ostrych zakrętach koń trzyma równowagę, nie obślizgując się. Przeszkody – dużo malowanych na kolor biały, żółty, zielony, niebieski i naturalny – opisywało czasopismo „Jeździec i Hodowca”20.

Dziadulski uczestniczył w zawodach, lecz w najważniejszym dniu, gdy odbywał się konkurs o Nagrodę Führera i Kanclerza Rzeszy, nie wystartował. Dzień wcześniej naciągnął sobie ścięgno w nodze i nie mógł usiąść w siodle. Zastąpił go na jego koniu por. Stanisław Czerniawski, który nigdy wcześniej nie jechał na Dunkanie i nie był z nim wystarczająco zgrany.

Z walki tej nie wyszliśmy wprawdzie zwycięsko w całem tego słowa znaczeniu, jednak zajęliśmy bardzo zaszczytne drugie miejsce przed Włochami. Zważywszy jeszcze nasz handicap, w postaci losowania czwartego jeźdźca, któremu przypadło jechać na zupełnie nieznanym mu koniu, wynik ten należy uważać za udany21.

Wybuch wojny

Gdy wiosną 1939 r. było już jasne, że wkrótce wybuchnie wojna, przewodniczący Polskiego Komitetu Olimpijskiego płk Kazimierz Glabisz zapewniał: Jeżeli huragan rozszaleje się nad światem, nasz dotychczasowy trud nie będzie syzyfowy, bo przyczyni się do wzmocnienia muru piersi polskich zasłaniających Ojczyznę przed zalewem najeźdźcy22.

Wojsko i sport nieustannie się przeplatały. Słusznie więc płk Glabisz zakładał, że patriotyczne wychowanie naszych olimpijczyków, głęboko zakorzenione poczucie obowiązku, honor i duch rywalizacji każą im chwycić za broń, gdy ojczyzna znajdzie się w potrzebie. Tak też się stało. Od pierwszych dni wojny polscy sportowcy czuli się przede wszystkim żołnierzami, dla których walka w obronie ojczyzny była czymś naturalnym.

Kolejni olimpijczycy otrzymywali karty mobilizacyjne i wstępowali do wojska. Związek Polskich Związków Sportowych w specjalnej odezwie ogłosił, że ojczyzna może liczyć na armię 300 tys. zahartowanych i dobrze przygotowanych sportowców. Armia ta „przywykła do ofiar, wysiłku i trudu i potrafi, gdy zajdzie potrzeba, walczyć o całość naszych granic i wolność do ostatniego tchu”23. Na 311 żyjących wówczas polskich olimpijczyków w kampanii wrześniowej walczyło 124; 40 było zawodowymi wojskowymi, pozostali – rezerwistami lub ochotnikami24.

Również Zdzisław Dziadulski wstąpił w szeregi armii. Otrzymał awans na stopień podpułkownika. We wrześniu 1939 r. został zastępcą dowódcy Warszawskiego Pułku Ułanów. Kierował walkami pułku na Lubelszczyźnie, m.in. w bitwie pod Krasnobrodem. Była to jedna z ostatnich bitew kawalerii w kampanii wrześniowej. Rotmistrz pułku opisywał ją tak: Marsz. Otrzymujemy wiadomość, że Krasnobród zajęty jest przez Niemców. Szyk bojowy. […] Główną kolumnę prowadzi z-ca dowódcy pułku (ppłk Dziadulski). Idziemy szosą, ku rzece, przez szerokie płaskowyże. Nad rzeczką (dość bagnistą i tworzącą stawy) leży Krasnobród. Szosa idzie przez groblę na stawie i most. […] przed Krasnobrodem otrzymaliśmy wiadomość, że straż przednia przeszła groblę i bije się w lesie z Niemcami. Słychać strzały broni ręcznej i maszynowej. Pułk w szykach luźnych wchodzi na płaskowzgórze i zostaje ostrzelany przez artylerię nieprzyjacielską25.

Polakom udało się ukryć przed zmasowanym ogniem karabinów maszynowych i dotarli do pierwszych zagród miasta. Ostatecznie jednak potyczka zakończyła się niemal całkowitą zagładą szwadronu ułanów.

Po napaści Związku Sowieckiego na Polskę i odprawie u dowódcy jednostki nadrzędnej – Kombinowanej Brygady Kawalerii – podjęto decyzję, by drobnymi grupami przedzierać się na Węgry. W drodze na południe Dziadulski w niewyjaśnionych okolicznościach trafił do niewoli sowieckiej. Osadzono go w obozie w Starobielsku. W 1940 r. wraz z innymi jeńcami został przewieziony do gmachu NKWD w Charkowie i rozstrzelany. W Staniszewskiem, dużej wsi na Podkarpaciu, na placu przy szkole znajdują się symboliczna mogiła i Dąb Pamięci płk. Zdzisława Dziadulskiego.

Pułkownik Kazimierz Glabisz, przewodniczący Polskiego Komitetu Olimpijskiego.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Podpułkownik Józef Trepto, dowódca Warszawskiego Pułku Ułanów.
Źródło: domena publiczna

Tablica upamiętniająca polskich olimpijczyków pomordowanych przez NKWD w bazylice katedralnej św. Michała Archanioła i św. Floriana Męczennika w Warszawie.
Źródło: domena publiczna

Przypisy

1 Muzeum Historyczne Krakowa, www.krakowianie1939-56.mhk.pl, dostęp: 29.06.2020 r.; Epitafia katyńskie, odc. 28, player.pl, dostęp: 29.06.2020 r.
2 Dziadulski Zdzisław, https://www.olimpijski.pl/pl/bio/445,dziadulski-zdzislaw.html, dostęp: 29.06.2020 r.
3 Sukcesy kawalerzystów polskich w Nicei, „Żołnierz Polski”, nr 20/1924.
4 Tadeusz Jaworski, O znaczeniu konkursów w Nicei, „Polska Zbrojna”, nr 151/1924.
5 U szwoleżerów, „Stadjon”, nr 23/1925.
6 Nasze triumfy w Lucernie, „Kurjer Poznański”, nr 164/1924.
7 Tamże.
8 Tamże.
9</ Jazda polska w Lucernie, „Stadjon”, nr 29/1924.
10 Tadeusz Jaworski, O znaczeniu konkursów w Nicei.
11 Ryszard Opiatowski, Paryż 1924: w blasku Nurmiego, debiut biało-czerwonych na letnich igrzyskach, https://www.przegladsportowy.pl/igrzyska-olimpijskie/rio-2016/historia-igrzysk-viii-olimpiady-paryz-1924/6zphrqm, dostęp: 29.06.2020 r.
12 Lech Ufel, Wielkie dni VIII olimpiady, „PS Historia” – dodatek do „Przeglądu Sportowego”, nr 35/2019.
13 Tamże.
14 Mjr. Michał Antoniewicz-Woysym, Polska drużyna jeździecka w obliczu Olimpiad, „Jeździec i Hodowca”, nr 10/1939.
15 U szwoleżerów.
16 Adam Królikiewicz, Olimpijska szarża, Warszawa 1991.
17 Nasi kawalerzyści w Nicei, „Stadjon”, nr19/1926.
18 Adam Królikiewicz, Olimpijska szarża.
19 Dziadulski Zdzisław, https://www.olimpijski.pl/pl/bio/445,dziadulski-zdzislaw.html.
20 Adam Królikiewicz, Międzynarodowe zawody konne w Berlinie, „Jeździec i Hodowca”, nr 8/1936.
21 Tamże.
22 Lech Ufel, By żyli wśród nas. Sportowcy walczyli o ten dzień, https://www.przegladsportowy.pl/ps-historia/ii-wojna-swiatowa-historia-polskich-sportowcow-na-sluzbie-or-ps-historia/515tshb, dostęp: 29.06.2020 r.
23 Tamże.
24 Tamże.
25 Bój pod Krasnobrodem. (Relacja rotmistrza I warszawskiego pułku ułanów), „Żołnierz Polski w Drugiej Wojnie Światowej”,
nr 37/1942 r.

Stefan Loth Sportowiec-dżentelmen

Kapitan Stefan Loth.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Należał do starej gwardji sportowców, których wojna uczyła walczyć. Cnoty, które zdobył na polu walki, przeniósł na boisko sportowe. Dawał przykład, jak należy w dżentelmeński sposób walczyć do ostatniego tchu, z ambicją i najwyższą odwagą – pisano we wspomnieniu o Stefanie Lothcie1. Kryształowa postać polskiego sportu, dzielny żołnierz wojny polsko-bolszewickiej, o którego wyczynach bojowych krążyły legendy, zginął na służbie.

Pastor Loth i synowie

Stefan Loth urodził się 28 maja 1896 r. w Grodźcu, w bardzo szanowanej rodzinie ewangelickiego duchownego i działacza społecznego Augusta Lotha. Rodzina przenosiła się wraz ze zmianą miejsca posługi Augusta. Pastor miał czterech synów: Stefana, Jana, Wacława i Wiktora. W 1910 r. został proboszczem parafii Świętej Trójcy w Warszawie. Jak się okazało, rodzina Lothów miała pozostać w stolicy na zawsze. Pastor bardzo wspierał piłkarskie pasje synów, bo sam chętnie włączał się w działalność na rzecz warszawskiego sportu. O pozycji rodziny Lothów w Warszawie świadczy fragment tekstu kabaretowego z pierwszej połowy lat 20.:

Ach, pastor Loth, pastor Loth, mąż co się zwie
Bez niego obejść się
Nie może nikt, nie może, nie
Czy ślub, czy raut, czy śmierć, czy nowy klub
Bez niego, ach, zawiązać się
Nic wszak nie może, nie!
[…]
Czterech aż synów ma,
A każdy, każdy gra!
Ojcowie cni, wierzcie mi
Dla waszych cór mężów wzór2

Wszyscy bracia byli piłkarzami Polonii Warszawa, a ich ojciec od 1919 r. pełnił funkcję prezesa klubu. Stefan i Jan grali na pozycji pomocnika, lecz ten drugi był bardziej wszechstronny – świetnie radził sobie także w ataku i w bramce. Wiktor w styczniu 1921 r. przeszedł do nowo założonej Warszawianki. Był także wiceprezesem tego klubu.

Młodzi Lothowie żyli jednak nie tylko sportem. Uczęszczali do dobrych warszawskich szkół i na studia. Stefan ukończył gimnazjum filologiczne im. Reja. Maturę zdał w Saratowie, po czym otrzymał powołanie do rosyjskiego wojska. Następnie służył w I Korpusie gen. Dowbór-Muśnickiego3. W listopadzie 1918 r. uczestniczył w tworzeniu Legii Akademickiej – formacji wojskowej warszawskich studentów4. Te chwile miały przesądzić o jego dalszym życiu.

Virtuti Militari

Stefan Loth służył w 36. Pułku Piechoty Legii Akademickiej. W 1919 r. jednostka walczyła z Ukraińcami na terenie Galicji. Był to chrzest bojowy dla studentów–żołnierzy. 10 stycznia 1919 r. wkroczyli do Lwowa, lecz powszechny entuzjazm, który temu towarzyszył, nie trwał zbyt długo. Pułk toczył wyczerpujące boje pod miastem i poniósł wielkie straty. Wkrótce młody Loth, niezwykle waleczny na polu bitwy, był jedynym oficerem w dwóch kompaniach karabinów maszynowych. Pułk musiał zostać zreorganizowany5.

Kolejnym wrogiem, z którym przyszło walczyć Stefanowi, byli bolszewicy. Zachowała się relacja z jednej z akcji wywiadowczych z udziałem por. Lotha. Miał on przedostać się na terytorium zajęte przez bolszewików na lewym brzegu Dniestru i zdobyć informacje o ich sytuacji. Wioska, w której stacjonowali Rosjanie, była bardzo silnie obsadzona. Mimo to [Loth] przeprawia się przez nią i przenika na 5 kilometrów wgłąb nieprzyjacielskiego terytorjum. W powrotnej drodze wziął do niewoli placówkę rosyjską w sile 7 ludzi i zdobył 1 karabin maszynowy. Od jeńców uzyskano sporo wiadomości o sile i rozmieszczeniu Rosjan6.

Kolejny raz Stefan odznaczył się w boju po zwycięskiej Bitwie Warszawskiej, w czasie pościgu za bolszewikami. Pod Lachowcami, mimo zdecydowanie przeważających liczebnie sił wroga (Loth miał do dyspozycji zaledwie 80 żołnierzy), zdecydował się zająć ich tabory. Porucznik Loth z częścią oddziału rusza wprost na Hulowce […]. Śmiałem uderzeniem zdobywa część taborów, bierze jeńców i zmusza oddział eskortujący do ucieczki za Horyń. Kiedy zorjentowany wreszcie przeciwnik rusza naprzód, by odbić tabory, porucznik Loth pod osłoną karabinu maszynowego uprowadza zdobycz. Do niewoli wzięto 823 jeńców, w tym kilkunastu oficerów!7 Loth dowodził oddziałem… na leżąco, ze zdobycznej dwukółki, z krwawiącą nogą przestrzeloną w kolanie8. Kilka dni po akcji został uroczyście odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari V klasy9. Otrzymał także Krzyż Walecznych – aż czterokrotnie. Po śmierci Stefana Lotha prasa napisze, że był on „żywą tradycją pułku”10.

Pastor August Loth – ojciec Stefana.
Źródło: domena publiczna

Stefan Loth i Marian Strzelecki (przyszły działacz sportowy i redaktor naczelny „Przeglądu Sportowego”) w mundurach Legii Akademickiej.
Źródło: Robert Gawkowski, Warszawska Polonia. Piłkarze „Czarnych Koszul” 1911-2001

Odznaka 36. Pułku Piechoty Legii Akademickiej, w którym służył Stefan Loth.
Źródło: domena publiczna

Bracia Jan i Stefan Lothowie podczas meczu „Czarnych Koszul” z reprezentacją Tallina, październik 1923 r.
Źródło: Robert Gawkowski, Warszawska Polonia. Piłkarze „Czarnych Koszul” 1911-2001

Stefan Loth (z prawej) podczas jubileuszowego, dwusetnego meczu w barwach Polonii Warszawa, kwiecień 1926 r. Gratulacje składa kapitan Wisły Kraków – Henryk Reyman.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Znaczek 100 lat PZPN.
Źródło: Poczta Polska S.A.

Major Stefan Loth.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Okładka pisma „Stadjon”, nr 27/1927. Na zdjęciu kpt. Stefan Loth – mistrz armii w tenisie.
Źródło: Biblioteka Narodowa

W Polonii i w reprezentacji

Koniec wojny polsko-bolszewickiej okazał się początkiem wielkiej wojskowej kariery Stefana Lotha. W maju 1922 r. został on zweryfikowany w stopniu kapitana ze starszeństwem (z dniem 1 czerwca 1919 r.). Służbę potrafił godzić ze sportowymi pasjami – pomimo rany odniesionej w czasie wojny nie rezygnował z występów w barwach Polonii11. Na boisku radził sobie znakomicie i często współpracował z bratem. Dziennikarze, spisując relacje z meczów, posługiwali się określeniami „Loth I” i „Loth II”, by odróżnić Stefana od Jana (potem pojawiły się również „Loth III” – Wiktor i „Loth IV” – Wacław). Szeroko opisywano braterską akcję w międzymiastowym meczu Praga–Warszawa: Dobrze usposobiony St. Loth prowadzi schwytaną piłkę, J. Loth podbiega, plasuje do bramki. Planicka [bramkarz Czechów – przyp. red.] robinsonuje, a piłka leży już w siatce. Oklaskom publiczności nie ma końca12.

Piłkarze Polonii Warszawa, grudzień 1924 r. Czwarty od lewej stoi Stefan Loth.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

W 1925 r. Stefan zajmował w Polonii pierwsze miejsce pod względem liczby rozegranych meczów (181). Zaledwie pięć spotkań mniej miał na koncie Jan. W roku jubileuszu dziesięciolecia klubu redakcja „Przeglądu Sportowego” w humorystycznym tekście o piłkarzach wskazała, jakie książki mogliby napisać na podstawie swoich doświadczeń. Stefanowi przypisano temat „Przez grę ostrą – do zwycięstwa”13. Był nazywany mózgiem Polonii14. Jego zalety sportowe, jak i wielkie moralne, były dla nas wzorem trudnym do naśladowania. […] To prawdziwy wzór sportowca dżentelmena15.

Wielokrotnie wybiegał na boisko jako kapitan drużyny i wraz z nią dwukrotnie sięgał po tytuł wicemistrza kraju – w 1921 r. i pięć lat później. W kwietniu 1926 r. podczas meczu z Wisłą Kraków zagrał jubileuszowy, dwusetny mecz16. Z czarną koszulą rozstał się po 10 latach gry, w 1929 r. Nie było to jednak pożegnanie ze sportem. Na dwa lata został selekcjonerem reprezentacji Polski (taką funkcję pełnił wówczas tzw. kapitan związkowy PZPN). Sam w kadrze narodowej zagrał tylko raz – w lipcu 1926 r. przeciwko Estonii, był także rezerwowym w historycznym meczu reprezentacji Polski z Węgrami w 1921 r. W latach 30. pełnił funkcję wiceprezesa Polonii.

Reprezentacja Polski w piłce nożnej po przybyciu do Sztokholmu na mecz ze Szwecją, 28 września 1930 r. Pierwszy z lewej (w drugim rzędzie) stoi trener Stefan Loth.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Warto podkreślić, że Stefan Loth był też znakomitym tenisistą. W 1927 r. zdobył mistrzostwo armii; brał udział w meczach międzypaństwowych – również w grze mieszanej, w parze z najlepszą polską tenisistką Jadwigą Jędrzejowską17. Na korcie, tak jak na boisku, był niezwykle szybki. Chwalono go za świetny serwis i smecz18.

Stefan ożenił się z lekkoatletką Polonii Wandą Kwaśniewską. Dziewczyna miała za sobą piękną sportową karierę: 5 tytułów mistrzyni Polski w biegach na krótkich dystansach i w sztafecie oraz 11 rekordów kraju. Małżonkowie dochowali się trójki dzieci: Janinki, Wiesia i Hani. W 1933 r. rodzina Lothów przeżyła tragedię. W wieku zaledwie 33 lat, po długiej walce z gruźlicą, zmarł Janek Loth.

Gen. Gustaw Orlicz-Dreszer (trzeci od lewej), ppłk Stefan Loth (drugi od prawej) i kpt. Aleksander Łagiewski (pierwszy od prawej) na kilka dni przed tragiczną śmiercią. Wizyta w 2. Pułku Lotniczym w Krakowie, lipiec 1936 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Śmierć na służbie

Od 1925 r. Stefan służył w Oddziale Wyszkolenia Dowództwa Okręgu Korpusu Nr I w Warszawie. Cztery lata później był już majorem. Ukończył kurs w Wyższej Szkole Wojennej w Warszawie, po czym otrzymał przydział do Dowództwa 28. Dywizji Piechoty na stanowisko szefa sztabu. Zwieńczeniem kariery oficerskiej była służba w Generalnym Inspektoracie Sił Zbrojnych. Loth został II oficerem sztabu inspektora armii gen. Gustawa Orlicz-Dreszera, a w końcu – szefem jego sztabu. Jako długoletni współpracownik cieszył się ogromnym zaufaniem generała i był uważany za jedną z najbliższych mu osób w armii19.

Często razem podróżowali i nie inaczej było tego dnia – 16 lipca 1936 r. Loth razem z generałem wszedł na pokład samolotu RWD-9, pilotowanego przez kpt. Aleksandra Łagiewskiego. Samolot leciał w kierunku statku MS Piłsudski, którym wracała ze Stanów Zjednoczonych do Polski żona gen. Orlicz-Dreszera – Olga. W pewnym momencie silnik maszyny zaczął pracować nierówno. Pilot próbował wodować lub wylądować na plaży, ale nie udało się to ze względu na podmuch wiatru. Samolot spadł do wody. Akcję ratunkową podjęto natychmiast – ratownicy PCK zanurkowali w poszukiwaniu osób uwięzionych we wnętrzu. Niestety żaden z trzech oficerów nie przeżył katastrofy.

Ceremonię pożegnania gen. Orlicz-Dreszera, ppłk. Lotha i kpt. Łagiewskiego zorganizowano na Oksywiu. Ciało ppłk. Lotha zostało przewiezione do Warszawy, gdzie 21 lipca odbył się pogrzeb. Trumnę nieśli jego przyjaciele z armii, a w kondukcie żałobnym szli przedstawiciele Polonii Warszawa. Stefan Loth został pochowany w rodzinnym grobowcu na cmentarzu ewangelickim. Jeden z warszawskich dzienników napisał: Stefana Lotha już nie ma na świecie. Zginął na posterunku jak sportowiec – i jesteśmy pewni, że śmiało zajrzał w oczy śmierci, podobnie jak bez zmrużenia oka szedł naprzeciw bolszewickim kulom20.


Koloryzacja zdjęć archiwalnych: Anna Marjańska

Nekrolog opublikowany w dzienniku „Polska Zbrojna”, nr 195/1936, s. 6.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Koledzy wynoszą trumnę z ciałem ppłk. Stefana Lotha z kościoła ewangelickiego Świętej Trójcy.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Pogrzeb Stefana Lotha. W czarnym welonie Wanda Kwaśniewska-Loth. W mundurze na pierwszym planie dowódca 36. Pułku Piechoty Legii Akademickiej Stanisław Pelc. Za nim – pastor August Loth. Janina, najstarsza córka zmarłego, z lewej strony w ciemnym berecie. Na pierwszym planie młodsze dzieci: Hania i Wiesio. Hanna po latach będzie kontynuować rodzinne tradycje sportowe: zostanie koszykarką Polonii Warszawa i wielokrotną reprezentantką Polski w meczach międzypaństwowych.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Przedstawiciele klubu Polonia Warszawa w kondukcie żałobnym. Po śmierci Stefana rodzina ufundowała coroczne stypendium dla najzdolniejszego sportowca Polonii. Nagrodę wręczano do 1939 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Przypisy:

1 K.G., Ś.p. Stefan Loth. Kryształowa postać w sporcie polskim, „Dobry Wieczór! Kurjer Czerwony”, nr 197/1936, s. 4.
2 Kibic X, Pierwsza polska szopka sportowa w 3-ch aktach z prologiem, Łódź 1924, s. 11.
3 Tragiczny zgon ś.p. jen. Orlicz-Dreszera, „Kurjer Warszawski”, nr 194/1936, s. 1.
4 J.K., Ś.p. ppłk. dypl. Stefan August Loth – zasłużony i dzielny oficer 36 p.p.L.A., „Polska Zbrojna”, nr 198/1936, s. 3.
5 Stefan Pomarański, Zarys historji wojennej 36-go pułku piechoty Legji Akademickiej, Warszawa 1930, s. 6.
6 Tamże, s. 49.
7 K.G., Ś.p. Stefan Loth, s. 4.
8 J.K., Ś.p. ppłk. dypl. Stefan August Loth, s. 3.
9 Stefan Pomarański, Zarys historji wojennej 36-go pułku piechoty Legji Akademickiej, s. 50.
10 Po tragicznym zgonie, „Gazeta Lwowska”, nr 163/1936, s. 1.
11 K.G., Ś.p. Stefan Loth, s. 4.
12 Praga-Warszawa 3:2 (1:0), „Nasz Przegląd”, nr 212/1925, s. 4.
13 Sp., Wydawnictwa sportowe K.S. Polonia (humor jubileuszowy), „Przegląd Sportowy”, nr 36/1925, s. 8.
14 K.G., Ś.p. Stefan Loth, s. 4.
15 Robert Gawkowski, 11 czarnych koszul. Jerzy Bułanow – moje wspomnienia, Warszawa 2011, s. 46.
16 Piłka nożna, „Stadjon”, nr 15/1926, s. 12.
17 Mecz tenisowy Polska-Węgry, „Stadjon”, nr 24/1929, s. 2.
18 Tennis, „Kurjer Poznański”, nr 309/1929, s. 7.
19 Ś.p. ppłk. dypl. Loth i kpt. pilot Łagiewski, „Gazeta Lwowska”, nr 162/1936, s. 1.
20 K.G., Ś.p. Stefan Loth, s. 4.

Stefan Kostrzewski Bohater na bieżni i na froncie

Stefan Kostrzewski, ok. 1925 r.
Źródło: domena publiczna

Mięśnie naprężone do granic możliwości, stopy unoszą się wysoko nad ziemią, wysportowane ciało wygina się podczas skoku. Na twarzy widać wysiłek i skupienie. Tło wokół jakby niewyraźne, rozmazane, liczy się wyłącznie biegacz w biało-czerwonym stroju, właśnie pokonujący przeszkodę. To Stefan Kostrzewski, jeden z najlepszych polskich lekkoatletów międzywojnia. Zwyciężać uczył się nie tylko na bieżni, ale też na froncie – do Wojska Polskiego wstąpił już jako 16-latek.

Nastoletni ochotnik

Urodził się 4 sierpnia 1902 r. w Łodzi. Od najmłodszych lat uwielbiał się ścigać. Biegał z kolegami na podwórkach, brał udział w ulicznych biegach organizowanych w rodzinnym mieście. Był dobrym uczniem, więc rodzice zapisali go do Państwowego Gimnazjum Humanistycznego Męskiego im. Mikołaja Kopernika. Nastolatkowi trudno jednak było skupić się na nauce, gdy wokół działa się historia. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości 16-letni Stefan wstąpił do Wojska Polskiego. Potem wrócił do szkoły, ale nie na długo. Tuż po swoich 18. urodzinach, jak tysiące jego rówieśników, ochotniczo zgłosił się na front. Wojna z bolszewikami wkraczała właśnie w decydującą fazę1.

Gen. Władysław Sikorski ze sztabem 5. Armii podczas Bitwy Warszawskiej.
Źródło: domena publiczna

Kostrzewski został przydzielony do batalionu zapasowego 28. Pułku Strzelców Kaniowskich. Walczył od 12 sierpnia – m.in. pod Borkowem, które w kluczowych momentach Bitwy Warszawskiej stało się areną walk o przeprawy na Wkrze. Polskim żołnierzom udało się zapobiec sforsowaniu rzeki przez bolszewików. Następnie Stefan wziął udział w bitwie pod Przasnyszem, której celem było odcięcie wrogowi drogi odwrotu. Mimo dużych strat Polacy wygrali. Kolejne ciężkie walki z udziałem Kostrzewskiego miały miejsce pod Chorzelami i Myszyńcem. Osiemnastolatek zakończył udział w wojnie 3 września.

Gen. Władysław Sikorski, dowódca 5. Armii, która w sierpniu 1920 r. broniła Wkry i atakowała prawe skrzydło wojsk bolszewickich, nie miał wątpliwości, jak wielką rolę odegrali w tym czynie ochotnicy: Przez armję [ochotniczą] przeszło około 105.000 ochotników, którzy, wcieleni […] do cofających się pod Warszawę pułków, stworzyli niezawodny cement moralny tych pułków. Wszystkie te świeże oddziały, wysyłane w krytycznym momencie na front, pozwoliły nam opanować tuż przed bitwą warszawską kryzys stanów liczebnych cofających się dywizyj, podniosły ich wartość bojową i przyczyniły się do przechylenia szali zwycięstwa na naszą korzyść2.

Gimnazjum im. Kopernika w Łodzi, które ukończył Stefan Kostrzewski – przedwojenna pocztówka.
Źródło: domena publiczna

Po bitwie pod Chorzelami, w której walczył Stefan Kostrzewski.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Okładka „Kurjera Sportowego”, nr 25/1925. Na zdjęciu Stefan Kostrzewski ustanawia nowy rekord Polski w biegu na 400 m przez płotki.
Źródło: Jagiellońska Biblioteka Cyfrowa

Okładka pisma „Stadjon” z fotografią Stefana Kostrzewskiego, nr 41/1925.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Z ŁKS-u do AZS-u Warszawa

Po powrocie z frontu Stefan Kostrzewski ponownie zasiadł w szkolnej ławie. Jednocześnie oficjalnie został zawodnikiem ŁKS-u Łódź. W 1922 r. ukończył gimnazjum i zapisał się na Wydział Mierniczy Politechniki Warszawskiej. Przeprowadzka do stolicy oznaczała także zmianę klubu – na AZS Warszawa jesienią 1923 r. Jeszcze jako zawodnik ŁKS zdobył swój pierwszy tytuł mistrza Polski w biegu na 5000 m (w sumie mistrzostwo zdobył aż 27 razy).

Kostrzewski bardzo profesjonalnie podchodził do swojego rozwoju. Ponieważ polska lekkoatletyka wciąż dopiero raczkowała, interesował się zagranicznymi metodami treningowymi. Tak został… koszykarzem – zimą, zamiast biegać na otwartej przestrzeni, trenował na boisku. Dziennikarze byli zachwyceni i nazwali Stefana wzorem wytrwałej i planowej pracy3.

W AZS-ie Kostrzewski staje się jednym z filarów, jako zawodnik nie tylko znakomity, ale przede wszystkiem gotowy startować zawsze i we wszelkich specjalnościach, gdy tylko klub tego będzie potrzebować. Ta ofiarność dla swych barw zrobiła z niego biegacza „all round” – pisał „Kurjer Sportowy”4.

W czerwcu 1924 r. Stefan zwyciężył w mistrzostwach Warszawskiego Okręgowego Związku Lekkiej Atletyki i ustanowił nowy rekord Polski na 800 m. Był to początek kariery multirekordzisty kraju – łącznie Kostrzewski bił rekordy aż54 razy. W roku 1924 wspólnie z kolegami z AZS-u został również mistrzem Polski w sztafetach 4 × 100 oraz 4 × 400 m. Dziennikarze sportowi okrzyknęli go bohaterem, bo na tle innych zawodników znacząco wyróżniał się talentem i formą5. Nic dziwnego, że został wytypowany do wyjazdu na igrzyska olimpijskie w Paryżu – pierwsze w historii niepodległej Polski.

Drużyna nasza nie jedzie po zwycięstwa, gdyż są one wprost niemożliwe, jednakże życzymy Jej, aby na igrzyskach przedstawiła się z jak najlepszej strony – pisał po wyjeździe lekkoatletów jeden z dziennikarzy. – Niech członkowie Jej pokażą całemu światu, że są sportsmenami par excellence i niech pamiętają o tym, że reprezentują przed oczami całego świata nie swoje kluby, lecz cały polski świat sportowy6.

Polscy biegacze faktycznie nie odnieśli znaczących sukcesów. Kostrzewskiemu poszło stosunkowo najlepiej (choć i tak odpadł w przedbiegach). Co jednak ważne, wywiózł z Francji cenne doświadczenia – mógł się przyglądać, jak trenują najlepsi na świecie, i poczuć atmosferę wielkiej imprezy sportowej. Na akademickich mistrzostwach świata, które odbyły się w roku olimpijskim w Warszawie, został multimedalistą. Nie miał sobie równych na dystansie 800 m, zwyciężał także w sztafecie.

Obraz Wacława Piotrowskiego Na płotku, 1928 r. Olej na płótnie.
Źródło: Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie

Żywa reklama Polski z blond czupryną

Druga połowa lat 20. to pasmo sukcesów Kostrzewskiego. Wielokrotnie zdobywał tytuł mistrza kraju, pojawiał się również w czołówce plebiscytu „Przeglądu Sportowego”. Znakomity talent fizyczny połączony z pełnowartościową konstrukcją moralną daje harmonijny typ dodatni sportowca o wysokiej technice, wybitnej ambicji i pracowitości – pisała prasa sportowa7. Komplementowano ładny styl biegu Kostrzewskiego, jego długi krok, sportową ambicję, szybkość i wytrzymałość. Młodzieniec z „płową czupryną”, jak opisywali sprawozdawcy, niewątpliwie był w światowej czołówce czterystumetrowców8.

Występy Kostrzewskiego w lekkoatletycznych meczach międzynarodowych, podczas których ścigał się jak równy z równym ze znakomitymi Czechami, Węgrami czy Niemcami, były postrzegane jako wspaniała reklama polskiego sportu. W 1927 r. Stefan pojechał na mityng lekkoatletyczny na Węgry i – niespodziewanie dla gospodarzy – odniósł trzy zwycięstwa. Węgierscy trenerzy byli zaskoczeni wynikiem Polaka, który wydawał się człowiekiem znikąd. A on ze śmiechem przekonywał, że do Polski jedzie się tylko 21 godzin, a nie 3 dni, my też mamy dobre boiska, i niektóre rekordy lepsze niż Węgry. Kostrzewski podbił serca gospodarzy i okazał się duszą towarzystwa9.

Był pewniakiem na igrzyska olimpijskie w Amsterdamie. Pewnie dlatego malarz Wacław Piotrowski uczynił go jednym z bohaterów swoich obrazów wysłanych na Olimpijski Konkurs Sztuki i Literatury 1928 (bohaterką drugiego dzieła była Halina Konopacka). Piotrowski malował Kostrzewskiego na podstawie zdjęcia wykonanego przez znanego fotoreportera Jana Rysia i opublikowanego na okładce tygodnika „Stadjon”. Znawcy sztuki doszukują się w płótnie wielu znaczeń i metafor. Doskonała, wysportowana sylwetka oznacza siłę i zdrowie oraz piękno sportu10. Biało-czerwona postać pokonująca płotek może też symbolizować Polskę – młody, odradzający się kraj, który pokonuje kolejne przeszkody na drodze do rozwoju. Dla każdego, kto znał wojenny życiorys bohatera obrazu, właśnie druga z metafor musiała wybrzmiewać silniej.

Okładka tygodnika „Stadjon” ze zdjęciem Stefana Kostrzewskiego, nr 35/1927.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Afisz z 1931 r.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Janusz Kusociński i Stefan Kostrzewski w czasie zawodów lekkoatletycznych w Warszawie, sierpień 1931 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Mecz lekkoatletyczny AZS Warszawa – BSC Berlin. Pierwszy z lewej Stefan Kostrzewski. Warszawa, maj 1934 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Gmach Instytutu Geologicznego, w którym pracował Stefan Kostrzewski.
Źródło: domena publiczna

Olimpijczyk – intendent

W 1928 r. dziennikarze zachwycali się techniką biegu Polaka przez płotki, choć jednocześnie wskazywali, że Kostrzewski, mężczyzna stosunkowo drobnej postury, musi rywalizować z Amerykanami i zawodnikami z Europy Zachodniej o potężnych sylwetkach11. Stefan wystąpił w trzech konkurencjach: biegu na 400 m i sztafecie 4 × 400 m (w obu odpadł w przedbiegach) oraz biegu na 400 m przez płotki – tu dotarł do półfinału. Długo prowadził w biegu półfinałowym, jednak pod koniec trasy stracił siły. Jak później tłumaczył, po wyczerpującym przedbiegu miał zbyt mało czasu, by się zregenerować12.

Mimo to był zadowolony z wyjazdu do Amsterdamu. Po raz pierwszy w życiu miałem okazję widzieć biegających przez płotki asów, do tej pory gdziekolwiek byłem, zawsze sam byłem uczestnikiem – opowiadał w wywiadzie dla tygodnika „Stadjon”13. Na igrzyskach zawarł też nowe znajomości – jego serdecznym przyjacielem został mistrz olimpijski w biegu przez płotki, brytyjski lord David Burghley. Jak pokazała historia, znajomość ta odegrała dużą rolę w życiu Stefana.

Oczywiście przyjaciół miał Kostrzewski również w czołówce polskich lekkoatletów. Należeli do nich Halina Konopacka i Janusz Kusociński, a także Jadwiga Wajsówna i Maria Kwaśniewska. Dwie ostatnie także pochodziły z Łodzi lub okolic i tam zaczynały swoją karierę sportową.

Jak większość ówczesnych polskich sportowców, ambitny biegacz musiał sam zarabiać na utrzymanie. Przez wiele lat pracował jako intendent w Instytucie Geologicznym14. W latach 30. wciąż z sukcesami godził życie zawodowe ze sportowym, zdobywając tytuły mistrza i wicemistrza kraju na różnych dystansach. Po raz ostatni – w 1937 r., w wieku 35 lat.

Międzynarodowe zawody lekkoatletyczne w Antwerpii, czerwiec 1932 r. Pierwszy z lewej siedzi Stefan Kostrzewski, następnie – lord David Burghley i Antoni Maszewski.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Zawody na Stadionie Wojska Polskiego im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Warszawie, sierpień 1934 r. Stefan Kostrzewski przejmuje pałeczkę od Kazimierza Kucharskiego w biegu sztafetowym.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Wojna i emigracja – a w sercu ŁKS

Gdy Niemcy zaatakowały Polskę 1 września 1939 r., Kostrzewski brał udział w wojnie obronnej. Walczył w stopniu podporucznika w 1. Pułku Piechoty Legionów. Po klęsce wydostał się z kraju i wstąpił do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Walczył pod Narwikiem, uczestniczył w inwazji aliantów w Normandii. Został odznaczony Krzyżem Walecznych, a udział w wojnie zakończył w stopniu kapitana w 9. Batalionie Strzelców Flandryjskich w ramach 1. Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka.

Po wojnie, nie widząc możliwości powrotu do kraju, został w Anglii. Tam odwiedził swojego przyjaciela z igrzysk w Amsterdamie – lorda Burghleya. Ten, zdając sobie sprawę z trudnej sytuacji polskiego oficera, zaproponował mu pracę zarządcy w swojej podlondyńskiej posiadłości. Dodatkowo zgodził się wesprzeć ukochany, pierwszy klub Kostrzewskiego – ŁKS Łódź, którego piłkarze po wojnie właśnie zaczynali się sposobić do ligowej walki. Do Łodzi trafił transport ze sprzętem sportowym. Kiedy na stadion przy al. Unii dotarła przesyłka z Anglii, radość w klubie nie miała końca. W czasach, w których brakowało w Polsce wszystkiego, lekkoatleci i piłkarze Łódzkiego Klubu Sportowego mieli najlepszy sprzęt w kraju!15 – pisał „Dziennik Łódzki” blisko siedem dekad później.

Wkrótce Kostrzewski wyjechał do kanadyjskiej prowincji Ontario, gdzie zaczął prowadzić własną farmę. Ożenił się z Kazimierą Jastrzębską, przedwojenną nauczycielką matematyki w Gimnazjum im. Królowej Jadwigi w Warszawie16. Postanowił wrócić do wyuczonego zawodu i zatrudnił się w wydziale architektury miejscowości Galt (obecnie część miasta Cambridge)17. Zmarł tam cztery lata po swojej żonie, 24 lutego 1999 r. Został pochowany na miejscowym cmentarzu18.

Wiadomo, że do śmierci kibicował ŁKS-owi. W 1958 r. przesłał telegram z okazji 50-lecia klubu, a kiedy w 1998 r. łódzcy piłkarze zostali mistrzami Polski, zadzwonił z gratulacjami. Klub odwzajemnił mu się pamięcią – w rocznicę zdobycia pierwszego tytułu mistrza Polski przez Stefana Kostrzewskiego na jego nagrobku pojawiły się biało-czerwone znicze i klubowy szalik19.


Koloryzacja zdjęć archiwalnych: Anna Marjańska

Odznaka 1. Pułku Piechoty Legionów, w którym w czasie
II wojny światowej walczył Stefan Kostrzewski.
Źródło: domena publiczna

Sztandar 9. Batalionu Strzelców Flandryjskich, w którym służył Stefan Kostrzewski.
Źródło: domena publiczna

Przypisy:

1 Marek Kondraciuk, 90 lat od zwycięstwa Stefana Kostrzewskiego z ŁKS. Wbiegł do historii Łodzi na Agrykoli, https://dzienniklodzki.pl/90-lat-od-zwyciestwa-stefana-kostrzewskiego-z-lks-wbiegl-do-historii-lodzi-na-agrykoli/ar/975717, dostęp: 15.06.2020 r.
2 Władysław Sikorski, Nad Wisłą i Wkrą: studjum z polsko-rosyjskiej wojny 1920 roku, Lwów 1928, s. 15.
3 E.F., Zwycięstwo pracy, „Stadjon”, nr 23/1924, s. 13.
4 Galerja naszych mistrzów. Stefan Kostrzewski, „Kurjer Sportowy”, nr 39/1925, s. 13.
5 Lekko-atletyczne Mistrzostwa Polski, „Stadjon”, nr 38/1924, s. 16.
6 aa, Życie sportowe, „Kurjer Wileński”, nr 1/1924, s. 4.
7 J. Szyszko, Średniodystansowcy naszą chlubą, „Stadjon”, nr 32/1926, s. 5.
8 J. Szyszko-Bohusz, Jak Niemiec Trossbach skapitulował przed Kostrzewskim, „Stadjon”, nr 27/1927, s. 11; Czechosłowacja-Polska, „Stadjon”, nr 38/1927, s. 9.
9 Stk., Jubileusz M.A.F.C. w Budapeszcie, „Stadjon”, nr 23/1927, s. 14.
10 Przemysław Stróżek, Wacław Piotrowski, obrazy sportowe: „Na płotku” i „Portret Haliny Konopackiej”, https://culture.pl/pl/dzielo/waclaw-piotrowski-obrazy-sportowe-na-plotku-i-portret-haliny-konopackiej, dostęp: 23.06.2020 r.
11 W. Kwast., Po mistrzostwach, „Stadjon”, nr 37/1928, s. 11.
12 Otwarcie lekkoatletycznej olimpiady, „Stadjon”, nr 32/1928, s. 4.
13 Z. Weiss, Lekkoatleci o sobie, „Stadjon”, nr 33/1928, s. 15.
14 Marek Kondraciuk, 90 lat od zwycięstwa Stefana Kostrzewskiego z ŁKS. Wbiegł do historii Łodzi na Agrykoli, https://dzienniklodzki.pl/90-lat-od-zwyciestwa-stefana-kostrzewskiego-z-lks-wbiegl-do-historii-lodzi-na-agrykoli/ar/975717, dostęp: 23.06.2020 r.
15 Tamże.
16 Kostrzewski Stefan Franciszek (1902–1999) [w:] Bogdan Tuszyński, Henryk Kurzyński, Leksykon olimpijczyków polskich. Od Chamonix i Paryża do Soczi 1924–2014, wyd. 3 popr. i uzup., Warszawa 2014, s. 454.
17 Tamże.
18 Nekrolog w „The Globe and Mail”, za: https://www.legacy.com/obituaries/theglobeandmail/obituary.aspx?n=stefan-kostrzewski&pid=189705180, dostęp: 23.06.2020 r.
19 Marek Kondraciuk, 90 lat od zwycięstwa Stefana Kostrzewskiego z ŁKS.

Karol Rómmel Pułkownik, malarz, aktor i olimpijczyk

Karol Rómmel, podpułkownik kawalerii Wojska Polskiego, 1934 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Karol Rómmel (1888–1967) – podpułkownik kawalerii Wojska Polskiego, jeździec i trzykrotny olimpijczyk (Sztokholm 1912, Paryż 1924, Amsterdam 1928). Brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej i wojnie obronnej 1939 r., był więźniem obozów w Dachau i Mauthausen. Kawaler Orderu Wojennego Virtuti Militari (1921). Interesował się malarstwem, wystąpił też w kilku filmach (m.in. w Lotnej w reżyserii Andrzeja Wajdy).

Rzym, 1 lutego 2014 r., spotkanie papieża Franciszka z polskimi biskupami (wizyta ad limina apostolorum). W tle rozmów o polskim Kościele papież wspomina, że oglądał kiedyś film Andrzeja Wajdy. Nie może sobie przypomnieć tytułu, ale kojarzy, że w filmie „zawody konne wygrał ksiądz”. Okazuje się, że chodzi o Lotną z 1959 r., w której w postać księdza wcielił się Karol Rómmel – jeden z najznakomitszych jeźdźców w historii polskiej kawalerii. Na prośbę Wajdy film z włoskimi napisami trafia do Watykanu.

***

Zamiłowanie do jazdy konnej ppłk. Rómmel zdradzał od najwcześniejszej młodości. Jeździć zaczął, mając zaledwie lat 6, dosiadając na oklep spokojniejszych koni obozu ćwiczebnego artylerji w Graniach pod Wilnem, gdzie ojciec jego był komendantem1 – pisał w 20. rocznicę występu Karola Rómmla na igrzyskach olimpijskich w Szwecji tygodnik „Jeździec i Hodowca”.

Przyszły pułkownik urodził się 22 maja 1888 r. w Grodnie jako syn generała rosyjskiej armii Alfonsa oraz Marii z Marcinkiewiczów. W 1906 r. ukończył korpus kadetów w Odessie, a dwa lata później – Pawłowską Junkierską Szkołę Piechoty w Petersburgu. Już jako oficer rosyjskiej armii zdobył także dyplom Akademii Sztuk Pięknych w Petersburgu.

Gdy miał 22 lata, po raz pierwszy zdecydował się na udział w konkursie hippicznym, organizowanym w mieście nad Newą. Zgłosił się ze swoją klaczą Marią Stuart. Młody sportsman był wówczas tego przeświadczenia, że konkurs hippiczny nie jest trudny do wygrania, należy tylko jechać śmiało i ostro. Tak też uczynił. Rezultat był opłakany2.

Koń rozbił wszystkie przeszkody, a zawodnik musiał się gęsto tłumaczyć przed komisją konkursową. Jurorzy zwrócili mu uwagę, że bez odpowiedniego przygotowania nie należy się zgłaszać do publicznych występów. Rómmel mocno przejął się krytyką i postanowił z uwagą śledzić styl jazdy zawodników, którzy odnosili sukcesy. Zafascynowała go szczególnie włoska technika skoków konnych, oparta na wzajemnym zaufaniu i naturalnej równowadze między jeźdźcem a koniem.

Udało mu się okazyjnie kupić konia, „wybrakowanego […], łykawego wałacha” – jak pisano w prasie. Bez żadnego instruktora i wiedzy, polegając wyłącznie na obserwacjach, zaczął doskonalić swoje umiejętności. Szybko się okazało, że kierunek działań był słuszny – już rok po spektakularnej porażce Rómmel na swoim koniu Ziabliku zwyciężył w zawodach w Petersburgu. Wiosną 1912 r. udało mu się pobić rekord skoku na szerokość na krytej ujeżdżalni. Zawodnik zaczął zyskiwać popularność, co poskutkowało kwalifikacją do rosyjskiej ekipy na igrzyska olimpijskie w Sztokholmie w 1912 r., mimo że Rómmel służył w piechocie, a nie w kawalerii. Wcześniej otrzymał nawet propozycję dołączenia do kawalerzystów, jednak odrzucił ją ze względu na dobre stosunki z kolegami.

Start w igrzyskach zapowiadał się doskonale. Wszystko wskazywało na to, że Rómmel stanie na podium i pokona 30 rywali w skokach przez przeszkody. Niestety na ostatnim rowie Ziablik poślizgnął się i przygniótł jeźdźca. Publiczność, wśród której zasiadał sam król Szwecji Gustaw V, zamarła z przerażenia. Pechowy olimpijczyk nadludzkim wysiłkiem zdołał wydostać się spod konia i ponownie na niego wspiąć. Przyciskając dłoń do piersi Rómmel ukończył przejazd, po czym natychmiast nieprzytomny osunął się na ziemię3.

W szpitalu lekarze zdiagnozowali złamanie sześciu żeber. Rannego zawodnika ostatecznie sklasyfikowano na dziewiątym miejscu, jednak jego męstwo zostało zauważone. Za odważną postawę Gustaw V odznaczył jeźdźca repliką złotego medalu. Co ciekawe, Białorusini uważają Rómmla – urodzonego w Grodnie – za swojego pierwszego olimpijczyka w historii.

Gdy wybuchła I wojna światowa, Rómmel miał stopień rotmistrza, zakończył ją już w randze pułkownika carskiej armii. Wraz z odzyskaniem niepodległości przez Polskę zdecydował się służyć swojej ojczyźnie. W 1919 r. wstąpił do Wojska Polskiego. Otrzymał funkcję instruktora skoków w szkołach oficerskich, m.in. w Przemyślu i Grudziądzu. Rok później powierzono mu szkolenie zawodników polskiej reprezentacji na igrzyska w Antwerpii. Przygotowania szły pełną parą, 4 lipca w Warszawie rozegrano eliminacje jeździeckie, w których zwyciężył Adam Królikiewicz. W tle kompletowania kadry na sile przybierał jednak konflikt z bolszewikami. Sportowcy zamiast do Belgii zostali wysłani na front. Karol Rómmel ze swoimi jeźdźcami wszedł w skład 1. Dywizji Jazdy. Następnie objął dowództwo 8. Pułku Ułanów, został ranny pod Artasowem, po okresie rekonwalescencji wrócił do swojego pułku i dowodził nim do końca grudnia 1920 roku4. Za zasługi podczas wojny 1920 r. został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari.

Grupa oficerów kawalerii – w środku ppłk Karol Rómmel.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe (reprodukcja zdjęcia Narcyza Witczaka-Witaczyńskiego)

Po zawieszeniu broni objął funkcję zastępcy dowódcy 1. Pułku Szwoleżerów, w którym uczył oficerów jeździectwa – co sprawiło, że w kolejnych latach członkowie pułku wygrywali niemal wszystkie zawody hippiczne w Warszawie. Rómmlowi powierzono także przygotowanie polskiej reprezentacji na igrzyska olimpijskie w Paryżu w 1924 r. Choć sam wrócił bez medalu, jego podopieczny Adam Królikiewicz wywalczył brąz.

Akademia Sztuk Pięknych w Petersburgu, którą ukończył Karol Rómmel.
Źródło: domena publiczna


Fragmenty artykułu w tygodniku „Jeździec i Hodowca”, nr 41/1932, poświęconego Karolowi Rómmlowi.
Źródło: Śląska Biblioteka Cyfrowa

Ceremonia otwarcia igrzysk w Sztokholmie – reprezentacja Rosji.
Źródło: domena publiczna

Znaczek pocztowy 80 lat toru Służewiec.
Źródło: Poczta Polska S.A.

Podopieczny Karola Rómmla, Adam Królikiewicz – pierwszy polski medalista olimpijski w konkurencji indywidualnej.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Wywiad z Karolem Rómmlem w czasopiśmie „ABC” przed Pucharem Narodów w Nicei w 1928 r.
Źródło: Biblioteka Narodowa

W 1925 r. podjęto decyzję o wysłaniu polskiej ekipy na międzynarodowe zawody w Nicei. Oficerowie mieli zaledwie dwa miesiące na przygotowania, a ich konie znacząco różniły się od wierzchowców, których dosiadali reprezentanci Francji czy Portugalii. Mimo to 26 kwietnia 1925 r. ekipa, w skład której wszedł Rómmel, wywalczyła pierwszy dla Polski Puchar Narodów. Nigdy wcześniej jedna drużyna nie zdobyła tak miażdżącej przewagi nad pozostałymi. Był to właściwie prawdziwy sportowy pogrom. Pięciu polskich jeźdźców zdobyło łącznie zawrotną sumę 22 700 franków – o pięćdziesiąt więcej niż jedenastu Francuzów5.

Po raz kolejny po Puchar Narodów Polacy sięgnęli w Nowym Jorku w 1927 r. Droga za ocean nie była łatwa. Przyjechaliśmy niesłychanie zmęczeni – relacjonował gazecie „Gość Świąteczny” Rómmel. – 10 dni podróży morzem, z tego 5 dni wielkiej burzy, o której mówił kapitan okrętu, że nie pamięta tak silnego orkanu od 10 lat. Skutki podróży w wysokim stopniu odbiły się na koniach6.

Polska reprezentacja cieszyła się w USA ogromną popularnością. Oprócz ekipy polskiej nie reklamowano żadnych innych. W dzielnicy nowojorskiej […] w ciągu całego trwania konkursów wyświetlano następującą reklamę: „Idź do Stadjonu na Międzynarodowe Konkursy Hippiczne zobaczyć najlepszych jeźdźców świata – Polaków”. Odpocząć mogliśmy dopiero po skończonych konkursach. Wyjechaliśmy do Waszyngtonu, gdzie zostaliśmy przyjęci nader gościnnie przez prezydenta Stanów Zjednoczonych – opowiadał Rómmel w „Gościu Świątecznym”.

Nowojorski dziennik „The World” donosił: Polska osiągnęła […] oszałamiający triumf, gdy trzej jej synowie i trzy jej prześliczne konie brali przeszkody, mając za współzawodników najlepszych jeźdźców i najlepsze konie Francji, Stanów Zjednoczonych i Kanady […]. Tę swobodę, z jaką ppłk Karol Rómmel, jadąc na „Fagasie”, wspaniałym gniadym wałachu, prześlizgiwał się ponad dziewięcioma przeszkodami bez odłupania jednej chociaż drzazgi, widzieliśmy później, gdy rtm. Michał Antoniewicz wypuścił swego kasztana „Redgledta”7.

Międzynarodowy Konkurs Hippiczny w Nicei w 1925 r. – ppłk Karol Rómmel pokonuje przeszkodę na koniu „Rewcleefie”.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Sukcesy ppłk. Rómmla doceniali jednak przede wszystkim rodacy. Każdy powrót z zagranicznych zawodów wiązał się z gorącym powitaniem tłumów. W 1927 r. jeździec głosami czytelników „Przeglądu Sportowego” zdobył drugie miejsce na najlepszego sportowca w Polsce. Wyprzedziła go tylko Halina Konopacka, a różnica głosów wynosiła zaledwie 514.

W 1928 r. reprezentacja znad Wisły stanęła do boju o Puchar Narodów w Nicei. Otwarcie się przyznam, że z przygotowania do konkursów niezupełnie jestem zadowolony – stwierdził Rómmel w prasie. Jak mówił, połowa zawodników nie miała doświadczenia w zawodach zagranicznych. Dodał też: Na 18 koni, które wysyłamy do Nicei, tylko trzy były zagranicą, pozostałe 15 jest zupełnie świeżych8.

Pierwsze dni zawodów rzeczywiście nie napawały optymizmem, co barwnie obrazuje komentarz w „Kurjerze Poznańskim”: Jakoś, psia kość, w tym roku na hippicznych konkursach w Nicei nie dopisywało nam szczęście […]. Codzień się czytało: Królikiewicz czwarty, Rómmel siódmy […]. Aż się serce krajało, bo takeśmy już przywykli do hippicznych triumfów, że każde niepowodzenie to teraz jak otwarta rana. Wreszcie wczoraj mi ulżyło na duszy, gdym przeczytał: Przy bardzo mocnej konkurencji 7 państw […] puchar narodów wygrała drużyna polska9.

Podczas letnich igrzysk olimpijskich w Amsterdamie w 1928 r. polscy jeźdźcy zdobyli dwa medale: srebrny w drużynowym konkursie skoków i brązowy w zespołowym Wszechstronnym Konkursie Konia Wierzchowego. Do wywalczenia drugiego krążka przyczynił się Rómmel, który startował wspólnie z Michałem Woysymem-Antoniewiczem i Józefem Trenkwaldem.

Polska ekipa na Międzynarodowe Zawody Hippiczne o „Puchar Narodów” w Nowym Jorku z wizytą u Prezydenta RP Ignacego Mościckiego. Podpułkownik Karol Rómmel stoi pierwszy od lewej.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Brązowy medal Igrzysk Olimpijskich w Amsterdamie.
Źródło: domena publiczna

Międzynarodowe Zawody Hippiczne w Berlinie, styczeń 1935 r. Karol Rómmel na koniu Aliant.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

IV Jeździeckie Mistrzostwa Polski na hipodromie w Łazienkach Królewskich w Warszawie, październik 1934 r. Podpułkownik Karol Rómmel w skoku przez przeszkodę.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Zwyciężczyni berlińskiego „Wyścigu Amazonek” baronowa Maria Rómmel (żona ppłk. Karola Rómmla) z klaczą Saharą, luty 1939 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Grób Marii i Karola Rómmlów.
Źródło: domena publiczna

W latach 1922-1929 Rómmel zwyciężał w wielu prestiżowych konkursach międzynarodowych, m.in. w Rzymie, Paryżu, Berlinie, Londynie, Fontainebleau i Lucernie. W roku 1931 na koniu Caraibe brał udział w sławnej gonitwie Wielka Pardubicka. Niestety nie ukończył trasy – zaliczył trzy upadki, a później zwierzę odmówiło współpracy. Rómmel był mistrzem Polski w 1935 r. na klaczy Saharze i w 1937 r. na wałachu Dyngusie. Drugi z koni przyczynił się do ustanowienia rekordu Polski w skoku na wysokość w 1939 r. (198 cm). Pułkownik miał wówczas 51 lat! Rok wcześniej wydał książkę Zaprawa i jazda wyścigowa – praktyczne wskazówki zaprawy konia do wyścigów z przeszkodami i biegów na przełaj, którą własnoręcznie zilustrował.

Wybuch II wojny światowej nastąpił w czasie, kiedy ppłk Rómmel już od dziewięciu lat przebywał w stanie spoczynku – w który przeszedł wcześnie, jako 41-latek, po konflikcie z przełożonymi. Był więziony w niemieckich obozach koncentracyjnych Dachau i Mauthausen. Udało mu się przeżyć.
Po 1945 r. Rómmel odwiedzał ośrodek Stado Ogierów w Bogusławicach (województwo łódzkie). Podczas którejś z wizyt podarował Stadu kilka swoich akwareli przedstawiających konie i jeźdźców. Jak wspominają pracownice ośrodka, obrazy cieszyły się zainteresowaniem: Kiedyś do Bogusławic przyjechał Wilhelm Karol Rómmel junior, syn Karola. Też był malarzem. Chciał skopiować akwarele ojca i sześć zachowanych w Stadzie prac pożyczył do domu. Po jakimś czasie wróciły z powrotem na ścianę10.

Po wojnie Karol Rómmel zamieszkał w okolicach Pruszcza Gdańskiego. Założył gospodarstwo i zajmował się hodowlą koni, był także trenerem w Jeździeckim Ludowym Klubie Sportowym w Sopocie. Pracował również w filmie – jako konsultant reżyserów realizujących sceny batalistyczne i aktor niezawodowy (Lotna, Krzyżacy, Milczenie i Tarpany). Krzyżacy okazali się szczególnym wyzwaniem: W filmie „zagrało” cztery tysiące koni i tyle samo prawdziwych ułanów. Wcześniej widzieli się podczas wojny! Padali sobie w ramiona i płakali! Sceny bitew układał Karol Rómmel, słynny jeździec11.

Ostatni sportowy triumf Rómmla to pokonanie ponad 50 rywali podczas ogólnopolskich zimowych zawodów konnych w Zakopanem. Jeździec zwyciężył, choć miał wówczas 69 lat.

Karol Rómmel zmarł w 1967 r. i razem z drugą żoną spoczął na Cmentarzu Centralnym Srebrzysko w Gdańsku-Wrzeszczu.

Dla oceny ppłk. Rómmla, jako jeźdźca, przypomnę tylko, że nieżyczliwi nam Niemcy, a dobrze znający ten przedmiot, uważali go za championa świata – pisał autor wspomnienia o podpułkowniku w gazecie „Jeździec i Hodowca”. – Nigdy właściwie nie miał żadnego instruktora […]. Do tej doskonałości, jaką osiągnął, doszedł wyłącznie swym samorodnym talentem, obserwacją i pracą. Toteż wśród jeźdźców nosi aureolę mistrza, która niech mu będzie osłodą za znojną pracę12.


Koloryzacja zdjęć archiwalnych: Anna Marjańska

Karol Rómmel na planie filmu Krzyżacy.
Źródło: Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny

Przypisy:

1, 2 M. Petruczenko, Pierwsza dama II Rzeczypospolitej – Haliny Konopackiej zwycięstwa, romanse i dramaty, „Przegląd Sportowy”, www.przegladsportowy.pl/magazyn-przegladu-sportowego/halina-konopacka-historia-naszej-wybitnej-lekkoatletki/m7em6y5, 12 maja 2017 r. [data dostępu: 27 marca 2018 r.].
3 C. Korycki, 10 fenigów na Legię czy Polonię, czyli 100 lat bukmacherów w Polsce, rozmowa z Robertem Gawkowskim, sport.tvp.pl/30968033/10-fenigow-na-legie-czy-polonie-czyli-100-lat-bukmacherow-w-polsce, 28 maja 2017 r. [data dostępu: 27 marca 2018 r.].
4, 5 P. Lisiewicz, Chcę w wielką uciec przestrzeń, „Nowe Państwo”, www.panstwo.net/3431-chce-w-wielka-uciec-przestrzen [data dostępu: 27 marca 2018 r.].
6 S. Koper, Królowe salonów II RP, Czerwone i Czarne, Warszawa 2015, s. 286, 301.
7 W. Malesa, Olimpijka, poetka, malarka, Polskie Radio, 11 sierpnia 2012 r. [data odsłuchania na stronie internetowej Polskiego Radia: 27 marca 2018 r.].
8 Księga olimpijskich wspomnień – fenomen Haliny Konopackiej. O złotej medalistce opowiada dziennikarka Kazimiera Muszałówna, Polskie Radio [data odsłuchania na stronie Polskiego Radia: 27 marca 2018 r.].
9 M. Petruczenko, op. cit.
10 S. Koper, op. cit., s. 286.
11 Pierwsze wieści z Amsterdamu, „Przegląd Sportowy”, nr 31, 29 lipca 1928 r., s. 1.
12 M.S., Sztandar Polski na maszcie olimpijskim, „Przegląd Sportowy”, nr 33, 5 sierpnia 1928 r., s. 2.
13 J. Grabowski, Dwa triumfy Polski na Olimpjadzie, „Przegląd Sportowy”, nr 33, 5 sierpnia 1928 r., s. 1.
14 M.S., Sztandar Polski na maszcie olimpijskim, „Przegląd Sportowy”, nr 33, 5 sierpnia 1928 r., s. 2.
15 P. Lisiewicz, op. cit.
16 Kongresy olimpijskie, „Przegląd Sportowy”, nr 32, 1 sierpnia 1928 r., s. 3.
17 M. Petruczenko, op. cit.
18 P. Lisiewicz, op. cit.
19 S. Cenckiewicz, Ocalić polskie złoto!, „Uważam Rze Historia”, www.historia.uwazamrze.pl/artykul/858241, 4 grudnia 2012 r. [data dostępu: 29 marca 2018 r.].
20, 21, 22 M. Petruczenko, op. cit.
23 S. Koper, op. cit., s. 310.
24 Konopacka – Matuszewska – Szczerbińska Halina właśc. Leonarda Kazimiera (1900–1989) [w:] B. Tuszyński, H. Kurzyński, Leksykon olimpijczyków polskich. Od Chamonix i Paryża do Soczi 1924–2014, wyd. 3, poprawione i uzupełnione, Polski Komitet Olimpijski, Warszawa 2014, s. 451.
25 P. Lisiewicz, op. cit.
26 S. Koper, op. cit., s. 310.
Podstawową pozycją biograficzną pozostaje praca Marii Rotkiewicz – „Mistrzyni dysku, pióra i palety” [w:] Światło Olimpii, Warszawa 2011.

Stanisław Skarżyński Żołnierz
i as lotnictwa

Stanisław Skarżyński (1899–1942) – pułkownik pilot Wojska Polskiego, kawaler Orderu Virtuti Militari i pierwszy Polak, który przeleciał Atlantyk (jednocześnie ustanowił światowy rekord odległości lotu). Walczył w wojnie polsko-bolszewickiej w 29. Pułku Strzelców Kaniowskich, w 1919 r. uzyskał stopień podporucznika. Został postrzelony, ale po wyleczeniu powrócił na front. Niebawem, 16 sierpnia 1920 r., odniósł poważną ranę nogi w bitwie pod Radzyminem, za udział w której otrzymał Srebrny Krzyż Virtuti Militari. Od tej pory utykał, więc jedyną szansą na pozostanie w wojsku było dla niego lotnictwo. Wkrótce wyspecjalizował się w lotach sportowych.

Żołnierze 29. Pułku Strzelców Kaniowskich defilują przed Marszałkiem Józefem Piłsudskim podczas uroczystości nadania pułkowi sztandaru.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

W dniu św. Stanisława, w dniu tak tradycyjnie polskiego święta, kapitan Skarżyński spłacił dług społeczeństwu polskiemu w imieniu lotnictwa polskiego. Atlantyk zdobyty! ha! mało zdobyty, lecz zdobyty bezkonkurencyjnie! […] Ambicja, duma narodowa – zaspokojona1 – pisał „Przegląd Lotniczy” wiosną 1933 r. Ósmego maja tegoż roku Stanisław Skarżyński jako pierwszy Polak w historii przeleciał przez Ocean Atlantycki – z zachodniego wybrzeża Afryki (Saint-Louis w Senegalu) do Maceió w Brazylii. Mało kto wiedział wówczas, że Skarżyński prawdopodobnie nigdy nie zostałby pilotem, gdyby nie rana odniesiona w bitwie pod Radzyminem.

Sięganie po imię bohatera Polak dokonuje z prostotą i klasą, co imieniu naszemu nadaje w szerokim świecie właściwy wdzięk i urok2 – pisał o dokonaniu Skarżyńskiego ówczesny marszałek Senatu i późniejszy prezydent RP na uchodźstwie Władysław Raczkiewicz. Jak oceniał, czyn Polaka „sławę Odrodzonego Narodu rozniósł na obu półkulach”.

Fascynacja lotnictwem

Stanisław Skarżyński urodził się 1 maja 1899 r. w Warcie. Po ukończeniu szkoły powszechnej w rodzinnych stronach rozpoczął naukę w Szkole Handlowej w Kaliszu, a następnie – we Włocławskiej Szkole Handlowej (obecne I Liceum Ogólnokształcące im. Ziemi Kujawskiej we Włocławku).

W czasach szkolnych udzielał się w organizacjach niepodległościowych, interesował się też modelarstwem i lotnictwem. W latach 1916–1917 należał do Polskiej Organizacji Wojskowej. Mimo że latem 1918 r. rozpoczął studia na Wydziale Chemii Politechniki Warszawskiej, w listopadzie wstąpił do Wojska Polskiego. Powierzono mu m.in. dowodzenie akcją rozbrajania niemieckich żołnierzy i przejmowania od nich władzy w Warcie.

W kolejnym roku Skarżyński dołączył do 29. Pułku Strzelców Kaniowskich i wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Zyskał stopień podporucznika. W bitwie pod Połockiem został postrzelony, jednak rana nie była groźna i mógł dalej uczestniczyć w walkach. Punktem zwrotnym w życiu żołnierza okazał się uraz nogi, którego doznał w bitwie pod Radzyminem 16 sierpnia 1920 r. Rana nie była bardzo poważna, ale wdało się zakażenie krwi, a potem nastąpiły inne komplikacje i w rezultacie musiałem przebyć dwa i pół roku w szpitalu3 – wspominał później Skarżyński.

Za udział w bitwie otrzymał Srebrny Krzyż Virtuti Militari, lecz najważniejsza pozostawała dla niego inna kwestia: czy będzie mógł nadal służyć w wojsku? Choć lekarze nie mieli już nadziei, choć z bólem moralnym, większym od fizycznego przeczytałem swe nazwisko na liście oficerów, mających iść do rezerwy – jednak nie straciłem wiary – przeciwnie, zawziąłem się i postanowiłem walczyć do końca4 – napisał w swojej książce.

Po mozolnym leczeniu i rehabilitacji podporucznik okazał się zdolny do powrotu do wojska, jednak wyłącznie do pracy przy biurku. Taka wizja nie odpowiadała ambitnemu żołnierzowi, dlatego podjął decyzję o przenosinach do lotnictwa. Po roku starań udało mu się dostać do szkoły pilotów w Bydgoszczy. Upór i nadzieja na pozostanie „w służbie w linii” sprawiły, że spełnił marzenie o lataniu. Los jednak ciągle płatał Skarżyńskiemu figle. Podczas jego pierwszego lotu… zapalił się samolot. Na szczęście udało mu się wylądować bezpiecznie.

Pamiątkowa odznaka Polskiej Organizacji Wojskowej.
Źródło: domena publiczna

Kapitan pilot Stanisław Skarżyński.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Powitanie kpt. Stanisława Skarżyńskiego i por. Andrzeja Markiewicza na lotnisku w Warszawie po zakończeniu lotu dookoła Afryki, maj 1931 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Lepsze czasy

Skarżyński ukończył szkołę lotniczą w 1925 r. i został przydzielony do 1. Pułku Lotniczego w Warszawie. Po dwóch latach awansował do stopnia kapitana pilota. W lutym 1930 r. przeniósł się do Departamentu Aeronautyki Ministerstwa Spraw Wojskowych.

Wspólnie z por. Andrzejem Markiewiczem opracował plan rajdu nad Afryką, który przedstawili władzom. Pomysł spotkał się z przychylnością i rozpoczęto przygotowania. Wizja rajdu nad Czarnym Lądem była utrzymywana w tajemnicy. Uważam […] wszelki rozgłos dokoła przygotowywanego dopiero przedsięwzięcia nie tylko za zbyteczny, ale za szkodliwy5 – zapisał we wspomnieniach Skarżyński.

Dwumiejscowy samolot PZL Ł.2, zaledwie dwuletni, 1 lutego 1931 r. wystartował z Warszawy w stronę Belgradu. Trasa obejmowała Ateny, Kair, Chartum, Kisumu, Abercon, Elisabethville, Luebo, Léopoldville, Lagos, Abidżan, Bamako, Dakar, Port Etienne, Agadir, Villa Cisneros, Casablancę, Alicante i Paryż6.

Dramaturgii całemu przedsięwzięciu dodały dwie awarie silnika. Pilotom udało się jednak osiągnąć zamierzony cel: pokonali w sumie 25 770 km. Wyczyn przyniósł Polakom sławę na całym świecie i stał się dowodem na wysoki poziom polskiego lotnictwa. Wspomnienia z rajdu Skarżyński zawarł w książce 25.770 kilometrów ponad Afryką, opublikowanej w 1931 r.

Samolot PZL Ł.2 zbudowany w Państwowych Zakładach Lotniczych, którym polscy lotnicy kpt. Stanisław Skarżyński i por. Andrzej Markiewicz odbyli lot dookoła Afryki.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Przez Atlantyk

Kapitan nie krył, że – podobnie jak wielu innych lotników – marzy o locie przez Atlantyk. Marzenie to przybrało na sile podczas rajdu wzdłuż atlantyckich wybrzeży w Afryce. Oczy mimo woli zwracały się w stronę oceanu, który kusił gładką, spokojną powierzchnią, rozpostartą pod błękitem nieba. Wiedziałem, że po niepowodzeniach prób zdobycia Atlantyku przez naszych kolegów, władze odrzucą mój projekt i nikt nie weźmie na siebie oficjalnie tak ciężkiej odpowiedzialności przed społeczeństwem7. Po wyczynie dokonanym nad Afryką Skarżyńskiego wciąż jednak otaczała aura bohatera.

Na międzynarodowych zawodach szybowcowych w Rhon uzyskał zgodę generała Orlicz-Dreszera na samotny rajd nad Atlantykiem. Miał lecieć samolotem RWD-5, najmniejszym, jaki dotąd bywał w tym rejonie8. Ósmego maja 1933 r. Polak przeleciał przez Ocean Atlantycki z Saint-Louis w Senegalu (zachodnie wybrzeże Afryki) do Maceió w Brazylii. Lot trwał 20 godz. 30 min, a pokonany dystans – 3582 km – dał Skarżyńskiemu rekord świata w odległości dla samolotów turystycznych o wadze do 450 kg. Pilot zadbał, by uczynić swój wyczyn spektakularnym. Zamiast kombinezonu miał na sobie garnitur. Odmówił też zabrania spadochronu, tłumacząc, że w przypadku katastrofy nad oceanem i tak na ratunek nie ma żadnych szans. Za swoje dokonanie otrzymał od Międzynarodowej Federacji Lotniczej Medal Louisa Blériota. RWD-5 pozostaje najmniejszym w historii samolotem, który przeleciał Atlantyk.

Publiczność wita Stanisława Skarżyńskiego na lotnisku Campo dos Afonsos w Rio de Janeiro.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Lot nad oceanem stanowił tylko część rajdu Warszawa–Rio de Janeiro, który Polak odbył między 27 kwietnia a 24 czerwca 1933 r. Pokonał wówczas łącznie ok. 18 000 km, a do Europy razem ze swoim samolotem wrócił statkiem. „Zeszli” na ląd we Francji, skąd Skarżyński wystartował RWD-5 do Warszawy. Gdy był jeszcze w Ameryce Południowej, spotykał się z miejscową Polonią, m.in. w Kurytybie i Buenos Aires. Wszędzie witano go z honorami i szczerym wzruszeniem. Rozgłos rodził też zabawne sytuacje, które pilot opisał w pamiętniku: Ponieważ w prasie przekręcano moje nazwisko na wszystkie strony, a najbardziej przyjęło się Karliński, więc w poselstwie naszem [w Rio de Janeiro – przyp. red.] przypuszczano, że to Karpiński (nazwisko to jest wszędzie dość znane, gdyż u nas pracuje na nie czterech lotników) i przygotowano już dla prasy fotografje i życiorysy majora Karpińskiego9.

Przedstawiciele Polonii starali się ugościć pilota. Wręczano mu różnorakie podarunki: od książeczki oszczędnościowej PKO, opieczętowanej na sumę 1000 pezów, przez srebrny talerz, torebkę i zegarek dla żony, po mapę świata z dedykacją „Temu, który doleciał”.

Do Warszawy Skarżyński dotarł 2 sierpnia 1933 r., po międzylądowaniu na podłódzkim lotnisku, gdzie czekały na niego żona Julia i siostra Zofia. Jak donosiła prasa, kapitan nie wydalał się z lotniska na miasto, by uniknąć zetknięcia z prasą i publicznością […] w czasie pobytu w Brazylii nabawił się grypy10.

Powitanie na lotnisku w Warszawie przygotowywano kilka dni. Rozstawiono trybuny, przybyli przedstawiciele rządu i władz lotniczych oraz dyplomaci z Francji, Brazylii i Argentyny. Przeżywam wielką radość, że jestem w Warszawie, która tak gorąco manifestuje z okazji mojego przylotu. Przywożę pozdrowienia od rodaków z Południowej Ameryki11 – zwrócił się Skarżyński do zebranych tłumów. Warszawiacy witali go entuzjastycznie także podczas przejazdu po ulicach stolicy. Pilot został awansowany do stopnia majora i odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Polonia Restituta.

Dwa wydania książki Skarżyńskiego (jako kapitana i majora) Na RWD 5 przez Atlantyk.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Kapitan Stanisław Skarżyński na balkonie Aeroklubu Warszawskiego po powrocie z lotu nad Atlantykiem.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

W kolejnych latach ukończył Wyższą Szkołę Lotniczą w Warszawie. W 1938 r. został zastępcą dowódcy 4. Pułku Lotniczego w Toruniu, a w kwietniu 1939 r. – prezesem Aeroklubu Rzeczypospolitej Polskiej.

II wojna światowa

W sierpniu 1939 r. Skarżyńskiego mianowano szefem sztabu w Dowództwie Lotnictwa i OPL Armii „Pomorze”. Został jednak oddelegowany do Rumunii jako
zastępca attaché lotniczego. Po 17 września 1939 r. odpowiadał za przerzuty polskich lotników do Francji. Wkrótce sam się tam przedostał i brał udział w organizowaniu lotnictwa. Po upadku Francji dowodził ewakuacją polskich pilotów do Wielkiej Brytanii. Mianowany komendantem polskich szkół pilotów w Hucknall i Newton, poprosił o skierowanie do 305. Dywizjonu Bombowego.

Zginął, gdy wracał z nalotu na Bremę w nocy z 25 na 26 czerwca 1942 r. Wellington trafiony w silnik przymusowo wodował na Morzu Północnym u wybrzeży Wielkiej Brytanii. Podczas ewakuacji załogi do tratwy ratunkowej Stanisław Skarżyński wyszedł jako ostatni na inną niż wszyscy część skrzydła tonącego samolotu i został zmyty przez falę. Z całej załogi Wellingtona tylko Skarżyński utonął w wodach Morza Północnego12.

Pozostałą część załogi po ośmiu godzinach uratowali Brytyjczycy. Skarżyńskiego zaś po odnalezieniu ciała pochowali mieszkańcy wyspy Terschelling w Holandii. Ponowny pochówek z honorami zorganizowano na tamtejszym cmentarzu żołnierzy alianckich.

Stanisław Skarżyński został pośmiertnie mianowany pułkownikiem i odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski „w uznaniu wybitnych zasług w rozsławianiu polskiego lotnictwa, za udział w walkach o niepodległość Rzeczypospolitej Polskiej”.


Koloryzacja zdjęć archiwalnych: Anna Marjańska

Samolot bombowy Vickers Wellington Mk II – na takich maszynach latał w czerwcu 1942 r. 305 Dywizjon Bombowy Ziemi Wielkopolskiej i Lidzkiej im. Marszałka Józefa Piłsudskiego.
Źródło: domena publiczna

Pomnik Stanisława Skarżyńskiego w rodzinnej Warcie.
Źródło: domena publiczna

Przypisy:

1 On les aura…, „Przegląd Lotniczy: organ lotnictwa wojskowego” 1933, r. VI, nr 5–6, s. 206.
2 Stanisław Skarżyński, Na RWD 5 przez Atlantyk, Warszawa 1934, s. 9.
3 Tamże, s. 21.
4 Tamże.
5 Tamże, s. 29.
6 Stanisław Jakub Skarżyński, 80. rocznica przelotu przez Atlantyk, https://ilot.edu.pl/skarzynski/o-kapitanie-skarzynskim/,
dostęp: 19.03.2020 r.
7 Stanisław Skarżyński, Na RWD 5 przez Atlantyk, s. 21.
8 XXIII Liceum Ogólnokształcące w Krakowie im. płk. pil. S. Skarżyńskiego, Życiorys Stanisława Skarżyńskiego,
https://xxiiilo.krakow.pl/o-nas/nasz-patron/, dostęp: 19.03.2020 r.
9 Stanisław Skarżyński, Na RWD 5 przez Atlantyk, s. 78.
10 Olbrzymie tłumy mieszkańców stolicy witają gorąco kpt. Skarżyńskiego, „Gazeta Lwowska” 1933, nr 212, s. 1.
11 Tamże.
12 Michał Szukała, 76 lat temu zginął pilot Stanisław Skarżyński – polski Lindbergh, https://dzieje.pl/aktualnosci/rocznica-smierci-pilota-stanislawa-skarzynskiego-polskiego-lindbergha, dostęp: 19.03.2020 r.

Władysław Dobrowolski Do ostatniego tchu

Długie niemilknące brawa nagradzają czyn tych, którzy będąc w gorszej pod każdym względem sytuacji, potrafili rzucić na szalę wyższe walory moralne, większą wolę zwycięstwa, większe zdecydowanie, więcej odwagi – pisała prasa po zwycięskim meczu polskich szablistów z Amerykanami na igrzyskach olimpijskich w Los Angeles. Dla brązowego medalisty kpt. Władysława Dobrowolskiego nie było to ani pierwsze, ani najważniejsze zwycięstwo w życiu. Dwanaście lat wcześniej, gdy jego oddział stawał do walki z bolszewikami, Polacy musieli przeciwstawić im swoją determinację, hart ducha i wiarę. Podjęli heroiczny bój w obronie niedawno odzyskanej niepodległości.


Polska piechota wkraczająca do Kijowa podczas wojny polsko-bolszewickiej, 7 maja 1920 r.
Źródło: domena publiczna

Odznaka pamiątkowa I Brygady Legionów, w której służył Władysław Dobrowolski.
Źródło: domena publiczna

Odznaka 6. Pułku Piechoty Legionów, w którym służył Władysław Dobrowolski.
Źródło: domena publiczna

Blok Legiony Polskie.
Źródło: Poczta Polska S.A.

W Strzelcu i w Legionach

Władysław Dobrowolski urodził się 2 stycznia 1896 r. w Małobądzu (dziś dzielnica Będzina) jako syn miejscowego kowala. W obliczu trudnej sytuacji finansowej, w której znalazła się rodzina, jako 15-latek musiał pójść do pracy w jednej sosnowieckich fabryk1. Choć jednocześnie uczył się w szkole handlowej, ważniejsza od zdobywania wykształcenia szybko stała się dla niego praca niepodległościowa. Najpierw wstąpił do miejscowego Koła Młodzieży Niepodległościowej, a jako 16-latek – do Związku Strzeleckiego i PPS. Podobnie jak wielu strzelców, przyłączył się do I Brygady Legionów. Walczył w V batalionie i dwukrotnie został ranny: 3 sierpnia 1915 r. pod Lubartowem i 11 miesięcy później na Reducie Piłsudskiego pod Kostiuchnówką. Po rozbrojeniu wrócił w rodzinne strony i działał w sosnowieckim oddziale Polskiej Organizacji Wojskowej2.

Nadszedł listopad 1918 r. I wówczas całe społeczeństwo polskie przekonało się wreszcie, jak potrzebną była dla kraju Polska Organizacja Wojskowa – pisał Henryk Dławichowski z dąbrowsko-sosnowieckiej POW. – Ona to przedewszystkiem rozbroiła okupantów i wyrzuciła ich precz z polskiej ziemi. Ona to głównie zdobyła i zabezpieczyła dla polskiej armji masę broni, amunicji i wszelakiego sprzętu wojskowego. Ona to obsadziła wszystkie ważniejsze placówki, ażeby w okresie przejściowym utrzymać i zapewnić w kraju ład i porządek […]. Ona to wreszcie, przeprowadziwszy mobilizację swych członków, wzmocniła znakomicie kadry Armji Polskiej, która miała utrwalić zdobytą niepodległość3.

Decydujące kontruderzenie

I rzeczywiście: Dobrowolski, tak jak wielu innych peowiaków, w listopadzie 1918 r. wziął udział w rozbrajaniu zaborcy i od razu wstąpił do Wojska Polskiego, walczącego wówczas na kilku frontach o ostateczny kształt granic młodego państwa. Najważniejsza bitwa, której stawką było ocalenie niedawno odzyskanej niepodległości, miała się rozegrać na przedpolach Warszawy.

W trakcie wojny polsko-bolszewickiej Dobrowolski służył w 6. Pułku Piechoty Legionów w Wilnie4. Jednostka ta brała udział w ofensywie na Kijów, a następnie – po poniesieniu wielkich strat w czasie odwrotu, co wymusiło reorganizację i uzupełnienie – uczestniczyła w słynnej kontrofensywie znad Wieprza. Był to manewr polegający na uderzeniu przez 4. i 3. Armię polskiego Frontu Środkowego w skrzydła i tyły Frontu Zachodniego wojsk bolszewickich, podchodzących pod Warszawę. Kontrofensywa okazała się decydująca dla losów wojny, doprowadziła bowiem do rozbicia wroga. Bolszewicy zostali zmuszeni do odwrotu.

Z Wilna do Paryża

Po zwycięstwie nad bolszewikami por. Dobrowolski osiadł w Wilnie, gdzie się ożenił, zdał maturę, a przede wszystkim rozwijał swoje lekkoatletyczne pasje. Został zawodnikiem Strzelca Wilno, a później Wilii Wilno (w międzyczasie reprezentował też barwy swojego macierzystego 6 pp Legionów). Po zaledwie dwóch latach treningów stał się czołowym polskim lekkoatletą. Nic dziwnego, że w 1924 r. otrzymał powołanie do kadry na pierwsze po odzyskaniu niepodległości igrzyska olimpijskie, w których Polska brała udział.

W czerwcu, na miesiąc przed wyjazdem do Paryża, sprawdzianem dla por. Dobrowolskiego były zawody lekkoatletyczne w okręgu wileńskim. Wygrał w 5 spośród 12 dyscyplin – m.in. w swojej koronnej wówczas konkurencji, czyli w biegu na 100 m5.

Świetne występy w kraju nie przełożyły się niestety na sukces międzynarodowy: wszyscy polscy lekkoatleci zostali wyeliminowani w pierwszym dniu rywalizacji. Dziennikarze jednak pocieszali czytelników, że Polacy zaprezentowali się dobrze i ich wyniki dają nadzieję na przyszłość6.

W sierpniu 1925 r. Dobrowolski zmienił klub – trafił do AZS Warszawa – i wielokrotnie potwierdził, że należy do krajowej czołówki. W ciągu czterech lat zdobył 11 tytułów mistrza Polski (w biegu na 100 i 200 m oraz 110 m przez płotki, rzucie oszczepem, skoku w dal i sztafecie). Aż 15 razy pobił rekord kraju w biegu płotkarskim, skoku w dal i sztafecie. Lekkoatletykę uprawiał do końca lat 20. W międzyczasie ukończył oficerski kurs szermierki w Centralnej Wojskowej Szkole Gimnastyki i Sportów – i właśnie z tą dyscypliną miał się związać na dwie kolejne dekady7.

Ilustracja w jednodniówce zjazdu Polskiej Organizacji Wojskowej i legionistów z Zagłębia Dąbrowskiego, Dąbrowa–Sosnowiec, 8–9 grudnia 1928 r.
Źródło: Biblioteka Narodowa

 

Zdobywcy brązowego medalu olimpijskiego z Los Angeles, 1932 r. Drugi od lewej stoi Władysław Dobrowolski.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Z bieżni na planszę

Od końca 1927 r. Dobrowolski związał się z sekcją szermierki AZS Warszawa (przez jakiś czas był prezesem klubu). Postępy robił na tyle szybko, że został zakwalifikowany do udziału w igrzyskach olimpijskich w Los Angeles. Dziennikarze nie potrafili przewidzieć wyniku polskich szablistów – przed wyjazdem do Stanów Zjednoczonych Polacy mieli niewiele okazji, by sprawdzić się w pojedynkach z zagranicznymi rywalami. Wielkie oczekiwania formułowała miejscowa Polonia, która wcześniej bardzo zaangażowała się w zbieranie funduszy na przyjazd rodaków do Kalifornii.

Na igrzyska w Los Angeles szermierze udali się na pokładzie okrętu Pułaski. Dla wielu sportowców było to trudne doświadczenie – ze względu na chorobę morską. Dziennikarze podziwiali znakomitą formę kpt. Dobrowolskiego, który „zniósł podróż najlepiej i nie chorował zupełnie”8. W skład olimpijskiej drużyny szablistów wchodzili ponadto Tadeusz Friedrich, Leszek Lubicz-Nycz, Władysław Segda i Marian Suski.

Rozgrywki potoczyły się w taki sposób, że ostateczne starcie przyszło Polakom stoczyć z gospodarzami igrzysk. Jak podkreślali dziennikarze, naprzeciw Polaków stanęła drużyna u szczytu formy, która „grała va banque”. W decydującym momencie zaciętej walki wydawało się już, że wszelkie atuty są po stronie Stanów Zjednoczonych… Moment oczekiwania, ważenia na szali myśli i czynów, a potem błyskawica – to Polak zadał cios. Na nic parada. Amerykanin sam zdejmuje maskę i składa rycersko gratulacje zwycięzcy spotkania i meczu – relacjonował triumf Polaków „Przegląd Sportowy”. Dziennikarze nie ukrywali, że dzielni szabliści dostarczyli im w Los Angeles wielu wzruszeń: Gładkie zwycięstwo przechodzi często bez wrażenia. Walka do ostatniego tchu, ten najbardziej emocjonujący element sportu, zostawia w naszej pamięci niezatarte ślady9.

Kpt. Władysław Dobrowolski (pierwszy z prawej) jako sędzia na szermierczych mistrzostwach armii w Krakowie, kwiecień 1934 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

 

Polska ekipa na szermierczych mistrzostwach Europy w Warszawie, czerwiec 1934 r. Władysław Dobrowolski czwarty od prawej – z synkiem na ramieniu (Jerzym Dobrowolskim, późniejszym znanym aktorem, reżyserem i satyrykiem).
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

 


Ilustracje opublikowane w Radio-Informatorze z 1939 r.
Źródło: Biblioteka Narodowa

 

Trener z radioodbiornika

A teraz wyrzut prawą i lewą nogą: raz, dwa, raz, dwa. Przysiad: raz, dwa, trzy. Bohater filmu, starszy pan w pasiastej piżamie, staje obok łóżka i posłusznie wykonuje komendy płynące z radioodbiornika. Towarzyszy im wesoła muzyka, której rytm ułatwia wykonywanie ćwiczeń. Twórcy filmu Piętro wyżej z 1937 r. w dowcipny sposób ukazali element zwykłego życia wielu Polaków, którzy dzień zaczynali od gimnastyki z Polskim Radiem. Radio spełnia rolę niezastąpioną – przekonywano. – Daje wszystkim bezpłatnego trenera, który codziennie umożliwia troskę o fizyczną kondycję. 15 minut gimnastyki porannej – to środek, który – gdy jest stosowany systematycznie – może usunąć wiele złych skutków warunków mieszkaniowych, braku ruchu, nieracjonalnego odżywiania10.

Twórcą polskiej gimnastyki radiowej, formatu znanego wcześniej m.in. w krajach skandynawskich, był olimpijczyk Władysław Dobrowolski. Opracował program, który w ciągu zaledwie kwadransa pozwalał rozgrzać najważniejsze mięśnie i z samego rana dostarczał dawkę dobrej energii na cały dzień. Krótki trening według koncepcji Dobrowolskiego zyskał dużą popularność. Najwytrwalsi codziennie tuż po szóstej rano otwierali na oścież okna, przekręcali pokrętło radioodbiornika i przystępowali do gimnastyki. Jest łatwa, przyjemna, nie wymaga specjalnych przyrządów, a ćwiczenia są tak ułożone, że ani wiek, ani budowa fizyczna nie jest dla uprawiania radiowych ćwiczeń żadną przeszkodą. […] Jest to gimnastyka domowa, która ma na celu nie przygotowanie rekordzistów i rekordzistek, ale osiągnięcie przez ćwiczących doskonałej i harmonijnej kondycji11.

Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom słuchaczy, Dobrowolski wydał nawet broszurkę 15 minut gimnastyki porannej. Teraz ćwiczyć mogli także ci, którzy nie mieli w mieszkaniu odbiornika. Bez względu na warunki wyjściowe kpt. Dobrowolski zachęcał wszystkich, by przystąpili „do ataku” – w walce o zdrowie i lepsze samopoczucie.

Anegdota z życia wzięta opublikowana w rubryce Zgrzyty i trzaski dwutygodnika „Radio dla Wszystkich”, nr 23/1939 (fading oznacza zanikanie sygnału) i fragment ogólnopolskiego programu Polskiego Radia opublikowany w dwutygodniku „Radio dla Wszystkich”, nr 5/1939.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Przygotowania do igrzysk olimpijskich w Berlinie. Czwarty od lewej Władysław Dobrowolski. Warszawa, lipiec 1936 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Przypisy:

1 Janusz Cisek, Ewa Kozłowska, Łukasz Wieczorek, Słownik Legionistów Polskich 1914–1918,
https://zolnierze-niepodleglosci.pl/%C5%BCo%C5%82nierz/188258/, dostęp: 18.03.2020 r.
2 Dobrowolski Władysław, https://www.olimpijski.pl/pl/bio/402,dobrowolski-wladyslaw.html, dostęp: 24.02.2020 r.
3 Henryk Dławichowski, Wspomnienie peowiaka [w:] Kazimierz Grodzicki, Kazimierz Nawrocki, Zygmunt Rychter (red.), Jednodniówka Zjazdu P.O.W. i Legjonistów w dn. 8–9 XII 1928, Sosnowiec 1928, s. 11.
4 Dobrowolski Władysław (1896–1969) [w:] Bogdan Tuszyński, Henryk Kurzyński, Leksykon olimpijczyków polskich. Od Chamonix i Paryża do Soczi 1924–2014, wyd. 3 popr. i uzup., Warszawa 2014, s. 412–413.
5 Zawody lekko-atletyczne, „Dziennik Wileński”, nr 125/1924, s. 4.
6 Życie sportowe, „Kurjer Wileński”, nr 12/1924, s. 4.
7 Dobrowolski Władysław, https://www.olimpijski.pl/pl/bio/402,dobrowolski-wladyslaw.html.
8 Jak podróżowali nasi olimpijczycy?, „Dziennik Poznański”, nr 174/1932, s. 10.
9 Wiwat szabla polska!, „Przegląd Sportowy”, nr 66/1932, s. 6.
10 Co dzień bliżej zdrowia [w:] Eugeniusz Świerczewski (red.), Radio-Informator. Kalendarz-przewodnik radiosłuchacza na rok 1939, Warszawa 1939, s. 112–120.
11 Tamże.
12 Dobrowolski Władysław, https://www.olimpijski.pl/pl/bio/402,dobrowolski-wladyslaw.html.
13 M.S., Triumf Węgrów na szermierczych mistrzostwach Europy, „Kurjer Warszawski”, nr 179/1934, s. 5.
14 Wiktor Junosza, Bilans szermierczych mistrzostw wojska, „Polska Zbrojna”, nr 109/1937, s. 5.
15 Tydzień propagandy gimnastyki radiowej, „Polska Zbrojna”, nr 88/1939, s. 8.
16 Dobrowolski Władysław, https://www.olimpijski.pl/pl/bio/402,dobrowolski-wladyslaw.html.
17 Ryszard Wryk, Sport olimpijski w Polsce 1919-1939, Poznań 2006, s. 78.
18 Dobrowolski Władysław, https://www.olimpijski.pl/pl/bio/402,dobrowolski-wladyslaw.html.

Ostatnia lekcja

Ulubiony trener Polaków z sukcesami kontynuował sportową karierę. Dwukrotnie zdobył tytuł wicemistrza kraju w szabli (w latach 1932 i 1935), a także jako pierwszy Polak w historii walczył w finale mistrzostw Europy w tej dyscyplinie, odbywających się w 1934 r. w Warszawie12. Przekonaliśmy się naocznie, że Polacy należą istotnie do extra klasy europejskiej, zarówno zespołowo, jak i indywidualnie. Mówiły o tem nie tylko suche wyniki spotkań, lecz i postawa, jaką szabliści nasi zajmowali stale na planszach wobec wirtuozów włoskich czy węgierskich13 – podkreślał „Kurjer Warszawski”.
W 1936 r. Dobrowolski pojechał na swoje trzecie igrzyska – niestety polscy szabliści nie powtórzyli sukcesu i zakończyli udział w turnieju drużynowym tuż za podium, na czwartym miejscu.

Jednym z ostatnich indywidualnych triumfów był dla Dobrowolskiego tytuł mistrza armii zdobyty w kwietniu 1937 r. Dobrowolski, który był z konieczności i kierownikiem zawodów, i ich uczestnikiem, a więc nie miał ani chwili spokoju, ani sekundy odprężenia nerwowego – a mimo to zdołał zdobyć mistrzostwo w szabli – cieszy się przede wszystkim z tego, że to się już skończyło. Poza tym milczy z uśmiechem na ustach; nie wypada mu powiedzieć, że jest ogromnie zadowolony, iż się tak pięknie spisał i jako organizator, i jako zawodnik…14 – pisała „Polska Zbrojna”.

Chwilę wcześniej został awansowany do stopnia majora piechoty. Końcówka lat 30. upłynęła w kraju pod znakiem przygotowań do wojny, która wydawała się nieuchronna. W marcu i kwietniu 1939 r. mjr Dobrowolski udał się na ostatni objazd polskich miast z pokazami swoich radiowych treningów. Z Warszawy ruszył do Poznania, Katowic, Lwowa, Wilna i Łodzi. Ćwiczenia prezentował, rzecz jasna, osobiście15. Okazało się, że była to ostatnia lekcja gimnastyki dla Polaków przed kataklizmem, który miał nastąpić jesienią…

Walka Władysława Dobrowolskiego z Giulio Gaudinim na igrzyskach olimpijskich w Berlinie, sierpień 1936 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Wojna i powrót do sportu

We wrześniu 1939 r. Dobrowolski był dowódcą I batalionu 21. Pułku Piechoty „Dzieci Warszawy”. Walczył w bitwie pod Mławą i w obronie Modlina, a nas-
tępnie stolicy. Gdy polskie wojsko zostało rozbite, ówczesny dowódca pułku, płk Stanisław Sosabowski, przekazał mjr. Dobrowolskiemu dowodzenie. Jednostka dostała się do niewoli niemieckiej. Dobrowolski przebywał m.in. w oflagach Nimburg, Itzehoe, Sandbostel i Lubeka. Nawet tam dawała o sobie znać jego dusza sportowca – organizował zajęcia wychowania fizycznego dla towarzyszy niedoli16.

Po wojnie wrócił do kraju i do szermierki (ze względu na sprzeciw Urzędu Bezpieczeństwa nie wziął udziału w Igrzyskach Olimpijskich w 1948 r. w Londynie)17. Trenował do 54. roku życia! W 1948 r. wydał wyjątkową książkę, szczegółowy raport z olimpijskich zmagań Polaków w latach 1924–1936. Czy przeczuwał, że wkrótce dopisze kolejny rozdział Polski na Igrzyskach Olimpijskich, tym razem jako trener?

W roli szkoleniowca RKS Marymont spełniał się w stu procentach. Wychował wybitnych następców: multimedalistę (podwójnego mistrza) igrzysk olimpijskich Witolda Woydę oraz dwukrotnego medalistę Ryszarda Parulskiego. Interesował się także innymi dyscyplinami. Pisał podręczniki dla lekkoatletów, a w 1957 r. został pierwszym prezesem… Polskiego Związku Sportów Saneczkowych18.

W ciągu swojego życia Dobrowolski był wielokrotnie odznaczany – m.in. Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari, Krzyżem Niepodległości, Krzyżem Walecznych, Medalem Pamiątkowym za Wojnę 1918–1921 i Medalem Dziesięciolecia Odzyskanej Niepodległości. Zmarł w Warszawie 25 lutego 1969 r. Jest pochowany na wojskowych Powązkach.


Koloryzacja zdjęć archiwalnych: Anna Marjańska

Witold Woyda: „Gdybym mógł, podarowałbym mjr. Dobrowolskiemu jeden z moich złotych medali”

W powojennej Warszawie jeździło się tramwajami na zderzaku, jak to wówczas mówiono „na cycku”. To był fason. Pewnego dnia jechałem sobie spokojnie „na cycku” czternastką. Kiedy tramwaj zatrzymał się przy zielonej Filtrowej, nagle poczułem czyjąś dłoń na ramieniu. Struchlałem. Obróciłem się powoli… zamiast milicjanta zobaczyłem przed sobą sympatyczną twarz majora Dobrowolskiego. – Chłopcze, dlaczego ty nie przychodzisz na szermierkę? – zapytał i zaraz potem dodał – Mamy teraz dresy „Budowlanych” z zamkiem błyskawicznym.
Tak wspominał po latach spotkanie z trenerem Władysławem Dobrowolskim przyszły mistrz olimpijski Witold Woyda. Był wrzesień 1953 r. Trzynastoletni Witek na zaproszenie majora wybrał się razem z kolegami na trening. Okazał się najwytrwalszy i jego kariera potoczyła się błyskawicznie. Na igrzyskach w Tokio zdobył srebro, a cztery lata później w Meksyku – brąz (obydwa medale drużynowo). Największe sukcesy nadeszły na igrzyskach w 1972 r. w Monachium, gdzie Woyda zdobył dwa złote medale, w turnieju indywidualnym i drużynowym. Major Dobrowolski nie doczekał mojego największego sukcesu, ale gdybym mógł, podarowałbym mu jeden z tych złotych olimpijskich medali… – wspominał w 1990 r. Woyda.
Źródło: Witold Woyda, Jechałem czternastką…,
http://www.floretwitoldawoydy.com/page.php?id=429, dostęp: 18.03.2020 r.

Henryk Niezabitowski Z wiosłem i na lodzie

AZS na starcie został w tyle przeszło o długość łodzi i szedł tak do połowy toru i trzeba było tak doświadczonego szlakowego, jak Niezabitowski, by nie zdenerwować się tem i ciągnąć wolno i spokojnie […]. Dzięki temu łódź od połowy toru zaczęła się wysuwać i o 200 m od mety walczyła już tylko z czołowym „Trytonem”, zyskując nad nim widocznie za każdym uderzeniem. Na 50 m przed metą bieg był już rozstrzygnięty1 – tak tygodnik „Stadjon” relacjonował w sierpniu 1923 r. przebieg regat wioślarskich (czwórka ze sternikiem) o mistrzostwo Polski. Dla Henryka Niezabitowskiego był to drugi tytuł mistrza kraju – wcześniej wywalczył go w 1920 r.

Młody działacz niepodległościowy

Henryk Niezabitowski urodził się 26 grudnia 1896 r. w Warszawie jako syn garbarskiego czeladnika Wacława i Antoniny z Kaniewskich. W 1918 r. ukończył ośmioletnie Gimnazjum Mariana Rychłowskiego (obecnie VI Liceum Ogólnokształcące im. Tadeusza Reytana) i zapisał się na studia na Wydziale Inżynierii Lądowej Politechniki Warszawskiej.

Już jako młody chłopak angażował się w działalność niepodległościową. W wieku 14 lat dołączył do Organizacji Młodzieży Niepodległościowej „Zarzewie”, a w 1911 r. – do I Plutonu Harcerskiego w Kongresówce. Przez jakiś czas pełnił funkcję drużynowego I Warszawskiej Drużyny Harcerskiej im. Romualda Traugutta „Czarna Jedynka”. Należał także do Polskiej Organizacji Wojskowej (1915–1918, pseudonim Golarz).

Wstąpił do Wojska Polskiego i otrzymał przydział do 1. Pułku Szwoleżerów Józefa Piłsudskiego, z którym uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej (kampanie wołyńska i wileńska). W składzie 18. Pułku Ułanów Pomorskich walczył pod Ostrołęką, gdzie został ranny. Przy zajmowaniu Nowego Dworu (obecne woj. podlaskie) wykazał się „szczególną brawurą i męstwem”2. Za zasługi w odpieraniu bolszewików odznaczono go Krzyżem Virtuti Militari V klasy i Krzyżem Walecznych. W maju 1920 r. został awansowany do stopnia podchorążego, a w listopadzie (być może ze względu na stan zdrowia) – urlopowany z wojska. W kolejnych latach pracował w handlu, zajmował kierownicze stanowiska w różnych firmach w stolicy. Od 1937 r. był urzędnikiem w Ministerstwie Komunikacji, a od sierpnia 1937 do wybuchu wojny – administratorem majątku Śleszyn w pow. kutnowskim3.

Członkowie Warszawskiego Towarzystwa Cyklistów z sekcji wędkarskiej przy sadzawce na Dynasach, 1901 r.
Źródło: zbiory dr. Roberta Gawkowskiego

Henryk Niezabitowski, ok. 1925 r. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Sportowa pasja

Zamiłowanie do sportu Niezabitowski przejawiał już we wczesnych latach edukacji. W okresie studiów związał się z AZS Warszawa, gdzie próbował swoich sił w wioślarstwie i hokeju na lodzie. W tamtych czasach popularny był tzw. płodozmian – uprawianie dwóch różnych dyscyplin w zależności od pory roku.

Okazało się, że to wioślarstwo jest mocniejszą stroną Henryka. Już początki występów w AZS-ie przyniosły mu sukces: w 1920 r. zdobył mistrzostwo Polski w czwórce ze sternikiem. Wynik udało się powtórzyć w latach 1923–1925. Po tytuł mistrza Polski Niezabitowski sięgał także w ósemce (1920, 1925–1927).

Lata jego pierwszych sukcesów to również okres intensywnego rozwoju polskiego wioślarstwa. Mimo że na igrzyskach olimpijskich w Paryżu nasza reprezentacja wypadła nie najlepiej, prasa upatrywała szans na triumfy w przyszłości: Niesprawiedliwością byłoby według tych wyników oceniać moc i możliwości naszych rycerzy wiosła. W klubach wre praca. Reakcji poolimpijskiej ani śladu. Można śmiało rzec, że już rozpoczęto przygotowania do Amsterdamu4. Cztery lata później reprezentacja Polski, w której był Niezabitowski, zajęła czwarte miejsce w ósemkach.

Wcześniej, w 1924 r., wioślarz zdobył tytuł akademickiego mistrza świata w czwórkach ze sternikiem. Rok później na mistrzostwach Europy w Pradze Polacy zajęli czwarte miejsce w ósemce. W 1926 r. w Lucernie uplasowali się na szóstej pozycji, a w kolejnym roku we włoskim Como byli trzeci (po Włochach i Szwajcarach).

Czwórka ze sternikiem AZS Warszawa: Władysław Nadratowski, Stefan Piątkowski, Piotr Kurnicki, Henryk Niezabitowski, Otto Gordziałkowski, 1924 r.
Źródło: Pomorska Biblioteka Cyfrowa

Zdjęcie drużyny hokejowej AZS Warszawa przed wyjazdem do Szwajcarii opublikowane w czasopiśmie „Światowid”, nr 2/1925.
Źródło: Jagiellońska Biblioteka Cyfrowa

Polscy wioślarze, reprezentanci kraju na mistrzostwach w Pradze w 1925 r. w karykaturze opublikowanej w czasopiśmie „Wioślarz Polski”.
Źródło: Biblioteka Narodowa

Wioślarze AZS Warszawa podczas wioślarskich mistrzostw Polski w Brdyujściu, 1925 r.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Kolejny sukces, odniesiony pod okiem samego króla Wiktora Emanuela III, też miał miejsce na Półwyspie Apenińskim. Podczas prestiżowych regat w Pawii Niezabitowski wraz z Ottonem Gordziałkowskim, Lucjanem Kulejem, Władysławem Nadratowskim i Piotrem Kurnickim wywalczyli pierwsze miejsce. Polacy pokonali dużo lepiej rokujące i wspaniale przygotowane reprezentacje Wielkiej Brytanii, Włoch i Szwajcarii. Od czasu triumfu w Pawii do członków polskiej reprezentacji przylgnął przydomek „pawiany”.

Choć na lodzie nie udało mu się osiągnąć tylu sukcesów, co w wioślarstwie, Niezabitowski należał do czołowych hokeistów warszawskiego AZS-u. Na pozycji bramkarza wystąpił m.in. w inauguracyjnym zagranicznym występie akademików w Szwajcarii (1924/1925) i w pierwszym (1926) występie polskiej reprezentacji w mistrzostwach Europy w Davos (6 miejsce)5. Ponadto w latach 1923-1924 pełnił funkcję wiceprezesa ds. sportowych AZS-u.

Grób Henryka Niezabitowskiego na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.
Źródło: domena publiczna

Igrzyska za drutami

W trakcie wojny obronnej 1939 r. Niezabitowski walczył pod Siedlcami i w obronie stolicy. Po kapitulacji trafił do niewoli niemieckiej (przebywał w obozach jenieckich Hohenstein, Arnswalde, Gross-Born).
Zgodnie z konwencją genewską jeńcy w oflagach nie pracowali, mieli więc sporo wolnego czasu. Niemcy dopuszczali możliwość działalności sportowej, jednak podlegała ona kontroli. Nad wszystkim czuwały komisje sportowe i rady wychowania fizycznego. Zakładano kluby zrzeszające zawodników, które stawały do rywalizacji – było to coś na kształt mistrzostw obozu w różnych dyscyplinach6. Zawody i życie sportowe w oflagach trwały przez większą część okresu istnienia obozów. Apogeum ich działań przypadło na rok 1944, rok olimpijski. Dwa obozy, oflag II C Woldenberg i oflag II D Gross-Born, zorganizowały wówczas – za zgodą niemieckiej komendy obozu – zawody sportowe nawiązujące do igrzysk olimpijskich7.

Niezabitowski włączał się w organizację obozowego życia sportowego. Zaprzyjaźnił się z Zygmuntem Weissem (znali się wcześniej z AZS Warszawa), dwukrotnym olimpijczykiem, lekkoatletą i dziennikarzem. Wspólnie zorganizowali olimpiadę jeniecką i razem opuszczali olimpijską flagę 15 sierpnia 1944 r.

Dzięki wykształceniu w zakresie inżynierii lądowej Henryk Niezabitowski znalazł po wojnie zatrudnienie w zarządach eksploatacji dróg publicznych. Pracował m.in. w Kielcach i w Radomsku, gdzie zmarł 26 czerwca 1976 r. Został pochowany na Cmentarzu Powązkowskim.


Koloryzacja zdjęć archiwalnych: Anna Marjańska

Przypisy:

1 Po regatach w Bydgoszczy, „Stadjon”, nr 20/1923, s. 5.
2 Zarys historii wojennej pułków polskich 1918–1920. 18 pułk Ułanów Pomorskich, Warszawa 1929, s. 17.
3 Niezabitowski Henryk Szczepan, https://www.olimpijski.pl/pl/bio/1581,niezabitowski-henryk-szczepan.html,
dostęp: 25.06.2020 r.
4 Co słychać u wioślarzy?, „Stadjon”, nr 36/1924, s. 12.
5 Niezabitowski Henryk Szczepan, https://www.olimpijski.pl/pl/bio/1581,niezabitowski-henryk-szczepan.html.
6 Agnieszka Fietkiewicz-Zapalska, Sport w obozach jenieckich [w:] Sport za drutami (1939–1945), pod red. Tadeusza Skoczka,
Warszawa 2015, s. 9–10.
7 Tamże, s. 10.