Czesław Cyraniak Walka i ofiara

W pierwszej rundzie obaj walczą bardzo ostrożnie. Walka prowadzona jest na dystans. W drugiej – Kajnar odważnie przechodzi do ataku. Piękna seria prostych zapewnia mu prowadzenie. Padilla jest wyraźnie zmęczony. Trzecia runda należy również do Kajnara. Polak nie oddaje inicjatywy ani na chwilę i punktuje Filipińczyka z niezwykłą zaciętością. Ogłaszają wynik: Padilla zwycięzcą! Na widowni okrzyki protestu i gwizdy. Kajnar schodzi z ringu złamany. Ma łzy w oczach1. Polska ekipa olimpijska długo nie mogła się otrząsnąć po niesprawiedliwym wyroku sędziego, który zdaniem wszystkich znawców boksu skrzywdził Czesława Cyraniaka „Kajnara”. 22-latek mimo młodego wieku należał już do krajowej czołówki. Nikt, kto pocieszał Cyraniaka, że pokaże swoją siłę na kolejnych igrzyskach olimpijskich, nie mógł przypuszczać, iż karierę zawodnika niebawem przerwie wojna.

Dawid i Goliat

Czesław Cyraniak urodził się 1 czerwca 1914 r. w Poznaniu. Jako 14-latek zainteresował się boksem i trafił do klubu Warta Poznań, gdzie trenował m.in. pod okiem legendarnego trenera Feliksa Stamma2. Szybko okazało się, że ma ogromny talent. Ponieważ musiał łączyć treningi z nauką w Gimnazjum im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu, a ówczesne szkoły miały niechętny stosunek do uczniów oddających się sportowi, występował pod pseudonimem, złożonym z niektórych liter nazwiska.

Walczył w wadze piórkowej i lekkiej. Był jeszcze nastolatkiem, gdy w poznańskiej prasie zaczęły się ukazywać entuzjastyczne opinie dziennikarzy sportowych na jego temat. Pisano, że Cyraniak bije się „inteligentnie, przytomnie i skutecznie”3. Międzynarodowy rozgłos zyskał w 1933 r. po meczu Warty z węgierską drużyną Nemzeti. Choć zawody zakończyły się remisem, powszechnie uznano wynik za sukces (klub Nemzeti stanowił praktycznie reprezentację narodową Węgier), a występ Cyraniaka – za prawdziwą sensację. Nikt nie oczekiwał jego zwycięstwa z mistrzem olimpijskim… To była walka Dawida z Goliatem.

Wchodzi największa sława obu zespołów, Węgier Enekes, Mistrz Europy. Stary wyga ringowy jest pewny siebie. […] Naprzeciwko niego staje młody, debiutujący niemal Kajnar. Oczywiście cała nadzieja tylko w silnym ciosie Kajnara i jego ofiarnej walce. Bo przecież Enekes to wybitny fighter i jeśli nie będzie k.o. to wynik z góry przesądzony na korzyść sławnego Węgra. I Kajnar spełnia nieśmiałe nadzieje swoich ziomków. Walczył odważnie i ofiarnie, nie uciekał, nie walczył podstępnie (jak inni) i zmusza swojemi potężnemi ciosami Enekesa do rezygnacji. Widownia […] nieprzytomna z radości – relacjonował „Kurjer Poznański”4.

Kajnar zaimponował wszystkim swoją wytrzymałością i umiejętnością mylenia przeciwnika ruchami ciała5. Nic dziwnego, że po utalentowanego poznaniaka sięgnęła kadra narodowa. A on szybko udowodnił, że to był słuszny ruch. Do największych sukcesów Cyraniaka w tamtym czasie należała wygrana z mistrzem Europy w wadze piórkowej – Niemcem Kästnerem. W 1935 r. Kajnar został wicemistrzem Polski w wadze lekkiej. Wcześniej i później wielokrotnie zdobywał z Wartą Poznań tytuł drużynowego mistrza kraju6.

Karykatura Kajnara na łamach „Nowego Kurjera”, nr 35/1935.
Ze zbiorów Wielkopolskiej Biblioteki Cyfrowej

Służba i igrzyska

Tak jak inni ówcześni sportowcy, Czesław Cyraniak nie zarabiał na sporcie – treningi odbywał w czasie wolnym od pracy. W 1934 r. ukończył Państwową Szkołę Mierniczo-Melioracyjną w Poznaniu. Z ulgą jednak porzucił pracę mierniczego, która okazała się nie do pogodzenia z regularnym boksowaniem. Kajnar opowiadał o tym w jednym z wywiadów udzielonych podczas obozu przygotowawczego kadry narodowej:

– Dlaczego pan z takiem opóźnieniem przyjechał na obóz? – zapytujemy.

– Praca zawodowa nie pozwoliła mi na punktualność. Obecnie mam już lepszą posadę i pracuję w Izbie Skarbowej. Dotychczas przez szereg miesięcy nie miałem możności zajmowania się boksem, gdyż byłem z daleka od środowiska pięściarskiego […]. Byłem ciągle na wyjazdach. Ale teraz znów biorę się do boksu. Dobrze się czuję i myślę, że wkrótce będę znów w formie. Najwięcej cieszę się z tego, że nie muszę strenowywać wagi do piórkowej. Moja waga ustabilizowała się w kategorji lekkiej, z czego jestem bardzo rad. Wielkie katusze przechodziłem zawsze robieniem wagi. To było dla mnie zabójcze. Obecnie mam w perspektywie służbę wojskową. W połowie września idę już do podchorążówki. Powinność wojskową odbywać będę w 57. p.p. w Poznaniu. Służba w Poznaniu w dużej mierze ułatwi mi kontynuowanie w dalszym ciągu regularnych treningów7.

Regularność była tym istotniejsza, że za rok miały się odbyć igrzyska olimpijskie w Berlinie, z którymi Polacy wiązali ogromne nadzieje. Boks cieszył się dużą popularnością, czemu dali wyraz kibice żegnający olimpijczyków rodem z Poznania. Nagle gdzieś z boku rozległy się okrzyki: „Kajnar, Kajnar, aby tylko złoty medal!”. Kajnar odkrzyknął po poznańsku: „Jak trzeba, to musi” i w tym momencie ruszył pociąg, a przy dźwiękach orkiestry długo jeszcze rozlegały się okrzyki i powiewały chusteczki8.

Niestety pięściarze źle zaczęli występ olimpijski. Wiarę polskim kibicom przywróciła dopiero piękna walka Kajnara z Francuzem Aupetitem. „Kajnar ratuje honor pięściarstwa”, „Kajnar ratuje obóz polski przed depresją psychiczną”, „Kajnar pozwala nam zapomnieć o porażce Czortka i Piłata” – to tylko fragmenty relacji prasowych z 12 sierpnia 1936 r.9 Cała uwaga kibiców skupiła się na młodziutkim Cyraniaku.

W powszechnym odczuciu szansę na dobry olimpijski wynik odebrali mu sędziowie. Była to jedna z najpiękniejszych walk turnieju, cały czas prowadzona na dystans i fair. W meczu tym Kajnar błysnął piękną techniką, brawurą, ambicją, agresywnością i celnością ciosów, zdobywając sobie uznanie widowni. Po walce, którą Kajnar wyraźnie wygrał na punkty, jury ogłosiło zwycięstwo Filipińczyka, krzywdząc dotkliwie Polaka, który był lepszym bokserem10.

Polska reprezentacja bokserska na Pięściarskim Pucharze Europy Środkowej, listopad 1934 r. Trzeci od lewej siedzi Czesław Cyraniak. Obok niego – trener Feliks Stamm (w berecie) i Mieczysław Forlański, pierwszy polski medalista mistrzostw Europy, powstaniec warszawski (walczył w pułku „Baszta”).
Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

„Pragnę bronić barw Polski”

Z Berlina Cyraniak wrócił rozgoryczony i poturbowany. Doznał złamania przegrody nosowej i musiał przejść operację, po której nie mógł przez pewien czas trenować11. Jakby na pocieszenie „strzelec z cenzusem poznaniak Kajnar” stał się bohaterem nowej rubryki pisma „Żołnierz Polski”, która prezentowała czytelnikom sylwetki sportowców służących w wojsku12.

Służba wojskowa i kolejne kontuzje – nie tylko nosa, ale też łuku brwiowego i ręki – oznaczały rzadsze treningi i występy na ringu oraz słabsze wyniki. Uległem rozgoryczeniu i zamierzałem porzucić boks, dla którego tyle poświęciłem. Ostatnio jednak przekonałem się, że pięściarstwo weszło mi w krew, że wbrew mojej osobistej karierze (p. Cyraniak jest technikiem mierniczym) wracam na ring – bo czuję się na siłach, jestem jeszcze młody – pragnę znowu bronić barw Polski – mówił Kajnar w wywiadzie dla jednego z dzienników13. Nie mógł wiedzieć, że następną walkę pod biało-czerwoną flagą stoczy nie na ringu, ale polu bitwy.

Został zmobilizowany we wrześniu 1939 r. jako ppor. rezerwy. Dowodził 2 plutonem 5 kompanii 57 Pułku Piechoty, wchodzącym w skład Armii Poznań. Wziął udział w największej bitwie kampanii wrześniowej – bitwie nad Bzurą. Zginął w 11. dniu wojny, podczas natarcia 1 Niemieckiej Dywizji Pancernej, w nieznanych okolicznościach. Jest pochowany na cmentarzu parafialnym w Mąkolicach14.

21-letni Czesław Cyraniak na łamach tygodnika „Ilustracja Łódzka”,
10 marca 1935 r. Ze zbiorów Biblioteki Narodowej

Przypisy:

1 W. Trojanowski, Trzy wspaniałe walki Polaków, „Przegląd Sportowy”, nr 70/1936, s. 4.
2 Cyraniak Czesław, ps. „Kajnar” [w:] Bogdan Tuszyński, Henryk Kurzyński, Leksykon olimpijczyków polskich. Od Chamonix i Paryża do Soczi, wyd. III popr. i uzup., Warszawa 2014, s. 40.
3 Poznań zwyciężył Warszawę 13:3, „Kurjer Poznański”, nr 36/1933, s. 3.
4 m.z., 1, 2, 3… 10! Out! Wynieść, „Dziennik Poznański”, nr 29/1933, s. 7.
5 Warta-Nemzeti 8:8, „Dzień dobry”, nr 309/1933, s. 8.
6 Cyraniak Czesław, ps. „Kajnar”, dz. cyt., s. 40.
7 Dzień nominacji na obozie pięściarskim. Reprezentacja Polski została wybrana, „Dobry Wieczór! Kurjer Czerwony”, nr 226/1935, s. 4.
8 St. B., Jak Poznań żegnał olimpijczyków. Już są w Berlinie, „Mały Dziennik”, nr 209/1936, s. 6.
9 Kazimierz Gryżewski, Kajnar pozwala nam zapomnieć o porażce Czortka i Piłata, „Dobry Wieczór! Kurjer Czerwony”, nr 223/1936, s. 4.
10 Na ringu, „Polska Zbrojna”, nr 221/1936, s. 4.
11 Chmielewski i Kajnar w Berlinie, „Expres Zagłębia”, nr 217/1937, s. 8.
12 Gryzący przeciwnik Kajnara!, „Żołnierz Polski”, nr 24/1936, s. 505.
13 St. B., Do jakiego klubu wraca Kajnar, 10-ciokrotny reprezentant Polski, „Mały Dziennik”, nr 38/1938, s. 6.
14 Cyraniak Czesław, ps. „Kajnar”, dz. cyt., s. 40.

Stefania Krupa Z Sokoła do Powstania

Gimnastyka i sport są środkiem wychowawczym o wielu przymiotach: kształcą wolę, wyrabiają poczucie hierarchii, pobudzają inicjatywę, rozwijają zdolności psychiczne, zgoła kształcą harmonijnie pełnego człowieka1 – Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” poświęcało wiele uwagi wychowawczym i patriotycznym aspektom sportu. Stefania Krupa (wówczas nosiła nazwisko panieńskie: Gawałkiewicz), przyszła olimpijka, trafiła do warszawskiego Sokoła jako 17-latka i pozostała w jego szeregach przez kolejnych 13 lat – aż do wybuchu II wojny światowej2.

Krawcowa i gimnastyczka

Stefania Gawałkiewicz urodziła się 14 grudnia 1909 r. w Warszawie. Niewiele wiadomo o jej dzieciństwie. Pewne jest, że jako nastolatka pasję do sportu musiała łączyć z bardziej praktyczną nauką zawodu – ukończyła szkołę średnią i została krawcową. Miała 19 lat, gdy zaczęła pracę w słynnym Domu Braci Jabłkowskich, największym centrum handlowym ówczesnej Polski. Była ekspedientką, prawdopodobnie także szyła zarobkowo. Dwukrotnie – w 1929 i 1931 r. – zwyciężała w Zawodach Gimnastycznych o Pierwszeństwo o randze równej mistrzostwom kraju. Wyszła za mąż za Henryka Krupę, również gimnastyka, zawodnika Skry Warszawa. W 1934 r. urodził im się syn Stefan3.

Starty Stefanii w barwach warszawskiego Sokoła przypadły na czas dynamicznego rozwoju polskiej gimnastyki kobiet. Była to dyscyplina mogąca poszczycić się długimi sokolimi tradycjami, sięgającymi jeszcze poprzedniego wieku. Od lat 30. gimnastyka – pozostająca raczej w cieniu lekkoatletyki, nazywanej królową sportu – miała dodatkowo coraz mocniejsze oparcie w instytucjach. W 1932 r. Polska została afiliowana w Międzynarodowej Federacji Gimnastycznej, a już rok później Polak – Adam Zamoyski został prezesem organizacji4. Synowa Zamoyskiego Jadwiga była wnioskodawczynią w sprawie rozgrywania kobiecych mistrzostw świata w gimnastyce, a w 1936 r. stanęła na czele komisji olimpijskich zawodów gimnastycznych kobiet5.

Reklama Domu Braci Jabłkowskich w magazynie „Przegląd Mody”, nr 10/1928.
Ze zbiorów Biblioteki Narodowej
Żeńska drużyna gimnastyczna Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” w Warszawie, 1937 r. Druga z prawej stoi Stefania Krupa. W Powstaniu Warszawskim walczyły także Wisława Noskiewicz (druga od lewej), tak samo jak Stefania, sanitariuszka w zgrupowaniu Ruczaj, oraz dr Bożena Kokalij Kowalewska-Pietrzykowska (pierwsza od lewej), trzykrotna mistrzyni Polski w skokach do wody, która zginęła, pełniąc służbę lekarską.
Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

„Ślubujemy walczyć po rycersku”

Co ciekawe, aby Stefania Krupa i dziewięć pozostałych zawodniczek mogły pojechać do Berlina wraz z trenerkami i sędzinami, członkowie Towarzystw Gimnastycznych „Sokół” w całej Polsce zapłacili specjalną składkę. Dla Sokoła udział gimnastyczek w igrzyskach był sprawą priorytetową – wszystkie wytypowane zawodniczki wywodziły się bowiem z tej organizacji6.

Miejscem przygotowań gimnastyczek do igrzysk był Centralny Instytut Wychowania Fizycznego na warszawskich Bielanach. Dziennikarze chwalili, że dziewczęta odznaczają się największą pracowitością ze wszystkich sportowców i trenują codziennie od szóstej rano. Do opracowania programu muzycznego do ćwiczeń wolnych zaangażowano znanego kompozytora i pianistę Wiktora Osieckiego. Nacisk położono na to, by muzyka opierała się wyłącznie na polskich motywach7. Z sali ćwiczeń dobiegały zatem walce, polonezy i mazurki8.

Polska prasa wykazywała umiarkowany optymizm. „Gazeta Polska” odnotowała, że trzy zawodniczki, w tym Stefania Krupa, są już „otrzaskane w międzynarodowych spotkaniach” – w 1932 r. w trójmeczu w Pradze zajęły drugie miejsce, a dwa lata później zaliczyły świetny występ na pierwszych oficjalnych mistrzostwach świata w gimnastyce9.

Przed wyjazdem do Berlina polskie gimnastyczki – obok lekkoatletów, szermierzy, piłkarzy czy bokserów – wzięły udział w próbnej defiladzie na stadionie CIWF, prowadzonej przez Janusza Kusocińskiego. Olimpijczycy wzięli się za ręce i złożyli uroczystą przysięgę: Ślubujemy na Igrzyskach Olimpijskich walczyć po rycersku i do ostatniego tchu, aby wykazać światu, że Polska wychowała młode pokolenie dzielne ciałem i duchem10.

Znaczek pocztowy „150. rocznica powstania Towarzystwa Gimnastycznego »Sokół«”. Źródło: Poczta Polska S.A.
Polskie gimnastyczki na letnich igrzyskach olimpijskich w Berlinie. Na pierwszym planie Stefania Krupa.
Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

Debiut na igrzyskach

Białe szorty, białe sweterki zamiast bluzek, czerwony pasek, białe zamszowe pantofelki z białemi skarpetkami i biała wstążka na głowie, tworzyły estetyczną i elegancką całość. Pomiędzy ładnie ubranymi drużynami innych państw Polki prezentowały się najlepiej – to też recenzje pism z zawodów gimnastycznych, mówiąc o naszych druhnach, zaczynały się od słów: „Sehr eleganten Polinnen”… – polskie gimnastyczki wyraźnie urzekły widzów igrzysk olimpijskich w Berlinie11.

Program zawodów składał się z trzech rodzajów indywidualnych ćwiczeń na przyrządach (poręcze, równoważnia, koń) – obowiązkowych i dowolnych – oraz, w drugiej części, z ćwiczeń zbiorowych. Zawodniczki demonstrowały ćwiczenia wolne bez przyrządów, a następnie układ z ich zastosowaniem. Polki wybrały łuki12.

W konkursie wystartowało osiem drużyn narodowych. Całodzienne zawody okazały się niezwykle wyczerpujące; walka była zacięta, lecz piękna, co podkreślali sportowi sprawozdawcy. Polki mierzyły się z dużą tremą, która jednak całkiem ich nie zdekoncentrowała. Żadna z naszych dziewcząt nerwowo się nie załamała. Walczyły z powodzeniem z drużynami narodów o wielkiej kulturze fizycznej – pisał Czesław Tan, zastępca naczelnika Związku Towarzystw Gimnastycznych „Sokół” w Polsce. – Jesteśmy w tej dziedzinie na dobrej drodze i trzeba tylko kontynuować dalej stale i systematycznie nasze prace, a wyniki będą jeszcze lepsze13. Niestety, planów nie udało się zrealizować.

Przeskok wolny ponad przyrząd – obowiązkowy element zawodów olimpijskich w Berlinie. Ilustracja w dodatku do „Przewodnika Gimnastycznego »Sokół«”, nr 2/1936. Ze zbiorów Biblioteki Narodowej

„Mama” w Powstaniu

Wrzesień 1939 r. Kiedy wybucha wojna, Stefania przebywa na wczasach w podwarszawskiej Radości. Musi pożegnać męża, który idzie na wojnę. Sama z pięcioletnim Stefankiem ucieka na wschód. Gdy jednak dowiaduje się, że Polskę zaatakowali Sowieci, wraca do Warszawy. W pierwszych latach okupacji udaje jej się utrzymać posadę ekspedientki w Domu Braci Jabłkowskich14.

W czasie Powstania Warszawskiego Stefania jest łączniczką – a według niektórych źródeł także sanitariuszką – w batalionie Ruczaj. Nosi pseudonim „Mama”. W tym samym oddziale walczy jej kolega z Sokoła, pięściarz i gimnastyk Antoni Kołakowski (znają się też z pracy w Domu Braci Jabłkowskich). Być może to właśnie Antoni wciągnął Stefanię do konspiracji? Obojgu udaje się przeżyć powstanie. Ranny Antoni trafi do Pruszkowa, a Stefania – do obozów jenieckich, najpierw Stalagu X B Sandbostel, a następnie Stalagu VI C Oberlangen/Niederlangen. W kwietniu 1945 r. obóz wyzwolili żołnierze 1 Dywizji Pancernej gen. bryg. Stanisława Maczka.

Po wojnie Stefania rozstała się z mężem i wyszła za Antoniego Kołakowskiego. Osiedlili się w Szczecinie, gdzie przyszła na świat ich córka Alicja15.

Po wojnie Stefania pozostała przy krawiectwie i gimnastyce – jako trenerka i sędzia międzynarodowy. Zmarła 24 września 1981 r., siedem lat później odszedł Antoni. Aby uczcić pamięć gimnastyków-bohaterów, w Szczecinie zaczęto organizować Memoriał im. Stefanii i Antoniego Kołakowskich. Z czasem zawody otrzymały rangę nieoficjalnych mistrzostw Polski młodzików do lat 9. Brali w nich udział m.in. późniejsi olimpijczycy. W 2018 r. memoriał został po krótkiej przerwie reaktywowany z inicjatywy wnuka patronów – Igora Niewiadomskiego, który dziś jest wolontariuszem w Muzeum Powstania Warszawskiego16.

PRZYPISY

1 Tekst promocyjny opublikowany w dodatku do „Przewodnika Gimnastycznego »Sokół«”, nr 11/1936, s. 94.
2 Krupa (Gawałkiewicz) Kołakowska Stefania Janina [w:] Bogdan Tuszyński, Henryk Kurzyński, Leksykon olimpijczyków polskich. Od Chamonix i Paryża do Soczi, wyd. III popr. i uzup., Warszawa 2014, s. 83.
3 Stefania Krupa, Powstańcze Biogramy, https://www.1944.pl/powstancze-biogramy/stefania-krupa,24692.html [dostęp: 1 października 2019 r.].
4 Historia polskiej gimnastyki – Ważniejsze daty i wydarzenia, Polski Związek Gimnastyczny, https://pzg.pl/strona-glowna/o-nas/uchwaly-zarzadu-3/ [dostęp: 1 października 2019 r.].
5 Czesław Tan, Olimpijskie zawody kobiece, dodatek do „Przewodnika Gimnastycznego »Sokół«”, nr 8–10/1936, s. 67.
6 Olimpijska drużyna gimnastyczna sokolstwa, „Kurjer Poznański”, nr 325/1936, s. 11.
7 Tamże, s. 11.
8 W polskiej wiosce przygotowań olimpijskich, „Gazeta Polska”, nr 193/1936, s. 10.
9 Polacy na Olimpiadzie w Berlinie – gimnastyka, „Gazeta Polska”, nr 207/1936, s. 10.
10 Defilada olimpijczyków na Bielanach, „Gazeta Polska”, nr 209/1936, s. 6.
11 Czesław Tan, dz. cyt., s. 79.
12 Nasze gimnastyczki wywarły doskonałe wrażenie, „ABC”, nr 232/1936, s. 5.
13 Czesław Tan, dz. cyt., s. 79.
14 Stefania Krupa, Powstańcze Biogramy, dz. cyt.
15 Marek Kozubal, 75. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego: Sztafeta pokoleń, 1 sierpnia 2019 r., https://www.rp.pl/Powstanie-Warszawskie/307259901-75-rocznica-wybuchu-Powstania-Warszawskiego-Sztafeta-pokolen.html [dostęp: 1 października 2019 r.].
16 Tamże.

Władysław Karaś Strzelec z Legionów

Brawo, panie kapitanie!” – Janusz Kusociński uśmiechnął się szeroko i pogratulował brązowemu medaliście igrzysk olimpijskich w 1936 r. Kusociński, mistrz olimpijski sprzed czterech lat, ze względu na kontuzję nie mógł wystąpić w Berlinie. Był jednak członkiem polskiej ekipy jako korespondent „Przeglądu Sportowego”. Z zadania wywiązywał się znakomicie, przybliżając czytelnikom kulisy zmagań olimpijskich. Kiedy sukcesem dla Polski nieoczekiwanie zakończyły się zawody w strzelectwie sportowym, postanowił zaprezentować szerokiej publiczności niemal nikomu nieznanego sportowego debiutanta. O trzeciem miejscu na Olimpiadzie nie wypada tak mało pisać, jakby chodziło o zwyczajnego patałacha, który zginął gdzieś w przedbojach. A tem więcej trzeba pisać o kapitanie Władysławie Karasiu, który zdobył medal olimpijski w tak odległej dla przeciętnych sportowców dziedzinie, jaką jest strzelanie1. Medalista Władysław Karaś z rozbrajającą szczerością wyznał Kusocińskiemu: „Ze sportem strzeleckim zapoznałem się stosunkowo niedawno…”.

Nastolatek w „Strzelcu”

Władysław Karaś urodził się 31 sierpnia 1893 r. w Kielcach. Patriotyczną kartę w swoim życiorysie zaczął zapisywać bardzo wcześnie – już w wieku 14 lat działał aktywnie w ruchu socjalistycznym. Był zagrożony aresztowaniem, dlatego przeniósł się do Lwowa. Jako uczeń szkoły realnej zaangażował się w działalność Związku Strzeleckiego, gdzie ukończył kurs podoficerski. 4 sierpnia 1914 r. zgłosił się do oddziałów strzeleckich Józefa Piłsudskiego. Walczył w bitwach pod Łowczówkiem i Kostiuchnówką. Dwukrotnie został ranny i wzięty do niewoli rosyjskiej. Po zwolnieniu wstąpił do Polskiej Organizacji Wojskowej. Był oficerem do specjalnych zleceń w Kijowie, pracował w wywiadzie m.in. na terenie Ukrainy. Niewiele brakowało, a misja zakończyłaby się tragicznie. Karaś został aresztowany przez Ukraińców i przekazany Niemcom. Otrzymał wyrok śmierci. Ostatecznie karę zamieniono jednak na 15 lat więzienia2.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości Władysław wyszedł na wolność i wrócił do służby wywiadowczej. Do kraju przyjechał w czerwcu 1919 r., a już miesiąc później wstąpił do Wojska Polskiego. Służył kolejno w 5 Pułku Piechoty Legionów, 82 Syberyjskim Pułku Piechoty, Ekspozyturze nr 1 (Wilno) Oddziału II Sztabu Głównego, Brygadzie Korpusu Ochrony Pogranicza „Wołyń” oraz Ekspozyturze nr 2 (Warszawa) Oddziału II Sztabu Głównego3. W roku 1922 został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari V klasy i Krzyżem Walecznych, a w 1931 – Krzyżem Niepodległości z Mieczami4. Przez kolegów z wywiadu był ceniony za znajomość języków obcych i znajomość topografii sąsiednich państw, w których prowadził działania5. Pracę wywiadowczą łączył z aktywnością w Związku Strzeleckim – był inspektorem Komendy Głównej.

43-letni debiutant

Październik 1935 r. Kapitan Władysław Karaś bierze udział w meczu między Państwowym Urzędem Wychowania Fizycznego a Związkiem Strzeleckim w konkurencji karabinka małokalibrowego. Wygrywa zawody, czym sam jest zdziwiony – po zakończeniu działań wojennych, przez ponad 10 lat, strzelaniem zajmował się przecież tylko dorywczo, w pułku i w związku w czasie ćwiczeń. Ze wszystkich sportów najbliższe było mu dotąd narciarstwo…

Jesienią 1935 r. środowisko sportowe żyje przede wszystkim przygotowaniami do przyszłorocznych igrzysk olimpijskich. Ktoś proponuje, by postawić na kpt. Karasia. Przez całą zimę Władysław trenuje na strzelnicy Związku Strzeleckiego przy ul. Zielenieckiej w Warszawie. Dostaje urlop i częściowo wykorzystuje go na obóz szkoleniowy. Później wyjeżdża na wakacje do Małopolski Wschodniej. Urządziłem tam sobie prymitywną strzelnicę i pukałem, kiedy miałem wolną chwilę – wspominał potem w wywiadzie6.

Strzelnica Związku Strzeleckiego naprzeciwko parku Skaryszewskiego im. Ignacego Jana Paderewskiego przy ul. Zielenieckiej na wybrzeżu praskim, marzec 1931 r. Zdjęcie przedstawia obiekt w czasie powodzi, która nawiedziła wówczas Warszawę – 4,5 roku później właśnie tam trenował przed igrzyskami kpt. Władysław Karaś. Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

„Cichy, skromny wysiłek”

7 sierpnia 1936 r. Choć to środek lata, w Wannsee niebo jest ciemne i zachmurzone. Na olimpijską strzelnicę wychodzą zawodnicy. Kapitan Karaś nie ma dobrych przeczuć – do zawodów przystępuje niewyspany, bo sąsiad, z którym jest zakwaterowany w hotelu, do późnej nocy czytał gazetę i nie chciał wyłączyć światła7.

Do konkursu przystępuje 64 strzelców z 22 państw. Każdy z zawodników z odległości 50 m oddaje po 30 strzałów do 10-pierścieniowej tarczy. Norweg Willy Røgeberg uzyskuje maksymalną liczbę punktów, czyli 300. Pięciu zawodników – Polak, Węgier, Meksykanin i Brazylijczyk – osiąga wynik 296. O końcowej klasyfikacji decyduje lokata strzałów. Drugie miejsce sędziowie przyznają Węgrowi, trzecie – Polakowi8. Tym samym kpt. Karaś zostaje pierwszym w historii Polski medalistą olimpijskim w strzelectwie.

Ile trzeba było opanowania nerwów, ile upartej zawziętości, ile wytrzymałości moralnej i fizycznej, by wywalczyć ten bronzowy medal! Wynik i w ogóle i w szczególe – w warunkach olimpijskiego napięcia nerwów – fenomenalny9 – pisała prasa. Inny dziennikarz zauważył: Jest to sukces tem bardziej dla nas cenny, że kpt. Karaś został odkryty dopiero na eliminacjach przedolimpijskich i nigdy jeszcze dotąd nie brał udziału ani w krajowych zawodach strzeleckich, ani tem bardziej zagranicznych10.

Informacja o olimpijskim sukcesie Władysława Karasia na pierwszej stronie jednego z warszawskich dzienników („Dzień Dobry!”, nr 220/1936).
Ze zbiorów Biblioteki Narodowej

O zaskoczeniu dziennikarzy sukcesem rodaka świadczył także fakt, że kiedy Władysław Karaś walczył na strzelnicy, na miejscu nie było żadnego polskiego korespondenta… Jeden z przedstawicieli prasy miał później duże wyrzuty sumienia i poczuł się w obowiązku wytłumaczyć ze swojej nieobecności: To już tak jest: są sporty widowiskowe, porywające widza, są inne, których urok jest ukryty, z któremi się trzeba czynnie zapoznać, by w całej pełni zrozumieć ich piękno. Do takich należy sport strzelecki. Dlatego w Wannsee nie ma dziesiątków tysięcy rozegzaltowanej publiczności, są tylko setki „swoich”, ale za to prawdziwych znawców, którzy przychodzą nie gapić się, a „smakować”. Owszem, wszyscy wiedzą, jak ważne jest dla każdego kraju posiadanie jak największej ilości dobrych strzelców, lecz w większości wypadków ludzie zadowalają się stwierdzeniem tej potrzeby, sami jednak nic nie robią, by ilość strzelców powiększyć, by tych, którzy strzelectwo pchają naprzód, nagrodzić choćby zewnętrznym wyrazem zainteresowania. Dlatego stało się tak, iż o wspaniałym sukcesie strzelca polskiego Władysława Karasia dowiedzieliśmy się dopiero z komunikatu, wywieszonego w olimpijskiem biurze prasowem. Zapomnieliśmy – trzeba położyć rękę na sercu – o naszych strzelcach w momencie, kiedy na Poststadion piłkarze polscy walczyli z angielskimi. Wielki głośny ewenement przysłonił cichy, skromny wysiłek. Ten, nie szukający reklamy, wysiłek dał nam jednak medal, dał satysfakcję ujrzenia sztandaru polskiego na maszcie głównego stadjonu, ten wysiłek wpływem swym sięgając daleko poza sfery czysto sportowe – wzmocnił wiarę wszystkich Polaków w siłę obronną państwa, w sprawność obronną narodu11.

Wojna zamiast igrzysk

Choć w kraju wszyscy docenili sukces olimpijczyka – debiutanta, on sam był bardzo skromny w komentarzach. Z miejsca swego i medalu jestem bardzo zadowolony, z wyniku – nie. Powinienem był uzyskać przynajmniej 298 punktów, zamiast 296 – powiedział w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”. – Z Berlina wywożę dobre wspomnienia i przyrzeczenie poprawy miejsca przy następnej okazji12.

Władysław Karaś rzeczywiście zdobywa kwalifikację olimpijską na kolejne igrzyska (w Helsinkach), ale te się nie odbędą. Wybucha bowiem II wojna światowa. Jako oficer wywiadu kpt. Karaś zostaje skierowany na Węgry. Nawiązuje kontakt z kolegami ze Związku Strzeleckiego, którzy w kraju zakładają konspiracyjną Organizację Orła Białego. Na początku 1940 r. Władysław wraca do Polski i wstępuje do Związku Walki Zbrojnej. Staje na czele dywersji w sztabie Obszaru Południowego ZWZ, następnie sprawuje funkcję szefa Związku Odwetu Okręgu ZWZ-Kraków. W 1941 r. Niemcy przez dwa miesiące przetrzymują go w areszcie na Montelupich, ale w końcu zwalniają. Kolejne miesiące pokazują, że to tylko odroczenie wyroku. Karaś zostaje oddelegowany do warszawskiego ZWZ (wkrótce organizacja zyskuje nową nazwę – Armia Krajowa). 23 kwietnia Niemcy aresztują Władysława i zamykają go na Pawiaku. Miesiąc później kpt. Karaś zostaje zamordowany w masowej egzekucji koło Magdalenki13.

Po wojnie ciała pomordowanych zostały ekshumowane. Władysław Karaś spoczywa wraz z żoną Feliksą, porucznikiem Armii Krajowej, na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.

Pomnik ku czci osób rozstrzelanych przez Niemców 28 maja 1942 r. w Lesie Sękocińskim obok Magdalenki. Wśród ponad 200 ofiar egzekucji był kpt. Władysław Karaś. Źródło: Wikipedia

PRZYPISY

1 Janusz Kusociński, Poznajmy naszego medalistę kpt. Karasia mistrza w strzelaniu, „Przegląd Sportowy”, nr 71/1936, s. 4.
2 Karaś Władysław, Wykaz Legionistów Polskich 1914–1918, 30 lipca 2014 r., http://wykaz.muzeumpilsudski.pl/wykaz-legionistow/wykaz/legionista/10722-karas [dostęp: 20 września 2019 r.].
3 Karaś Władysław [w:] Bogdan Tuszyński, Henryk Kurzyński, Leksykon olimpijczyków polskich. Od Chamonix i Paryża do Soczi, wyd. III popr. i uzup., Warszawa 2014, s. 922.
4 Tamże, s. 922.
5 Marian Ożóg, Władysław Karaś, „Strzelectwo Sportowe. Kwartalnik Polskiego Związku Strzelectwa Sportowego”, nr 2/2010, s. 15.
6 Janusz Kusociński, dz. cyt., s. 4.
7 Tamże, s. 4.
8 Bronzowy medal na piersiach strzelca. Kpt. Karaś zajmuje trzecie miejsce, „Dobry Wieczór! Kurjer Czerwony”, nr 220/1936, s. 1.
9 Wiktor Junosza, Brawo strzelcy, „Polska Zbrojna”, nr 218/1936, s. 4.
10 Kpt. Karaś zdobył bronzowy medal olimpijski, „Gazeta Polska”, nr 221/1936, s. 5.
11 Wiktor Junosza, dz. cyt., s. 4.
12 Janusz Kusociński, dz. cyt., s. 4.
13 Karaś Władysław, Wykaz Legionistów Polskich 1914–1918, dz. cyt.

Janina
Lewandowska
Jedyna Polka w Katyniu

Gdy ktoś czuje się […] źle, jest osamotniony, smutny i ma jakie zmartwienia, niech przyjedzie do nas – na szybowisko, do Rzadkowa, popatrzy na świat z wysokości, tam – z góry, siedząc na białej wronie, będzie mu z pewnością tak dobrze jak nam. Zobaczy, jak piękny jest świat, będzie śmiać się i cieszyć razem z nami. Pozna piękne, wzniosłe zadanie „lotnika”1 – tak w sierpniu 1938 r. Janina Dowbor-Muśnicka zachwalała na łamach „Dziennika Poznańskiego” zalety sportu szybowcowego. Ona, niespełniona śpiewaczka, cieszyła się jego urokami już od kilku lat. To dzięki pasji szybowcowej poznała przyszłego męża. Nowożeńcom nie było jednak dane się sobą nacieszyć. Dwa tygodnie po ślubie kościelnym wybuchła wojna, która rozdzieliła ich na zawsze. W 32. urodziny Janina została zamordowana strzałem w tył głowy.

Lotnisko zamiast sceny

Janina Dowbor-Muśnicka urodziła się 22 kwietnia 1908 r. w Charkowie. Jej ojcem był jeden z wysokich dowódców carskiej armii – Józef Dowbor-Muśnicki. Po obaleniu caratu przez rewolucjonistów zgłosił się do Naczelnego Polskiego Komitetu Wojskowego i stanął na czele I Korpusu Polskiego w Rosji. Był to czas, kiedy ważyły się losy polskiej niepodległości i przyszłych granic państwa. W styczniu 1919 r. Dowbor-Muśnicki objął stanowisko naczelnego dowódcy powstania wielkopolskiego. To właśnie z Wielkopolską związał życie swojej rodziny. Do zakupionego majątku w Lusowie sprowadził żonę i dzieci: Giedymina, Olgierda, Janinę oraz najmłodszą Agnieszkę.

Janka została uczennicą Państwowego Gimnazjum Żeńskiego im. Generałowej Zamoyskiej w Poznaniu i tutejszego Konserwatorium Muzycznego. Marzyła o karierze śpiewaczki. Janinę można zobaczyć na zdjęciu z konkursu „Młody śpiewak”, organizowanego przez Towarzystwo Przyjaciół Muzyki i Opery Narodowej w Warszawie. Generał Dowbor-Muśnicki był jednak przeciwnikiem artystycznych planów córki. Podobno wychowywał dzieci „po wojskowemu”. W domu obowiązywała dyscyplina, dziewczęta uczyły się jazdy konnej, narciarstwa, pływania2. Po nieudanej przygodzie ze sceną Janina rozpoczęła pracę na poczcie, jako asystentka3. Wstąpiła także do Pocztowego Przysposobienia Wojskowego4.

Kiedy zetknęła się z lotnictwem? Historycy wskazują, że to brat – oficer 3 Pułku Lotniczego w Poznaniu – po raz pierwszy zabrał Jankę na lotnisko Ławica. Szybko połknęła bakcyla.

Generał Józef Dowbor-Muśnicki z dziećmi: Olgierdem, Gedyminem, Janiną i najmłodszą Agnieszką. Park w Batorowie.
Ze zbiorów Muzeum Powstańców Wielkopolskich w Lusowie
Janina Dowbor-Muśnicka podczas konkursu „Młody śpiewak” w Warszawie, czerwiec 1932 r. Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

Jak wielu przyszłych lotników, zaczęła od kursu szybowcowego. Moment swojego pojawienia się na szybowisku opisywała z dużym humorem: Żyli wszyscy zgodnie i kochali się wzajemnie, aż pewnego wieczoru zjawiła się „Ta trzynasta”. Przybyła z bardzo daleka. W tym zakątku jednak, mało znanym, blisko granicy niemieckiej, nie robi to różnicy czy jest jedna więcej, czy jeden mniej. Tu jest zgodna rodzina, tu są wszyscy równi, wszyscy roześmiani i zadowoleni z życia5.

Szybowce, samoloty i… wiatrak

Dzień uzyskania kategorii „A” okazał się bardzo deszczowy, co nie pozwalało młodym szybownikom skorzystać ze świeżo nabytych uprawnień. Szybowisko pokryte było błotem. Jak wynika z relacji Janiny, nie przeszkodziło to jednak pomysłowym kursantom w świętowaniu: Nie można latać na szybowcach, trzeba się przelecieć przynajmniej na skrzydłach wiatraka. Po kolei więc uczepiamy się do skrzydła, dla pewności przymocowują koledzy sznurem takiego niesamowitego lotnika – jazda. Przy takim locie emocja nieco odmienna, bo się leci raz poziomo, to znowu do góry nogami, ale dla lotnika to przecież nic nadzwyczajnego, nawet po locie w tak niezwykłych pozycjach musi on po wylądowaniu utrzymać równowagę. Przy tych lotach wiatrakowych było śmiechu co niemiara. Zadowoleni z tej atrakcji wróciliśmy już w lepszych humorach do domu6.

Janina szybko uzyskała licencję pilota sportowego. W Wyższej Szkole Pilotażu na Ławicy otrzymała dyplom pilota motorowego. Pokochała także spadochroniarstwo. Prawdopodobnie jako pierwsza kobieta w Europie wykonała skok ze spadochronem z wysokości 5000 m7. Podczas pokazów skoków spadochronowych występ Janki często był największą atrakcją – jedyna przedstawicielka płci żeńskiej wśród kilkudziesięciu skoczków wzbudzała sensację8.

Wiosną i latem 1939 r. odbywało się wiele wydarzeń przybliżających społeczeństwu polskie lotnictwo. Janina chętnie brała udział w pokazach, np. w czerwcu na lotnisku Ławica. Była wśród ośmiu skoczków, którzy dali popis swoich umiejętności, wyskakując w kilkusekundowych odstępach z wielkiego (jak na ówczesne warunki) samolotu pasażerskiego Fokker. Popisy spadochroniarzy przyciągnęły, jak pisała prasa, „pół Poznania”9.

O godz. 15 z hangaru wyprowadzono dwa samoloty, a to „Bellancę”, na której bracia Adamowicze przelecieli przez Atlantyk do Polski, oraz „Kolejarza warszawskiego”, oba należące do L.O.P.P., które po pewnym czasie zaczęły rolować na środek lotniska. Za samolotami ruszyli ubrani w kombinezony i kominiarki i zaopatrzeni w dwa spadochrony, plecowy i piersiowy, skoczkowie, wśród których zwracała uwagę jedyna kobieta, p. Janina Dowbór-Muśnicka10. Właśnie rozpoczynało się ostatnie takie lato.

Janina w kabinie szybowca. Obok stoi Mieczysław Lewandowski.
Ze zbiorów Tomasza Koseckiego

Miłość i wojna

Maj 1939 r. W „Kurjerze Poznańskim” ukazują się zapowiedzi: instruktor szybowcowy z Zakopanego – Mieczysław Lewandowski i asystent pocztowy z Poznania – Janina Dowbor-Muśnicka niebawem wezmą ślub11.

Poznali się trzy lata wcześniej, podczas pokazów lotniczych organizowanych przez szkołę szybowcową w Tęgoborzu nieopodal Nowego Sącza. Mieczysław pomógł Jance przeżyć najtrudniejsze chwile: śmierć ojca (1937) i samobójstwo brata (1938). Najpierw wzięli ślub cywilny, a 17 sierpnia 1939 r. w Tęgoborzu odbył się ślub kościelny. Do pamiątkowego zdjęcia zapozowali oczywiście przed szybowcem – kościół stał niedaleko szkoły, w której się poznali. Po ślubie nie zdążyli nawet wspólnie zamieszkać. Wybuchła wojna.

Mieczysław, oficer rezerwy, stawił się w swoim pułku, jednak jego samolot został zestrzelony już 1 września. Lewandowski postanowił przedrzeć się do Poznania, do Janki. Spóźnił się zaledwie o kilka godzin (według innych relacji – minut). Młoda mężatka zdążyła wyruszyć na wojnę…

Janina należała do Przysposobienia Wojskowego Kobiet, zrobiła kurs radiotelegraficzny. W Centrum Wyszkolenia Łączności w Zegrzu szkoliła się z zakresu obsługi telegrafów Hughesa (szybko piszących aparatów telegraficznych)12. Jak podaje jej biografka – Henryka Wolna-Van Das, wraz z innymi członkami Aeroklubu Poznańskiego Janina dostała kartę mobilizacyjną i przydział do 3 Pułku Lotnictwa. Nie była żołnierzem, ale chciała się przydać w wojsku. 3 września na fali euforii po wypowiedzeniu wojny przez Francję i Anglię, wraz z kolegami klubowymi wyruszyła za swoją jednostką do Lublina. W lotniczym kombinezonie, z plecakiem i dwoma pistoletami zabranymi z gabinetu ojca poszła, jak kiedyś on, bić się o wolność Polski. Odtąd zły los decydował już za nią13.

Niewola i śmierć

Janina wsiadła do pociągu, który dojechał jednak tylko do Nekli. Tory zostały zbombardowane. Po drodze Lewandowska i jej koledzy spotkali żołnierzy z Ławicy (rzut kołowy Bazy Lotniczej nr 3) i przyłączyli się do nich w drodze na wschód. 17 września Armia Czerwona najechała na Polskę. Dowódca – kpt. pilot Józef Sidor wydał rozkaz, zgodnie z którym grupa miała podzielić się na dwie części. Zadaniem pierwszej było przebicie się do Rumunii, drugiej – przekroczenie granicy z Węgrami. Żołnierze, którzy tak jak Janina poszli z kpt. Sidorem w kierunku Węgier, w rejonie Husiatynia zostali otoczeni przez Sowietów14.

Lewandowska razem z dowódcą trafiła do obozu w Ostaszkowie, a następnie w Kozielsku. Zdawała sobie sprawę, że musi ukrywać swoją prawdziwą tożsamość. W końcu była córką dawnego oficera rosyjskiej armii, generała Wojska Polskiego, które w 1920 r. pokonało bolszewików. Janka podała więc fałszywe imię ojca i posługiwała się nazwiskiem męża. Oficerowie pomogli jej znaleźć mundur polskiego lotnika.

W dokumentach figurowała jako podporucznik pilot, ale do dziś nie wiadomo, czy stopień otrzymała jeszcze w czasie wojny obronnej we wrześniu 1939 r., czy już w okresie niewoli. W obozie jenieckim – podobnie jak przed laty, wśród szybowników i spadochroniarzy – Janina jako jedyna kobieta budziła zdziwienie i podziw. Zachowało się kilka relacji dokumentujących życie Lewandowskiej w Kozielsku. Dzięki nim wiemy, że nosiła mundur lotnika, a współtowarzysze niedoli wydzielili jej niewielkie „pomieszczenie” pod schodami, dzięki któremu mogła mieć choć trochę prywatności15.

7 lutego 1940 r. jeden z jeńców – mjr Kazimierz Szczekowski zanotował w pamiętniku: Jest tu w obozie lotniczka. Dzielna kobieta. Już czwarty miesiąc znosi z nami wszelkie trudy i niewygody niewoli16. Niespełna dwa miesiące później Sowieci zaczęli wywozić polskich oficerów z Kozielska. Grupa, w której była Janina, wyruszyła 20 kwietnia 1940 r. Dwa dni później wszyscy zostali zamordowani strzałem w tył głowy.

Tragicznie potoczyły się także losy młodszej siostry Janki – Agnieszki. Dwudziestoletnia w chwili wybuchu wojny dziewczyna przedostała się do Warszawy, gdzie zaangażowała się w działania podziemnej Organizacji Wojskowej „Wilki” – tej samej, do której należał Janusz Kusociński. Niestety Agnieszka została zdekonspirowana, przewieziona na Pawiak, a następnie rozstrzelana przez Niemców w Palmirach (20 lub 21 czerwca 1940 r.). Córki gen. Dowbor-Muśnickiego zamordowano w odstępie dwóch miesięcy17.

Mąż Janiny przedostał się na Zachód. Walczył w bitwie o Anglię, służył w polskich dywizjonach. Po wojnie pozostał w Wielkiej Brytanii. Zmarł w 1997 r.18. Nigdy się nie dowiedział, że szczątki Janiny były wśród ciał polskich oficerów ekshumowanych z mogił katyńskich w 1943 r. Obecność kobiecych zwłok w katyńskim dole śmierci była dla Niemców niezrozumiała i nie wpisywała się w ich wojenną propagandę, dlatego postanowili to przemilczeć. Niemiecki antropolog – prof. Gerhard Buhtz zabrał jednak z miejsca ekshumacji kilka czaszek.

Po wojnie trafiły one do prof. Bolesława Popielskiego, kierownika Zakładu Medycyny Sądowej we Wrocławiu. Przez wiele lat profesor ukrywał szczątki w obawie przed komunistycznym aparatem bezpieczeństwa. Dopiero chwilę przed śmiercią, w 1997 r., opowiedział o wszystkim swoim współpracownikom. Katyńskie czaszki zostały poddane badaniom. Potwierdzono, że jedna z nich jest czaszką Janiny Lewandowskiej.

Szczątki bohaterki zostały pochowane w 2005 r. w rodzinnym grobowcu na cmentarzu w Lusowie. Dwa lata później minister obrony narodowej Aleksander Szczygło awansował Janinę Lewandowską pośmiertnie do stopnia porucznika. Minister zginął półtora roku później w katastrofie smoleńskiej, w drodze na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej.

Janina i Mieczysław Lewandowscy po ślubie kościelnym w Tęgoborzu.
Ze zbiorów Muzeum Powstańców Wielkopolskich w Lusowie
Janina i Mieczysław Lewandowscy po ślubie kościelnym w Tęgoborzu.
Ze zbiorów Muzeum Powstańców Wielkopolskich w Lusowie
Znaczek pocztowy „100-lecie szkolenia kadr łączności wojskowej w Zegrzu 1919-2019”. Tę szkołę ukończyła Janina Lewandowska.
Źródło: Poczta Polska S.A.
Znaczek Pocztowego Przysposobienia Wojskowego, do którego należała Janina Lewandowska.
Ze zbiorów Biblioteki Narodowej
Grób Agnieszki Dowbor-Muśnickiej na cmentarzu w Palmirach.
Źródło: Wielkopolski Urząd Wojewódzki w Poznaniu

PRZYPISY

1 Janina Dowbor-Muśnicka, Gdy nie można dosiąść Białej Wrony, to latamy na skrzydłach wiatraka, „Dziennik Poznański”, nr 174/1938, s. 6.
2 Dziewczyna z Katynia. Rozmowa z Henryką Wolną-Van Das, „Nowa Trybuna Opolska”, 15 maja 2010 r., https://nto.pl/dziewczyna-z-katynia/ar/4151039 [dostęp: 18 września 2019 r.].
3 Księgi stanu cywilnego, „Kurjer Poznański”, nr 210/1939, s. 10.
4 Szybownictwo, „Kurjer Poznański”, nr 462/1937, s. 4.
5 Janina Dowbor-Muśnicka, dz. cyt., s. 6.
6 Tamże, s. 6.
7 Anna Dąbrowska, Tajemnica Janki, http://polska-zbrojna.pl/home/articleinmagazineshow/15499?t=TAJEMNICA-JANKI, 27 marca 2015 r.
[dostęp: 17 września 2019 r.].
8 Skoki spadochronowe młodzieży, „Czas”, nr 139/1939, s. 13.
9 Skoki spadochronowe i akrobacje lotnicze zgromadzą pół Poznania, „Dziennik Poznański”, nr 136/1939, s. 4.
10 Skoki spadochronowe młodzieży w Ławicy, „Kurjer Poznański”, nr 228/1939, s. 9.
11 Księgi stanu cywilnego, dz. cyt., s. 10.
12 Waldemar Kowalski, Janina Lewandowska – jedyna kobieta zamordowana w Katyniu, https://dzieje.pl/aktualnosci/janina-lewandowska-jedyna-kobieta-zamordowana-w-katyniu, 22 kwietnia 2015 r. [dostęp: 18 września 2019 r.].
13 Dziewczyna z Katynia, dz. cyt.
14 Anna Dąbrowska, dz. cyt.
15 Dziewczyna z Katynia, dz. cyt.
16 Cyt. za: Anna Dąbrowska, dz. cyt.
17 Paulina Mitręga, Pamięci Agnieszki Dowbor Muśnickiej, https://www.poznan.uw.gov.pl/wydarzenia-archiwalne/pamieci-agnieszki-dowbor-musnickiej, 19 czerwca 2015 r. [dostęp: 18 września 2019 r.].
18 Informacje przekazane Tomaszowi Koseckiemu przez rodzinę Mieczysława Lewandowskiego oraz Instytut Polski i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie.

Henryk Leliwa-Roycewicz Mistrz w sporcie
i w walce

Sierpień 1936 r., XI Letnie Igrzyska Olimpijskie. W Berlinie jak w przededniu wojny – relacjonowała dziennikarka sportowa Kazimiera Muszałówna w Polskim Radiu. Melodie wojskowych marszów, czarne i brunatne mundury na ulicach, loża pełna najwyższych dygnitarzy z Führerem Adolfem Hitlerem na czele… W tak nieprzyjaznej atmosferze przyszło startować polskim jeźdźcom we wszechstronnym konkursie konia wierzchowego. Konia Arlekina III dosiadł Henryk Leliwa-Roycewicz.

Po dziesiątej przeszkodzie zobaczyłem, że zaczęli do mnie wołać żołnierze niemieccy „halt, halt” – wspominał po latach w Polskim Radiu. – Przejechałem jeszcze kilka przeszkód i ciągle słyszałem te krzyki – „halt” i „halt”. W pewnym momencie, kiedy dojeżdżałem już do przeszkody przez szosę, trzeba było przeskoczyć przez taki wał, zauważyłem, że pięciu czy sześciu Niemców stoi na tej przeszkodzie i trzyma się za ręce, powstrzymując mnie, żebym nie jechał dalej. Musiałem więc zatrzymać konia. Zapytałem, o co właściwie chodzi. Niemcy powiedzieli mi, że ja zrobiłem jakiś błąd przy dziesiątej przeszkodzie i z tego powodu zostałem wyeliminowany. Nastąpiła bardzo nieprzyjemna chwila, kiedy człowiek nie wie, co dalej robić. Jeżeli ja zostaję wyeliminowany, to zostaje wyeliminowana ekipa! Nie czekając na wyjaśnienia – w prawo albo w lewo – od tych nieznanych mi ludzi, którzy mnie gęsto otoczyli, wyskoczyłem z dziesiątej przeszkody i pogalopowałem z powrotem1.

Polski jeździec usłyszał od sędziego, że wcale nie został wyeliminowany. Musiał jednak zawrócić, by powtórzyć trasę, przez co stracił dużo czasu. Ostatecznie Polacy zajęli drugie miejsce, za Niemcami, i zostali wicemistrzami olimpijskimi. Oszustwo Niemców miało się zapisać w historii jako jeden z przykładów niehonorowego zachowania, niegodnego sportowców. Trzy lata później Niemcy zaatakowały Polskę. Złoci medaliści zasilili szeregi Wermachtu, srebrni – stanęli w obronie zaatakowanej ojczyzny.

Igrzyska Olimpijskie w Berlinie, 1936 r. Henryk Leliwa-Roycewicz podczas skoku przez przeszkodę.
Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego
Por. Roycewicz na zawodach w Nicei. „Światowid”, nr 20/1929.
Ze zbiorów Jagiellońskiej Biblioteki Cyfrowej

„Najpierw nakarm konia”

Henryk Roycewicz urodził się 30 lipca 1898 r. w Janopolu na Żmudzi. Dorastał w patriotycznej atmosferze, wśród ukochanych książek Sienkiewicza i… koni. Podobno pierwszą przejażdżkę odbył w wieku zaledwie pięciu lat2. Roycewiczowie mieli majątek, który nastoletni Henryk chętnie objeżdżał konno wraz z ojcem. Jak pisze biograf Roycewicza Zygmunt Chmielewski, to właśnie ojciec wpoił synowi zasadę: „Zanim sam zasiądziesz do stołu, najpierw nakarm konia”3.

Drugą namiętnością Henryka okazała się działalność niepodległościowa. Jako 16-latek wstąpił do Polskiej Organizacji Wojskowej. Przeprowadził się do Wilna, gdzie na początku listopada 1918 r. uczestniczył w rozbrajaniu Niemców. Służbę w Wojsku Polskim rozpoczął miesiąc później. Walczył z bolszewikami o Wilno, Baranowicze, Mołodeczno i Słuck. Ukończył Szkołę Podchorążych Jazdy w Grudziądzu i otrzymał przydział do 25 Pułku Ułanów Wielkopolskich. Wciąż doskonalił umiejętności jeździeckie, kończył kolejne kursy. Jeden ze szkoleniowców zwrócił uwagę, że Roycewicz jest „wybitnie zamiłowany w sporcie”4. Ze wszystkich konkurencji jeździeckich ulubioną okazał się wszechstronny konkurs konia wierzchowego (WKKW).

Lata 20. i 30. to pasmo sukcesów Henryka Roycewicza. W 1928 r. por. Roycewicz wspólnie z rtm. Antoniewiczem, por. Gzowskim i por. Zgorzelskim zdobył Puchar Narodów w zawodach, które odbywały się w Warszawie5. Choć konkurs zakończył się sukcesem Polaków, od początku towarzyszył im pech. Najlepsze konie w naszej stajni rozchorowały się i nie mogły startować. Prasa odnotowała, że kiedy por. Roycewicz (nr 13) pokonywał trzynastą przeszkodę, na warszawskim niebie rozegrał się lotniczy dramat. Z terenu zawodów doskonale było widać płonący samolot i lotnika, który wyskoczył na spadochronie. Wkrótce i sam Roycewicz uległ wypadkowi: po zakończeniu konkursu w padoku kopnął go koń. Zawodnik musiał zostać odwieziony do szpitala6. Na szczęście okazało się, że to tylko mocne stłuczenia – na drugi dzień mógł ponownie dosiąść konia7.

Nie był to pierwszy wypadek Roycewicza. Dwa lata wcześniej, dwa dni przed wyjazdem na zawody do Nicei, podczas eliminacji w Grudziądzu spadł z konia i doznał bardzo poważnych obrażeń. Spędził 8 miesięcy w szpitalu. Lekarze, którzy za pomocą platynowych drutów próbowali przywrócić zawodnikowi sprawność, zalecili zakończenie kariery sportowej8. Pacjent nie posłuchał.

Henryk Leliwa-Roycewicz, porucznik Wojska Polskiego (1936 r.). Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

„Klasycznie, po mistrzowsku”

W 1932 r. Roycewicz na Black Boyu wygrał w Zakopanem konkurs o Nagrodę im. Prezydenta Rzeczypospolitej9, a w 1934 r. zdobył tytuł mistrzowski w Konkursie im. Szefa Departamentu Kawalerji Ministerstwa Spraw Wojskowych. Pogoda. Stadjon zalany słońcem. Tłumy. Dzień wczorajszy obfitował w niezmiernie emocjonujące momenty. Opisać nie sposób. Po prostu trzeba byłoby zdawać sprawę dosłownie z każdego przebiegu. Walka o zwycięstwo prowadzona była klasycznie, po mistrzowsku. […] Utrzymujący się początkowo na trzeciem, później na drugiem miejscu (po próbie B), zeszłoroczny I wicemistrz – por. Rojcewicz – startując na kl. Wisła, jako ostatni, w pięknym stylu przebywa parcours bez błędu i zdobywa pierwszą nagrodę10.

Jak zauważa Renata Urban, Roycewicz okazał się najwszechstronniejszym przedstawicielem sportu konnego w latach 30. Na jeździeckich mistrzostwach Polski zdobył dziewięć tytułów w trzech konkurencjach (ujeżdżenie, WKKW, skoki przez przeszkody)11.

Jak każdy jeździec, Roycewicz był niezwykle przywiązany do swoich koni. Black Boya i klacz Hoop (Nadzieja) otrzymał w prezencie ślubnym od żony Marii. Startował także na Hetmanie, Turczynce, Tulipanie (to na jego grzbiecie zdobył tytuł indywidualnego mistrza Wojska Polskiego) i Batiarze12. Największe sukcesy odnosił jednak na Arlekinie III – bardzo nieposłusznym koniu z łańcuckiej stadniny Potockich, który pomimo niepokornej natury doskonale dopasował się do jeźdźca. To właśnie Arlekin III pod koniec lipca 1936 r. wyruszył z Roycewiczem na igrzyska olimpijskie do Berlina.

„Vivat polscy kawalerzyści!”

Po przyjeździe polskiej ekipy do Berlina wysłannik „Polski Zbrojnej” zanotował barwną relację z treningu, który odbywali jeźdźcy:

– Doskonale… Wspaniale… Brawo! Dobrze ujeżdżony koń… Bardzo ładnie… Wzorowo… To poważny zawodnik, to wysoka klasa.

Czekam, kiedy usłyszę: źle, albo choćby tylko – słabo. A deszcze leje. Czyżby same tylko były na świecie asy? – pytam wreszcie.

– Na świecie to może nie, ale tu – to istotnie same gwiazdy pierwszej wielkości. Różnice pomiędzy niemi są tak nieznaczne, że taka lub inna lokata, to już tylko rzecz przypadku […]. Kulesza wypadł bardzo pięknie, Rojcewicz świetnie, musi być w tej próbie na jednym z pierwszych miejsc, Kawecki nie zawiódł. Ale ta próba – to właściwie nic jeszcze nie mówi13.

Wszechstronny konkurs konia wierzchowego trwał kilka dni, w czasie których jeźdźcy konkurowali w ujeżdżeniu, jeździe terenowej oraz konkursie skoków na stadionie olimpijskim – przy 100-tysięcznej widowni. Zawody okazały się niezwykle trudne, i dla zwierząt, i dla ludzi. Dwa konie złamały nogę, urazów doznali też niemiecki i angielski jeździec. Przebiegu nie ukończyło aż siedem drużyn. Konkurs skoków również obfitował w dramatyczne momenty. Rtm. Kulesza pokonał parcours bezbłędnie, jednak rtm. Roycewicz strącił dwie przeszkody, a kpt. Kawecki wjechał w wodę14.

Gdy Niemcy zmusili Roycewicza do zboczenia z trasy, Polak stracił mnóstwo czasu na ponowne pokonanie przeszkód. Tylko dzięki nieczystemu zagraniu niemieccy zawodnicy pokonali konkurencję i zdobyli złoty medal, spychając Polaków na drugie miejsce. Jakby tego było mało, po zawodach protest złożyli Czechosłowacy, sklasyfikowani na czwartej pozycji. Domagali się odebrania Polakom medalu w związku ze zdarzeniem, którego uczestnikiem był Roycewicz. Protest początkowo uznano, ale w końcu decyzja została zmieniona na niekorzyść reprezentacji Czechosłowacji15. „Vivat nasi kawalerzyści!” – pisano w polskiej prasie.

W roku olimpijskim Henryka Roycewicza awansowano do stopnia rotmistrza. Trzy lata później, tuż przed wybuchem II wojny światowej, stanął na czele szwadronu w 25 Pułku Ułanów Wielkopolskich.

Zdjęcie wykonane podczas zawodów o mistrzostwo konne Wojska Polskiego. „Światowid”, nr 31/1935. Ze zbiorów Jagiellońskiej Biblioteki Cyfrowej
Międzynarodowe Zawody Hippiczne na hipodromie w Łazienkach Królewskich w Warszawie (czerwiec 1936 r.). Dekorowanie zwycięzców w Konkursie Otwarcia. Widoczni od lewej na koniach: rumuński porucznik Zahej, rotmistrz Henryk Roycewicz, niemiecki rotmistrz Brandt, kapitan Paweł Dąbski–Nerlich.
Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego
Henryk Leliwa-Roycewicz podczas skoku przez przeszkodę.
Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego
Odznaka 25 Pułku Ułanów Wielkopolskich.
Źródło: Wikipedia

„Nie chciałem się poddać”

Podczas wojny obronnej 1939 r. Roycewicz ubezpieczał przeprawę przez Wisłę – od Płocka po Modlin. Walczył także pod Mińskiem Mazowieckim, Tomaszowem Lubelskim i Krasnobrodem. Następnie szwadron Roycewicza miał poprowadzić brygadę gen. Władysława Andersa do granicy z Węgrami. Dotarł do wsi Koniuchy, gdzie żołnierzy otoczyły oddziały sowieckie. 27 września Roycewicz został postrzelony w kolano.

Nie chciałem się poddać – wspominał dramatyczne chwile. – Byłem na koniu. Miałem karabin maszynowy. Strzelałem. Otoczony, dostałem kulę w kolano. Koń został zabity. Leżę pod nim w hełmie, z bronią, i widzę, jak zbliżają się Rosjanie. Ranny ułan krzyczy, że to dowódca szwadronu. Natychmiast wzywają komandira pułku. Przylatuje galopem. Staje. Ja wciąż tkwię pod koniem. Proszę, żeby go ze mnie ściągnęli16.

Sowieci wzięli rotmistrza do niewoli. Trafił do szpitala, gdzie udało mu się ukryć fakt, że jest oficerem. W przeciwnym razie zapewne podzieliłby tragiczny los kolegów, zamordowanych przez NKWD. Z niedoleczoną nogą uciekł ze szpitala. Przedostał się do Lwowa, założył mundur szeregowca i w ramach wymiany jeńców został przekazany Niemcom. Następnie dotarł do Krakowa, gdzie kontynuował leczenie rany. Udało się uniknąć amputacji, jednak wskutek nieprawidłowego leczenia noga miała już nigdy nie odzyskać sprawności.

Rok po ucieczce z sowieckiej niewoli Roycewicz dotarł do Warszawy i od razu nawiązał kontakt z podziemiem. Wstąpił do Związku Walki Zbrojnej (później przemianowanego na Armię Krajową). Przyjął pseudonim „Leliwa”. Działał w Śródmieściu, gromadząc broń i umieszczając ją w skrytkach w różnych częściach miasta. Jesienią 1943 r. został dowódcą Batalionu im. Jana Kilińskiego, popularnie zwanego batalionem „Kiliński”. Roycewicza wspierała jego druga żona. Jak wspominał sam rotmistrz, Felicja przewoziła po mieście rozkazy i broń w… wózku ich córki Grażynki17.

Ośmiuset żołnierzy „Kilińskiego” szkoliło się z zakresu strzelectwa, rozbrajania ładunków, łączności i walk ulicznych. Wkrótce w stolicy miało wybuchnąć powstanie.

Henryk Leliwa-Roycewicz (na zdjęciu w kółku) po zdobyciu budynku PAST-y podczas Powstania Warszawskiego. Fot. Eugeniusz Lokajski, ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego

„Warszawskie Monte Cassino”

Batalion „Kiliński” podzielił się na dwa zgrupowania. Oddziały dowodzone przez Roycewicza, noszącego mundur ułana, uczestniczyły w zdobywaniu kluczowych lokalizacji: Prudentialu, placu Napoleona, gmachów Poczty Głównej i PAST-y. Brano jeńców, zdobywano cenną broń i amunicję oraz żywność. Na dachach Prudentiala i PAST-y wywieszone zostały polskie flagi, których widok dodawał otuchy zarówno powstańcom, jak i cywilom.

To taki sam symbol jak biało-czerwona flaga na ruinach klasztoru pod Monte Cassino. Bo PAST-a i jej zdobycie to takie nasze warszawskie Monte Cassino. Ta biało-czerwona flaga dawała siłę powstańcom, ludności cywilnej, pokazywała, że polskiego instynktu wolności nie można zabijać i zabić się nigdy nie da. Ta biało-czerwona flaga powiewa nad PAST-ą do chwili obecnej18 – mówił Jan Kasprzyk, szef Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych, w 75. rocznicę zdobycia PAST-y.

Po sukcesie szturmu na PAST-ę rtm. Roycewicz został po raz drugi odznaczony orderem Virtuti Militari (pierwszy raz otrzymał to najwyższe wyróżnienie za wojnę obronną 1939 r.). Walczył aż do 8 września, kiedy został ciężko ranny w głowę, ramię i kolano. Niemiecka kula przebiła tętnicę. Przed wykrwawieniem się Roycewicza uratowali żołnierze. Udało im się wynieść dowódcę spod ostrzału. Znalazłem się pod troskliwą opieką mojej żony i zadziwiająco szybko zacząłem odzyskiwać siły. Rany goiły się bardzo dobrze – zanotował w dzienniku Roycewicz. – Rozpocząłem próby poruszania się o kulach i myślałem o ponownym objęciu dowództwa, niestety dotarły do mnie wiadomości o rokowaniach kapitulacyjnych19. W tym okresie wskutek zatrucia pokarmowego zmarła córeczka Roycewiczów – Grażynka.

Żołnierze rotmistrza do końca powstania utrzymywali się na zdobytych pozycjach. Batalion „Kiliński” pozostał niepokonany.

Uroczystości z okazji 75. rocznicy zdobycia PAST-y. Ze zbiorów Urzędu do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych

Powojenne losy

Po kapitulacji, ze względu na zagrożenie ze strony gestapo, Roycewicz uciekł ze szpitala w cywilnym ubraniu. Trafił do obozu przejściowego w Pruszkowie, skąd wyciągnęła go znajoma. Przez kolejne miesiące ukrywał się w jej majątku, aż do momentu ujawnienia się w rejonowej komendzie uzupełnień. Wrócił do Warszawy i pracował jako inspektor hodowli koni20. Jednocześnie wiele uwagi poświęcał upamiętnieniu poległych powstańców (których niezmiennie nazywał „swoimi chłopcami”) oraz pomaganiu ich rodzinom.

Z inicjatywy Roycewicza oraz płk. Jana Mazurkiewicza utworzony został społeczny komitet odpowiedzialny za ekshumacje poległych żołnierzy. W czasie powstania pogrzeby odbywały się na podwórkach kamienic, na placach, przy ulicach… Dzięki osobistemu zaangażowaniu Roycewicza zorganizowano ponad 100 pogrzebów żołnierzy „Kilińskiego”, które przerodziły się w wielkie patriotyczne manifestacje. Ppłk Roycewicz (został awansowany jeszcze w czasie w powstania) prowadził dokumentację, dzięki której mógł organizować pomoc materialną dla inwalidów wojennych oraz wdów i sierot po poległych21.

Dla przedstawicieli komunistycznego państwa ppłk Henryk Leliwa-Roycewicz był jednak wrogiem. Na początku 1949 r. został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa i ponad rok spędził w areszcie. Poddano go brutalnemu śledztwu. Wielki sportowiec, bohaterski żołnierz i dowódca dzielił celę ze zwykłymi przestępcami. Akt oskarżenia zawierał groteskowe stwierdzenia. Roycewicz został oskarżony o działanie zmierzające do usunięcia przemocą Krajowej Rady Narodowej, Rządu Jedności Narodowej i Rządu Rzeczypospolitej Polskiej, zagarnięcia ich władzy i zmiany ustroju Państwa Polskiego […] zorganizowanie […] tzw. Komitetu Ekshumacyjnego, wydawanie i rozpowszechnianie znaczków pamiątkowych Batalionu „Kiliński”. Bohatera skazano na 6 lat więzienia. Został wypuszczony na wolność wcześniej, a w 1957 r. – uniewinniony. Początkowo pracował jako zwykły magazynier, później wrócił do pracy z końmi, jako trener w klubie jeździeckim oraz rzeczoznawca22.

Do końca przewodził środowisku żołnierzy swojego batalionu, troszczył się o powstańczą kwaterę na Powązkach, dbał o upamiętnienie miejsc, w których toczono walki. Otoczony był „chłopcami” i „dziewczętami” z batalionu „Kiliński”, w większości osobami już po sześćdziesiątym roku życia, dla których 63 dni wspólnych walk i przeżyć powstańczych sprzed blisko pięćdziesięciu lat stworzyło wyjątkowe więzi nie do rozerwania – pisze Renata Urban.

Henryk Roycewicz zmarł 16 czerwca 1990 r. Został pochowany wśród swoich żołnierzy z „Kilińskiego”.

Henryk Leliwa-Roycewicz podczas audiencji u papieża Jana Pawła II, lata 80. XX w. Fot. autor nieznany, ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego
6. Kwatera żołnierzy batalionu „Kiliński” na warszawskich Powązkach – grób Henryka Leliwy-Roycewicza. Źródło: Wikipedia

Przypisy

1 Księga olimpijskich wspomnień (cz. 4), audycja Jana Lisa i Bogdana Tuszyńskiego, Polskie Radio, 26 czerwca 1972 r.
2 Renata Urban, Działalność Henryka Leliwy-Roycewicza w zakresie wojskowości, sportu i organizacji jeździectwa w Polsce, „Sport i Turystyka. Środkowoeuropejskie Czasopismo Naukowe”, t. I, nr 2/2018, s. 28–29.
3 Anna Bernat, „Rotmistrz Henryk Leliwa-Roycewicz i jego żołnierze”, autor: Zbigniew Chmielewski (recenzja), https://www.dzieje.pl/ksiazki/rotmistrz-henryk-leliwa-roycewicz-i-jego-zolnierze, 12 sierpnia 2018 r. [dostęp: 6 września 2019 r.].
4 Centralne Archiwum Wojskowe, Akta Personalne, sygn. 3834, cyt. za: Renata Urban, dz. cyt., s. 31.
5 Polak zawsze mistrzem konia, „Na Szerokim Świecie”, nr 3/1928, s. 4.
6 Międzynarodowe zawody konne, „Polska Zbrojna”, nr 270/1928, s. 5.
7 Stan zdrowia por. Rojcewicza, „Polska Zbrojna”, nr 272/1928, s. 4.
8 Międzynarodowe zawody konne, dz. cyt., s. 9.
9 Puchar P. Prezydenta zdobywa por. Rojcewicz, „Kurjer Warszawski”, nr 32/1932, s. 5.
10 VII międzynarodowe zawody konne, „Polska Zbrojna”, nr 156/1934. s. 6.
11 Renata Urban, dz. cyt., s. 33–34.
12 Tamże, s. 32.
13 Wiktor Junosza, Wśród egipskich ciemności Militari, „Polska Zbrojna”, nr 224/1936, s. 4.
14 Vivat nasi kawalerzyści! Zdobyli srebrny medal, „Polska Zbrojna”, nr 224/1936, s. 4.
15 Mariusz Czapla, Pamięci „Srebrnej Drużyny”. Polscy kawalerzyści na berlińskich igrzyskach w 1936 roku, https://nowahistoria.interia.pl/ii-rzeczpospolita/news-pamieci-srebrnej-druzyny-polscy-kawalerzysci-na-berlinskich-,nId,1353470, 6 marca 2014 r. [dostęp: 13 września 2019 r.].
16 W. Zegar, Pułkownik Henryk Roycewicz (1898–1990) (maszynopis), cyt. za: Renata Urban, dz. cyt., s. 38.
17 Renata Urban, dz. cyt., s. 39–40.
18 „PAST-a i jej zdobycie to nasze warszawskie Monte Cassino”, http://www.kombatanci.gov.pl/en/2-aktualno%C5%9Bci/1812-past-a-i-jej-zdobycie-to-nasze-warszawskie-monte-cassino.html [dostęp: 16 września 2019 r.].
19 Cyt. za: Anna Bernat, dz. cyt.
20 Renata Urban, dz. cyt., s. 42.
21 Anna Bernat, dz. cyt.
22 Renata Urban, dz. cyt., s. 43–44.

Medaliści z Los Angeles Z wiosłem
i z karabinem

I pojechali… pojechali nie na niewiadome, nie tylko „po naukę” czy „honorowe porażki”, a pojechali świadomi swej wartości sportowej i siły – przed igrzyskami olimpijskimi w Los Angeles prasa sportowa nie ukrywała wysokich oczekiwań wobec polskich wioślarzy. – Do śmiałego spojrzenia w przyszłość, do dumnego obnoszenia między obcymi polskiego orła na piersiach – upoważnia ich nader zaszczytna tradycja polskiego wioślarstwa […], coraz dobitniej akcentująca na wodach zagranicznych sprawność wiosła, dzierżonego w dłoni Polaka… Lecz nie to tylko daje im wiarę we własne siły, a nam zaufanie do nich, nie to tylko czyni ich naprawdę silnymi! […] Trzeba mieć prócz siły w garści i przemyślanej sprawności we władaniu wiosłem – poczucie tej własnej mocy, własnej odporności, własnej niezawodności, dającej rękojmię godnego bronienia honoru Polski na oczach całego świata1. Wioślarze – Jerzy Skolimowski, Jerzy Braun, Stanisław Urban, Edward Kobyliński i Janusz Ślązak – nie zawiedli. Siedem lat później, we wrześniu 1939 r., ponownie stanęli do walki o honor Polski.

Letnie Igrzyska Olimpijskie w Los Angeles, 1932 r. Reprezentacja Polski w wioślarstwie – zdobywcy brązowego medalu konkurencji: czwórka ze sternikiem. Widoczni od lewej: Edward Kobyliński, Stanisław Urban, sternik Jerzy Skolimowski, Janusz Ślązak i Jerzy Braun.
Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

„Wodniaki nie przyniosą wstydu”

Atletyczny wioślarz i filigranowy sternik. Architekt, ekonomista i absolwent gimnazjum klasycznego. Ekipa srebrnych i brązowych medalistów z Los Angeles była wielce zróżnicowana i pełna silnych osobowości.

Muskularnej budowy olbrzym o kształtach greckiego boga, zawsze dowcipny, zawsze gotów do kawałów, czasem może rubaszny, ale w każdym calu solidny sportowiec i mimo młodego wieku człowiek poważny – pisała prasa o Januszu Ślązaku, warszawiaku urodzonym w 1907 r., studencie Wyższej Szkoły Handlowej i Wydziału Inżynierii Lądowej Politechniki Warszawskiej. 186 cm wzrostu i 74 kg – w przedwojennych warunkach to była atletyczna sylwetka2.

Jerzy Skolimowski także urodził się w roku 1907, ale na tym podobieństwa się kończyły. Zaledwie 150 cm wzrostu i 49 kg wagi były jak wyrok dla młodzieńca, który marzył o sportowej karierze. A jednak „Mały” sprawdził się w wioślarstwie doskonale. Jako sternik „pchał łodzie swoich kolegów… sercem i namiętnym głosem” – żartowano. Student architektury na Politechnice Warszawskiej, zawodnik AZS3.

Stanisław Urban to rówieśnik Ślązaka i Skolimowskiego i tak jak oni AZS-iak. Kochał wiosłować, ale w sporcie zaistniał także jako… rugbysta – czołowy zawodnik AZS Warszawa4.

Cztery lata młodszy od kolegów Jerzy Braun pochodził z Bydgoszczy. To tam ukończył gimnazjum klasyczne i zaczął przygodę ze sportem. Jego pierwszymi klubami były Gimnazjalne Towarzystwo Wioślarskie Wisła i Bydgoskie Towarzystwo Wioślarskie5.

Edward Kobyliński urodził się w 1908 r. w Warszawie, ale jego rodzina o szlacheckim rodowodzie wywodziła się z Kielecczyzny. Przerwał studia na Politechnice Warszawskiej, by pracować w rodzinnej fabryce czekolady. Był świetnym biegaczem, jednak porzucił lekkoatletykę na rzecz wioślarstwa – podobno tęsknił za sportem zespołowym6.

Jako zespół byli doskonali. Kibice kochali ich za to, że pracowali ciężko, w ciszy, nie szukając rozgłosu7. Nie skarżyli się nawet wtedy, gdy tuż przed olimpijskim startem zakwaterowano ich w hotelu położonym daleko od areny występu na Long Beach. Zamiast tracić cenny czas na dojazdy do hotelu, obiady odgrzewali na przystani. Wodniaki nie przyniosą nam wstydu. Bądźmy o nich spokojni8 – pisali dziennikarze. Mieli rację. Z Los Angeles wioślarze wrócili ze srebrnym i brązowym medalem.

Przyjęcie dla polskich olimpijczyków w siedzibie Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego. Na zdjęciu widoczni Jan Mikołajczak, Jerzy Braun, Henryk Budziński, Janusz Ślązak, Jerzy Skolimowski, Stanisław Urban i Edward Kobyliński. Warszawa, wrzesień 1932 r.
Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego
Statek „Piłsudski”, którego wnętrze zaprojektował Jerzy Skolimowski.
Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego i Biblioteki Narodowej

Triumf polskich osad

Relację ze zwycięskich biegów opublikował „Przegląd Sportowy”: Polacy prowadzili przez pierwsze 400 mtr. w tempie 36 pociągnięć na minutę. Na 500 mtr. minęli ich Niemcy. Na 1000 mtr. Włosi wychodzą na czoło w tempie 40 pociągnięć i prowadzą z przewagą długości przed Niemcami; a o dalsze 2 mtr. przed Polską. Polacy szpurtują teraz, mijają Niemców i zrównują się z Włochami, ale nie wytrzymują długo tego tempa. Na 1500 mtr. Włosi prowadzą o trzy czwarte długości przed Niemcami i dalsze trzy czwarte długości przed Polską. […] Niemcy zaczynają finisz, stopniowo dochodzą do Włochów i niemal na mecie mijają ich; Polska o 2 długości z tyłu9. Braun, Ślązak i Skolimowski tylko przez chwilę mogli cieszyć się z pozostałymi kolegami z brązowego medalu – musieli się przygotowywać do kolejnego biegu, w konkurencji dwójka ze sternikiem. Rywalizację ukończyli na drugim miejscu, za Stanami Zjednoczonymi i przed Francją. 12 sierpnia 1932 r. był prawdziwie polskim dniem na Long Beach. Brązowy medal dorzuciła jeszcze dwójka bez sternika – Henryk Budziński z Janem Krenzem-Mikołajczakiem.

Po trwającej niemal dwa tygodnie podróży powrotnej polscy kibice witali olimpijczyków z Los Angeles dwukrotnie, najpierw po przybiciu statku „Pułaski” do gdyńskiego portu, a następnie na dworcu głównym w Warszawie. Tłumy szalały – relacjonował dziennikarz „Głosu Porannego”. – Przez zapchane ulice ruszył pochód. Na czele grupa motocyklistów, za nią policja konna torująca drogę, później cykliści, orkiestra 1 pułku szwoleżerów, wreszcie autokar, a w nim nasi olimpijczycy. Sportowcy udzielali wywiadów radiowych; wioślarzy reprezentował najbardziej przebojowy członek osady – Skolimowski. Bardziej nieśmiały Urban powiedział tylko: Wszędzie dobrze, ale najlepiej w domu10.

Dla większości wioślarzy z Los Angeles olimpijski medal oznaczał początek międzynarodowych występów i świetnych wyników na mistrzostwach kontynentu. W 1933 r. Ślązak, Braun i Skolimowski zdobyli srebrny medal mistrzostw Europy w Budapeszcie. „Mały” realizował się także jako architekt – zaprojektował wnętrza transatlantyków MS Piłsudski i MS Batory, a nawet… wnętrza pałaców arabskich szejków. Był laureatem wielu konkursów. Ostatni sukces (była to Nagroda Stowarzyszenia Architektów Polskich) odniósł w roku 1939 – który miał na zawsze odmienić życie jego i kolegów z osady.

Wojenne losy

We wrześniu 1939 r. wszyscy chwycili za broń. Edward Kobyliński stawił się w 36 Pułku Piechoty Legii Akademickiej. Walczył pod Wieluniem, Piotrkowem Trybunalskim i Łaskiem. Następnie – w ramach 44 Pułku Piechoty – pod Chełmem, Zamościem i Tarnowatką. Ostatni epizod wojenny to walki pod Wolą Gułowską pod dowództwem gen. Kleeberga11. Polacy walczyli bardzo dzielnie, 5 października odbili wieś Niemcom, jednak kolejnego dnia – w związku z brakiem amunicji i zaopatrzenia medycznego, a także klęską polskich oddziałów w innych częściach kraju – podjęta została decyzja o kapitulacji.

Janusz Ślązak, ppor. saper, walczył w Armii Modlin. Trafił do niemieckiego obozu jenieckiego w Woldenbergu12. Jerzy Braun, plutonowy podchorąży, uniknął niewoli. Udało mu się przedostać na Bliski Wschód, wstąpił do Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich. Wziął udział w bitwie o Tobruk, a następnie – już w ramach 3 Dywizji Strzelców Karpackich – walczył pod Monte Cassino, Ankoną i Bolonią. Dwukrotnie ranny, podwójnie odznaczony Krzyżem Walecznych13.

Polski cmentarz wojskowy na Monte Cassino zaprojektowany przez Jerzego Skolimowskiego.
Źródło: 123RF

 

Pod Tobrukiem Braun mógł spotkać „Małego”. Szlak bojowy Jerzego Skolimowskiego wyglądał następująco: po kampanii wrześniowej i wymknięciu się z sowieckiej niewoli dotarł przez Węgry i Rumunię na Zachód, by przyłączyć się do Polskich Sił Zbrojnych. Z Francji trafił do Anglii. W ramach Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich walczył w Tobruku. Potem, już jako polski oficer w szeregach brytyjskiego Secret Intelligence Service, działał na Bałkanach. W Grecji przygotowywał desant brytyjskiego wojska14.
Najtragiczniejszy los spotkał Stanisława Urbana, który walczył w wojnie obronnej w stopniu podporucznika. Wzięty do niewoli, trafił do obozu w Kozielsku. Historycy uważają, że został zamordowany – najprawdopodobniej w Katyniu15.

Po wojnie

Po 1945 r. dla oficerów Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie nie było powrotu do kraju. Jerzy Braun zamieszkał w Londynie, gdzie założył rodzinę. Zmarł przedwcześnie, w wieku niespełna 57 lat. Został pochowany w Crawley. Jerzy Skolimowski także związał swoje powojenne życie z Londynem, gdzie realizował się jako architekt i wykładowca na Polskim Uniwersytecie na Obczyźnie. Wspólnie z Wacławem Hryniewiczem zaprojektował Polski Cmentarz Wojenny na Monte Cassino. Pracował też w Afryce Południowej. Zmarł w 1985 r. Do Polski powrócił dopiero po śmierci – spoczął na cmentarzu Powązkowskim.

Janusz Ślązak i Edward Kobyliński po wojnie zostali trenerami wioślarstwa, ten drugi prowadził nawet kadrę narodową i przewodniczył Polskiemu Związkowi Towarzystw Wioślarskich. Ślązak zmarł w roku 1985, Kobyliński – w 1992. Obydwaj spoczywają na Powązkach.

Odznaka 36 Pułku Piechoty Legii Akademickiej.
Źródło: Wikipedia
Odznaka Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich.
Źródło: Wikipedia
Tablica upamiętniająca polskich olimpijczyków pomordowanych przez NKWD w Bazylice katedralnej św. Michała i św. Floriana w Warszawie.
Źródło: Wikipedia

Przypisy

1 I pojechali…, „Sport Wodny”, nr 8/1932, s. 143.
2 Ślązak Janusz Lubomir, https://www.olimpijski.pl/pl/bio/2040,slazak-janusz-lubomir.html [dostęp: 13 sierpnia 2019 r.].
3 Skolimowski Jerzy Walerian, https://www.olimpijski.pl/pl/bio/2019,skolimowski-jerzy-walerian.html [dostęp: 13 sierpnia 2019 r.].
4 Urban Stanisław [w:] Bogdan Tuszyński, Henryk Kurzyński, Leksykon olimpijczyków polskich. Od Chamonix i Paryża do Soczi, wyd. III popr. i uzup., Warszawa 2014, s. 1115.
5 Braun Jerzy, tamże, s. 1047.
6 Kobyliński-Prus Edward, tamże, s. 1071.
7 I pojechali…, dz. cyt., s. 144.
8 A. O., Wioślarze polscy w świetnej formie, „ABC”, nr 223/1932, s. 2.
9 Trzy sukcesy wioślarzy, „Przegląd Sportowy”, nr 66/1932, s. 3.
10 Olimpijczycy wrócili do kraju, „Głos Poranny”, nr 249/1932, s. 3.
11 Kobyliński-Prus Edward, dz. cyt.
12 Ślązak Janusz Lubomir, dz. cyt.
13 Braun Jerzy, dz. cyt.
14 Skolimowski Jerzy Walerian, dz. cyt.
15 Urban Stanisław, dz. cyt.

Roman Kazimierz Bocheński Na wojnę
w bluzie AZS

Lato 1928 r. Na pływalni na Jeziorku Kamionkowskim w parku Skaryszewskim zjawia się wysoki, dobrze zbudowany blondyn o wesołej twarzy. Przez chwilę obserwuje trening pływaków AZS, po czym podchodzi do sportowców i prosi o zmierzenie czasu na dystansie 50 m. Trochę zdziwiło nas to śmiałe zachowanie i zupełnie w dobrej wierze ostrzegaliśmy sympatycznego chłopca, ale z lekką ironią, że na basenie jest głęboka woda… – wspominał po latach Tadeusz Makowski. – Nie dał się przestraszyć […]. Wacek Moritz nacisnął stoper, a my wszyscy otworzyliśmy usta z podziwu, zobaczywszy upartego młodzieńca prującego wodę. Przepłynął! Czas 37,5 sek. Pierwsza „50-ka” w jego życiu. Rany boskie! – krzyknął któryś z nas – toć to talent nie z tej ziemi! Chłopie, jak się nazywasz? Zacznij uczęszczać na treningi, będziemy pływali razem! Odpowiedź usłyszeliśmy krótką: – Dobrze, będę przychodził, nazywam się Kazimierz Bocheński1.

Szybka kariera

Roman Kazimierz Bocheński urodził się 12 maja 1910 r. w Gliniance (dziś powiat otwocki). Może to bliskość rzeki Świder, nad którą położona była wieś, sprawiła, że pływanie stało się jego pasją? Sam Kazik nie wstydził się przyznać, że kraula uczył się z… edukacyjnej broszurki2. Wówczas nie mógł przypuszczać, iż do kolejnego wydania Krótkiego podręcznika pływania autorstwa Aleksandra Zaleskiego trafi jego zdjęcie w profesjonalnym pływackim stroju.

To miała być wielka chwila dla Kazika, ucznia Technicznej Szkoły Kolejowej. Właśnie skończył 18 lat. Po obiecujących indywidualnych występach na dystansie 100 m został zaproszony przez warszawski AZS do sztafety na mistrzostwach Polski w Królewskiej Hucie. Kiedy nadeszła jego kolej, Bocheński rzucił się po odbiór pałeczki. Nawet się nie zorientował, że wpłynął na sąsiedni tor… Zamknąłem oczy i nieprzytomny prawie sadziłem naprzód. Oprzytomniałem i otworzyłem oczy po jakimś zderzeniu. Jeszcze parę ruchów na oślep i znalazłem się na plecach drugiego pływaka. Całe szczęście, że umiałem jako tako pływać, bo z przerażenia mogłem utonąć3 – wspominał po latach z rozbawieniem. Wtedy jednak przejął się na tyle, że postanowił na jakiś czas zrezygnować z pływania. Wyjechał na studia do Gandawy w Belgii, ale tam również ciągnęło go na pływalnię… Kiedy okazało się, że gandawskiej drużynie brakuje jednego zawodnika do sztafety, dał się namówić. Tak zaczęło się pasmo sukcesów Polaka, zwieńczone nowym rekordem Polski na 100 m4.

Po powrocie w roku bieżącym do Polski koledzy nie poznali sympatycznego Kazia. Ze smukłego chłopca Bocheński wyrósł na barczystego mężczyznę o potężnych, długich rękach, silnych nogach, wspaniale rozwiniętej klatce piersiowej5 – pisała prasa pod koniec 1929 r. Dziennikarzy zachwycały nadzwyczajna szybkość, zwrotność i harmonia ruchów młodego pływaka6.

Okładka Krótkiego podręcznika pływania autorstwa Aleksandra Zaleskiego (Warszawa 1933). Wcześniejsze wydanie broszurki pomogło Kazikowi Bocheńskiemu w nauce pływania kraulem. Ze zbiorów Biblioteki Narodowej
Radość po zwycięskim meczu pływackim Polska–Belgia, 1929 r. Na ramionach kolegów najlepsi polscy pływacy: z lewej – Roman Kazimierz Bocheński, z prawej – Lejzor Szrajbman. Losy obydwu pływaków potoczą się tragicznie. Kazik zostanie zamordowany przez Sowietów w 1940 r., Lejzor zginie w getcie warszawskim trzy lata później.
Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

W pływackiej elicie

Kazik musiał wracać do Gandawy, gdzie wieść o młodym talencie z Polski szybko się rozeszła. We francuskim piśmie „L’auto” został nazwany „jedną z najpoważniejszych nadziei europejskiego pływactwa”. Francuscy dziennikarze z podziwem patrzyli na postępy Bocheńskiego, który wspaniałe wyniki osiągał bez jakiejkolwiek opieki trenerskiej, na skromnym i zatłoczonym basenie, w dodatku o zaokrąglonych rogach…7 W 1930 r. Kazik pobił rekord kraju na 100 m stylem dowolnym (1:00,4 min), który to rekord – jak się okazało – przetrwał do lat 50.

Każdy powrót Bocheńskiego z Belgii wywoływał entuzjazm środowiska pływackiego i kibiców. Kiedy w lipcu 1931 r. zawodnik przyjechał do Warszawy, AZS zorganizowało nieformalne, wewnętrzne zawody. Widzowie nie mogli wyjść ze zdumienia – Kazik osiągnął wynik lepszy nie tylko od rekordu Polski, ale też od rekordu Europy! Dystans 50 m pokonał w 26,6 s8. W oficjalnym rankingu Międzynarodowej Federacji Pływackiej Bocheński został uznany za trzeciego najlepszego Europejczyka w pływaniu na 100 m9.

W Polsce był bezsprzecznie najlepszy – jako 17-krotny mistrz i 18-krotny rekordzista kraju (na 50, 100, 200 i 400 m stylem dowolnym)10. Z pewnością dotkliwie przeżył niepowodzenie na najważniejszych dla każdego sportowca zawodach, czyli na igrzyskach olimpijskich. W Berlinie wystąpił w sztafecie 4 × 200 m, która została zdyskwalifikowana za falstart jednego z kolegów. Studiów w Gandawie, z przyczyn finansowych, Kazik ostatecznie nie ukończył. Cenił jednak czas spędzony w Belgii – choćby dlatego, że nauczył się tam mówić po francusku.

W pamięci kolegów Bocheńskiego z AZS zapisały się nie tylko jego świetne wyniki, lecz przede wszystkim urok osobisty i wspólnie przeżyte przygody. Był kumplem, jeszcze lepszym organizatorem życia koleżeńskiego, przejawiał dużo energii twórczej, ponadto był bardzo dowcipny – opowiadał Tadeusz Makowski, który wspólnie z Bocheńskim grał w piłkę wodną11. Na początku 1939 r. polscy piłkarze wodni wyjechali na obóz na Wyspę Małgorzaty, położoną na Dunaju (Węgry). Makowski wspominał, że był to czas beztroskiej zabawy, ale i życiowych wyników wielu członków AZS – także Bocheńskiego, który na 100 m stylem dowolnym uzyskał czas 59,4 s (lepszy od własnego oficjalnego rekordu Polski)12. Do wybuchu wojny pozostawały dwa miesiące.

Zdjęcie Kazimierza Bocheńskiego w tygodniu „Światowid”,
nr 1/1931. Ze zbiorów Jagiellońskiej Biblioteki Cyfrowej
27 września 1932 r.: Roman Kazimierz Bocheński na zawodach pływackich w Poznaniu. Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

Z gryfem AZS na piersiach

Ostatnie dni sierpnia 1939 r. Kazik Bocheński bierze udział w akademickich mistrzostwach świata w Monte Carlo13 i tam zastaje go wieść o wybuchu wojny. Sportowiec postanawia natychmiast wrócić do kraju – jest oficerem rezerwy. Wiadomo, że 2 września przekroczył granicę w Zaleszczykach i wyruszył do macierzystego 20 Pułku Piechoty Ziemi Krakowskiej. Prawdopodobnie nie dotarły tam tragiczne wieści z Warszawy, gdzie podczas działań obronnych poległ jego brat Tadeusz, również pływak.

Jakie były wojenne losy Kazika? W poszukiwaniach kolegi nie ustawał Tadeusz Makowski. Od jednego z oficerów dowiedział się, że pod koniec września Kazimierz Bocheński przebywał pod Kowlem (wówczas pod okupacją sowiecką). Rozmówca Makowskiego zapamiętał, iż sportowiec miał na sobie spodnie i buty oficerskie oraz charakterystyczną zieloną bluzę z gryfem AZS na piersiach…

O pomoc w poszukiwaniach Makowski zwrócił się do szwedzkiego Czerwonego Krzyża. Z odpowiedzi wynikało, że Bocheński jest ofiarą zbrodni katyńskiej14. Historycy przyjmują, iż znalazł się w grupie jeńców, którzy trafili do Starobielska i zostali rozstrzelani wiosną 1940 r. w Charkowie. Nazwisko Bocheńskiego znalazło się na liście katyńskiej opublikowanej w emigracyjnym, londyńskim opracowaniu oraz książce Jędrzeja Tucholskiego Mord w Katyniu15.

Wyścig na 100 metrów stylem dowolnym podczas międzynarodowych zawodów pływackich przy Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie. Widoczni m.in.: Roman Bocheński, Andras Szekely, Joachim Karliczek, Lejzor Szrajbman, 1933 r. Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego
Zawody pływackie Polska – Czechosłowacja w Warszawie (1932 r.). Roman Bocheński przed wyjściem z basenu. Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

Przypisy

1 Tadeusz Makowski, Kraulem przez Wisłę, Warszawa 1988, s. 55–56.
2 J. Włodarkiewicz, Kazimierz Bocheński, „Stadjon”, nr 6/1931, s. 12.
3 Tamże, s. 12.
4 Jotem, Zawrotna kariera Bocheńskiego, „Głos Poranny”, nr 18/1931, s. 13.
5 Tadeusz Grabowski, 1929 – rok nowych talentów sportowych, „Radjo”, nr 48/1929, s. 8.
6 Fenomenalni pływacy, „Światowid”, nr 1/1931, s. 5.
7 Francuzi o Bocheńskim, „Polska Zbrojna”, nr 166/1931, s. 7.
8 Bocheński ustanawia wynik lepszy od rekordu Europy, „Polska Zbrojna”, nr 182/1931, s. 4.
9 Pozycja naszych pływaków, „Sport Wodny”, nr 6/1931, s. 94.
10 Bocheński Roman Kazimierz [w:] Bogdan Tuszyński, Henryk Kurzyński, Leksykon olimpijczyków polskich. Od Chamonix i Paryża do Soczi, wyd. III popr. I uzup., Warszawa 2014, s. 759.
11 Tadeusz Makowski, dz. cyt., s. 59.
12 Tamże, s. 42.
13 Tamże, s. 50–51.
14 Tamże, s. 51, 60–61.
15 Bocheński Roman Kazimierz, dz. cyt., s. 759.

Bronisława Staszel-Polankowa Dziecko gór

2 września 1944 r., 33. dzień Powstania Warszawskiego. „Mika”, peżetka (członkini organizacji Pomoc Żołnierzowi, powołanej do opieki nad żołnierzami Armii Krajowej), dostaje przydział do 9. kompanii batalionu „Kiliński”. Tego wieczoru, kiedy przybyłam, dziewczęta […] urządzały skromne przyjęcie z kawą i herbatnikami […]. Jedna z twarzy wydała mi się znajoma. Zapytałam, czy obchodzą jakąś uroczystość, bo były bardzo rozbawione. Tak – imieniny, wczorajsze, Bronisławy – bo wczoraj było gorąco i nikt nie myślał o imieninach. Znajoma twarz należała do Bronki Staszel-Polankówny, przedwojennej mistrzyni Polski w jeździe na nartach. U jej rodziców na Krzeptówkach w Zakopanem zorganizowana została w 1933 roku kolonia naszej harcerskiej drużyny z Poznania. Bronka uczyła nas kochać góry, była naszym najlepszym przewodnikiem i przyjacielem. Podziwiałyśmy ją i wspominałyśmy zawsze z wielką serdecznością. Teraz padłyśmy sobie w ramiona […]. Dowiedziałam się, że była kurierką na trasie Zakopane-Kraków-Warszawa i wybuch Powstania zastał ją w stolicy. W 9. kompanii pełniła funkcję sanitariuszki lub jednej z kucharek – w zależności od potrzeb. Była pełna humoru i pogody. Spotkanie z Bronką spowodowało, że zniknęły moje obawy i onieśmielenie1. Choć druga wojna światowa przerwała jej wspaniałą karierę, zabrała wolność i przyjaciół, Bronisława Staszel-Polankowa nigdy nie dała sobie odebrać pogody ducha i sportowej radości życia.

Jak wiatr

– Brońcia, gdzie tak lecisz?

– Jak to, przecież ja do „Sokoła” należę i jak sokół w górach mknę!2

Bronisława Staszel-Polankowa urodziła się 23 stycznia 1912 r. w Kościelisku. Jak zdołali ustalić przedwojenni dziennikarze, narty założyła po raz pierwszy na długo przed wstąpieniem do zakopiańskiego „Sokoła” – w wieku zaledwie 5 lat. A co za narty miała, pożal się Boże! […] Staszel-Polankowa nie zna kombinacyj smarów, ani innych subtelności narciarskich, ma dwie deski „wyrychtowane” przez towarzyszy, przypina je do zwykłych bucików góralskich, skromnie staje wśród zawodników i… przychodzi pierwsza do mety. Córka górali, nie znająca zupełnie świata poza Zakopanem i okolicznemi siołami, jest jak przystało na „dziecię natury” – prosta, zdrowa, dzielna3 – pisała dziennikarka kobiecego pisma „Ewa”.

W okolicy wszyscy znali małą Brońcię i z daleka rozpoznawali charakterystyczną sylwetkę sunącą po stromych stokach. Pędziła w dal z rozwianymi przez wiatr warkoczykami, w kolorowej, góralskiej spódniczce4. „Prawdziwa córa Podhala” – mówili o niej dziennikarze5. Ponoć długo nie mogła się przekonać do zamiany tradycyjnej spódnicy na bardziej profesjonalne narciarskie spodnie6

Jeszcze zanim skończyła 15 lat, Bronia bez trudu pokonywała starsze, bardziej doświadczone zawodniczki. Została ogłoszona sportowym fenomenem, imponowała ogromną wytrzymałością i doskonałą kondycją fizyczną7. Pomagały jej rosła sylwetka i wrodzona siła. Metę przebiegała ponoć w takim tempie, jakby miała zamiar jechać dalej8… Dziennikarzom, którzy pytali o zmęczenie, odpowiadała góralską gwarą: Gdzie tam – jeszcze nikaj po przebiegnięciu trasy nie poczułam zmęczenia, przecież od dziewiątego roku życia biegam na nartach, a codziennie z Kościelisk, gdzie mieszkam, latałam do miasta z bańkami mleka z naszego gospodarstwa, dla ceprów w Zakopanem9.

Pomimo zachwytów działaczy sportowych i kibiców Bronia – ze względu na zbyt młody wiek – nie mogła startować w oficjalnych zawodach wśród najlepszych zawodniczek w kraju. Poza konkursem biła je na głowę, ale wciąż mogła być jedynie nieoficjalną mistrzynią Polski. Oburzało to opinię publiczną, która nie zgadzała się na sportową biurokrację10. W 1928 r. Polski Związek Narciarski podjął specjalną uchwałę, która dawała Staszel-Polankowej możliwość oficjalnych występów wśród dorosłych zawodniczek11.

W lutym 1929 r., podczas międzynarodowych zawodów narciarskich w Zakopanem, 17-letnia Bronisława odniosła spektakularne zwycięstwo, osiągając rekordowy czas na trasie z Gubałówki do Wilcznika – i to pomimo nieczystego zagrania konkurencji, która podcięła jej rzemyk od wiązania nart. Oklaskom nie było końca. Polankowa wyniesiona na ramionach była prawdziwem bożyszczem tłumu. Mała, drobna zakopianka zbierała hołdy królewskie12 – relacjonował dziennikarz „Naszego Przeglądu”. Szybko dała o sobie znać wszechstronność młodej narciarki. Była pierwszą we wszystkich zawodach, biegach zjazdowych czy płaskich. Żadna z zawodniczek nie mogła sprostać zwinnej i lekkiej Bronci, którą niosło jak wiatr na lekkich deseczkach13.

Okładka tygodnika „Stadjon”, nr 1/1926 (ze zbiorów Biblioteki Narodowej). Na zdjęciu 15-letnia Bronia Staszel-Polankowa i trener Andrzej Krzeptowski, znakomity narciarz, dwukrotny olimpijczyk. Za kilkanaście lat losy tej dwójki potoczą się zgoła odmiennie: Bronisława zostanie żołnierzem AK, Andrzej zaś włączy się w kolaborację z Niemcami (Goralenvolk), a w 1945 r., schwytany przez Urząd Bezpieczeństwa, umrze po zażyciu cyjanku.
Reklama opublikowana w piśmie „Żołnierz Polski”, nr 10/1929. Ze zbiorów Biblioteki Narodowej
Przysłop Miętusi. Schronisko prowadzone przez Bronisławę Staszel-Polankową, spłonęło w niewyjaśnionych okolicznościach w 1986 r.
Źródło: Wikipedia

„Duża Bronka”

W latach 30. Bronisława była już dojrzałym, świadomym sportowcem. Ośmiokrotnie zdobyła tytuł mistrzyni Polski. Zmieniła się od czasu pierwszych swych startów w góralskiej spódniczce. Z obciętą na krótko czupryną, w podrzuconych spodniach i wiatrówce wygląda raczej na zdrowego silnego chłopaka. Opaloną wesołą twarz, dużą silną rękę i zdecydowane ruchy ma nasza mistrzyni14 – podziwiali dziennikarze.

Bronisława eksperymentowała ze skokami narciarskimi (jest uznawana za pionierkę tej dyscypliny wśród Polek), szkoliła młodzież w „Sokole”, a w 1934 r. samotnie objechała Polskę… rowerem15. Choć nie unikała podróży, nigdy nie chciała opuszczać ukochanych gór na dłużej. W 1933 lub 1934 r. przerobiła zwykły pasterski szałas pod Przysłopem Miętusim w Tatrach Zachodnich na przytulne schronisko turystyczne. W pierwszych dniach września 1939 r. dało ono dach nad głową osobom uciekającym przed wojną16.

Fragment fotoreportażu w tygodniku „Światowid”, nr 11/1937. Ze zbiorów Jagiellońskiej Biblioteki Cyfrowej
Odznaka TOPR. Źródło: profil TOPR w portalu Facebook

Niemal całą okupację niemiecką Bronisława Staszel-Polankowa spędziła w Zakopanem. Na początku lipca 1944 r. przeniosła się do Warszawy – według niektórych źródeł uciekła z rodzinnych stron w obawie przed wywózką na przymusowe roboty do Niemiec. W stolicy wstąpiła do AK17. Pod pseudonimem „Duża Bronka” służyła jako sanitariuszka w 9. kompanii batalionu „Kiliński”. Po kapitulacji została jeńcem wojennym. Przebywała w stalagach VIII B Lamsdorf oraz IV B Mühlberg, a także w obozie Darmstadt. Koleżanka z Kilińskiego z wdzięcznością wspominały odwagę i zaradność Broni, która pomogła im przetrwać wyczerpującą ewakuację jeńców18.

Pod koniec października 1945 r. Bronisława wróciła do Zakopanego. Uczyła młodzież narciarstwa, a także sama wystąpiła w mistrzostwach Polski w 1951 r., podczas których zajęła czwarte miejsce. Wróciła też na Przysłop Miętusi – jej schronisko znów dawało schronienie nie tylko turystom, ale również prześladowanym (w Tatrach ukrywała się przez UB Stanisława Woźniak, żołnierz AK z Lublina). Za udział w konspiracji i Powstaniu Warszawskim Staszel-Polankowa została w 1949 r. odznaczona przez rząd emigracyjny w Londynie Krzyżem Walecznych19.

Była mistrzyni została członkinią Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. W swoim schronisku stworzyła niezwykłą, przyjazną atmosferę, którą doceniał m.in. Karol Wojtyła (jako kardynał odwiedził Staszel-Polankową w 1977 r., długo po tym, jak przestała prowadzić schronisko). Kiedy Wojtyła został papieżem, Bronisława wysłała mu specjalny podarunek: podcięty pasek od nart ze zwycięskich zawodów z 1929 r., oprawiony przez jubilera w specjalną gablotkę.

W latach 70. ciężko zachorowała na serce. Opiekowały się nią siostry zakonne, którym przekazała swój dom i majątek. Pani Bronia przez cały czas pełniła funkcję „Gaździny domu” – cechowała ją wyjątkowa gościnność, zawsze służyła gościom radą w planowanych wycieczkach w góry, a niejednokrotnie towarzyszyła, jeśli trasa nie była zbyt długa20 – wspominały siostry. Kilkadziesiąt trofeów sportowych Bronisława Staszel-Polankowa przekazała pallotynom na Krzeptówkach, by przetopili je na kościelny dzwon. Zmarła kilka dni po swoich 76. urodzinach, 1 lutego 1988 r.21

Przypisy

1 Cyt. za: Michał Pawlik, 33. dzień Powstania Warszawskiego, http://www.warszawa.pl/miasto/33-dzien-powstania-warszawskiego/, 2 września 2014 r. [dostęp: 5 sierpnia 2019 r.].
2 Kazimiera Loewensteinowa, Pół życia na nartach! Mistrzyni Europy Broncia Staszel-Polankowa, „Ewa”, nr 9/1930, s. 2.
3 Mira Jakubowiczowa, Kobiecy fenomen narciarski, „Ewa”, nr 8/1928, s. 7.
4 Marja Sandoz, Wśród zakopiańskich mistrzyń narciarskich, „Światowid”, nr 4/1933, s. 5.
5 Jan L., Narciarskie Mistrzostwa Polski, „Światowid”, nr 9/1931, s. 17.
6 Mira Jakubowiczowa, dz. cyt., s. 7.
7 Ze świata narciarzy, „Stadjon”, nr 1/1926, s. 6.
8 Z. Dłużewska, Na Gąsienicowej hali w Zakopanem, „Płomyk”, nr 27/1927, s. 420.
9 Kazimiera Loewensteinowa, dz. cyt., s. 2.
10 Czy to nie absurd?, „Stadjon”, nr 5/1928, s. 4.
11 Mira Jakubowiczowa, dz. cyt., s. 7.
12 Z. Fogiel, Międzynarodowe Zawody Narciarskie w Zakopanem, „Nasz Przegląd”, nr 41/1929, s. 5.
13 Marja Sandoz, dz. cyt., s. 5.
14 Tamże, s. 5.
15 Andrzej Matuszyk, Bronisława Staszel-Polankowa, https://www.ipsb.nina.gov.pl/a/biografia/bronislawa-staszel-polankowa [dostęp: 5 sierpnia 2019 r.].
16 Schroniska, http://www.partyzanciakpodhale.pl/goralenvolk/50-goralenvolk/169-schroniska [dostęp: 5 sierpnia 2019 r.].
17 Andrzej Matuszyk, dz. cyt.
18 Alicja Tuszyńska-Tuszyn „Jaga Koziniec”, https://www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/alicja-tuszynska-tuszyn,900.html [dostęp 5 sierpnia 2019 r.].
19 Andrzej Matuszyk, dz. cyt.
20 Bronisława Staszel-Polankówna, http://siostry.szensztat.pl/placowka-w-zakopanem/ [dostęp: 5 sierpnia 2019 r.].
21 Andrzej Matuszyk, dz. cyt.

Helena Marusarzówna Piękna i odważna

Stasek, kieby to jo miała takie narty, to byk syćkich nabiła1 – mówiła do swojego brata ośmioletnia wówczas Helenka, patrząc z zazdrością na piękne narty turystyczne, które Stanisław otrzymał za zwycięstwo w zawodach. Sprzętu Staszka używali starszy brat Janek i kuzynowie. Dla małej Helenki narty były za duże.

Jak opisywał jej brat w książce Na skoczniach Polski i świata, pewnego dnia stary góral opowiadał rodzeństwu Marusarzy historię o zakopanych w Tatrach zbójnickich skarbach. Zapytał Helenkę, co zrobiłaby, gdyby odnalazła skarb. Bez wahania odparła, że kupiłaby sobie za to narty. W wieku 17 lat Helena zdobyła tytuł wicemistrzyni Polski2.

Żywiołowa i uśmiechnięta

Helena Marusarzówna urodziła się w roku, w którym Polska odzyskała niepodległość. Dokładnie 17 stycznia, w Zakopanem, jako córka Jana i Heleny Marusarzy. Jej dziadek był przewodnikiem tatrzańskim i jednym z pierwszych członków Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Ojciec pracował jako leśniczy, a mama opiekowała się domem i dziećmi. Helena miała trzy siostry: Bronisławę, Marię i Zofię, oraz dwóch braci: Jana i Stanisława.

Jak wspominał jej brat Stanisław, uwielbiała zabawy z chłopakami, chodziła po dachach i płotach, wspinała się na drzewa. Ponoć uśmiech nie znikał z jej lekko pucołowatej buzi. Podobnie jak reszta rodzeństwa marzyła o gimnastyce. Razem z braćmi podpatrywała wyczyny zawodników zakopiańskiego Sokoła, by później w prymitywnych warunkach (np. na rurze wodociągowej) odwzorowywać ich ewolucje.

Pierwsze narty skonstruował dla niej Stanisław. Rodzeństwo na zakopiańskich Lipkach i Wierszykach3 rozwijało swój talent, łącząc sportową pasję z obowiązkami szkolnymi i pracą w domu. Już w wieku paru lat Helenka startowała w zawodach zainicjowanych przez Kornela Makuszyńskiego (obecne Zawody Koziołka Matołka). Kilkukrotnie triumfowała, a w nagrodę otrzymywała książki z autografem pisarza4.

Ośmioletnia Helena została zapisana do szkoły powszechnej, którą ukończyła w 1932 r. Choć na naukę nie poświęcała zbyt wiele czasu, wyniki były satysfakcjonujące. Marzyła o kontynuowaniu edukacji, jednak rodzice nie mieli pieniędzy na pokrycie kosztów życia córki w innym mieście. Dziewczyna pomagała więc w gospodarstwie, poświęcała też wiele czasu na sport. Latem każdy dzień wolny od pracy spędzała na wysokogórskich wyprawach, a zimą namiętnie ćwiczyła ulubione narciarskie konkurencje – bieg zjazdowy i slalom specjalny5.

Zakopane-Lipki (zdjęcie z zawodów w narciarstwie)
Fot. NAC

Helena Marusarzówna podczas Międzynarodowych Zawodów Narciarskich o Mistrzostwo Polski w Zakopanem. Hala Kondratowa, luty 1935 r.
Fot. NAC

Uparta i ambitna

Pierwszy ogólnopolski sukces osiągnęła w 1935 r. podczas XVI Mistrzostw Polski w Zakopanem: zdobyła wicemistrzostwo w kombinacji alpejskiej. W slalomie i biegu zjazdowym była trzecia. Ówczesna prasa nie szczędziła słów krytyki na temat poziomu żeńskiego narciarstwa. O slalomie „Przegląd Sportowy” pisał: egzamin ten wypadał na ogół po prostu kompromitująco: większość spośród dziewięciu tylko startujących naszych „gwiazd” waliła się po kilka razy6.

Rok później Marusarzówna była już mistrzynią. Bieg ukończyło 6 zawodniczek. W kombinacji alpejskiej pań o mistrzostwo Polski na podstawie wyniku wczorajszego biegu zjazdowego i dzisiejszego slalomu mistrzynią Polski została Marusarzówna Helena – siostra Stanisława7.

W 1937 r. zdobyła mistrzostwo w slalomie i kombinacji alpejskiej. W biegu zjazdowym była druga, po Bronisławie Staszel-Polankowej8. Wywalczyła podwójne mistrzostwo, mimo że tego dnia aura nie sprzyjała zawodnikom. Jeśli chodzi o pogodę to sprawa przedstawiała się groźnie […], siła wiatru w górnych regionach Kasprowego doszła do huraganu. […] Wpływało to oczywiście na nastroje. Perspektywa zjazdu po lodzie stwarzała atmosferę hazardu: uda się albo się nie uda…9

Trzeci i zarazem ostatni triumf w życiu Marusarzówna odniosła w 1939 r. Choć prasa znów ubolewała nad poziomem żeńskiego narciarstwa, w relacji z zawodów znalazł się komplement pod adresem Heleny: u Heli Marusarzówny widać wyniki pracowitości10. W tych zawodach wielką niespodzianką okazał się Józio Marusarz, kuzyn Heleny, który w wieku zaledwie 13 lat zajął 15. miejsce w slalomie i kombinacji alpejskiej.

Dobra forma sprawiała, że Helena wiązała wielkie nadzieje ze startem w zawodach FIS w Zakopanem w 1939 r. Podczas treningu na Hali Goryczkowej wjechała jednak w szałas i złamała rękę w nadgarstku. Start w zawodach okazał się niemożliwy. Znając doskonale teren, miała chyba ogromne szanse11 – oceniał jej brat Stanisław.

Mimo kontuzji Marusarzówna jeszcze tego samego roku pojechała do niemieckiego Schwarzwaldu na międzynarodowe mistrzostwa narciarskie. Jechaliśmy w składzie: Kula, Zając, Stopkówna, siostra Helena i ja. […] Nastroje antypolskie były zupełnie wyraźne, aczkolwiek nie miały cech prowokacji. W pociągu na dźwięk polskiej mowy Niemcy odsuwali się w niemym bojkocie. Przywitanie naszej ekipy na dworcu w Feldberg było bardzo chłodne. Miasteczko tonęło w powodzi swastyk. Widziało się dużo brunatnych mundurów i butnie maszerujące oddziały Hitlerjugend12.

Po dwóch konkurencjach Polka zajęła drugie miejsce, ustępując tylko niemieckiej wielokrotnej mistrzyni świata Christl Cranz. Talent Marusarzówny doceniła sama zwyciężczyni, która w rozmowie z polskim narciarzem Janem Kulą stwierdziła, że Helena jest bardzo utalentowana, potrzebuje tylko zdobycia międzynarodowej rutyny13.

W Schwarzwaldzie Helenka była w iście bojowym nastroju. Jej zawodnicza klasa wzbudzała wielkie uznanie konkurentek, fachowców i dziennikarzy […]. Jako przedstawicielka płci pięknej zwracała powszechną uwagę. Siostra była urodziwą, wysoką, zgrabną blondynką o pięknych nogach. Ujmowała ciepłym spojrzeniem, a jej dziewczęcość podkreślały długie do kolan warkocze, upinane w kok. Mężczyźni słali jej uwodzicielskie spojrzenia, nie żałowali słów adoracji. Tak było tu, w Schwarzwaldzie, tak było w Zakopanem14 – wspominał Stanisław. Podkreślał przy tym, że choć komplementy sprawiały Helenie przyjemność, nie szukała okazji do flirtu. Mężczyzn traktowała zawsze wyłącznie jak kolegów.

Niezwykłą urodę Helena odziedziczyła po matce, którą na obrazie uwiecznił w 1904 r. sam Józef Mehoffer15. Helena pod koniec roku 1938 była jedną z modelek prezentujących w Warszawie stroje narciarskie przygotowane specjalnie na zawody międzynarodowe. Jury było pod wrażeniem jej doskonałej figury i urody, przyznając jej pierwszą nagrodę, czym wzbudziła zazdrość wśród warszawskich dziewcząt16. Rok wcześniej wystąpiła jako dublerka głównej bohaterki w filmie Halka w reżyserii Juliusza Gardana.

Prezydent RP Ignacy Mościcki, premier Felicjan Sławoj-Składkowski oraz wojewoda warszawski Władysław Jaroszewicz w drodze do Zakopanego na Mistrzostwa FIS w 1939 r.
Fot. NAC

Mistrzostwa Świata w Narciarstwie Klasycznym FIS w Zakopanem. Reprezentacja Polski podczas otwarcia mistrzostw. Widoczna m.in. Helena Marusarzówna (czwarta z prawej na pierwszym planie)
Fot. NAC

Józef Mehoffer (1869-1946) (grafik), „Urwany koń (Helcia Tatarówna)”, 1904 r., litografia; papier żeberkowy, wym. 34,6 x 19,5, nr inw. 99999
Fot. Muzeum Narodowe w Warszawie

Helena Marusarzówna podczas Mistrzostw Świata w Narciarstwie Klasycznym FIS w Zakopanem. Styczeń 1939
Fot. NAC

Dzielna i niezłomna

Hela znała doskonale góry. Wiele razy przeprowadzała ludzi, przewoziła ważne dokumenty z Węgier do Polski. W marcu 1940 roku została aresztowana przez gestapo na granicy czesko-węgierskiej17 – mówiła w 1973 r. jej siostra Zofia.

Wybuch wojny sprawił, że Helena bez wahania zaangażowała się w ruch oporu. Nie pojawiała się na noc w domu, nie zdradzała też, gdzie była. Nie chciała wtajemniczać najbliższych we własną działalność konspiracyjną, aby nie narazić ich na represje ze strony nieprzyjaciela, który w celu uzyskania potrzebnych informacji nie cofał się przed użyciem najbrutalniejszych metod18.

Po koniec 1939 r. Helena wstąpiła do bazy działającej pod kryptonimem „Romek”, podporządkowanej Związkowi Walki Zbrojnej (ZWZ). Przejmowała od kurierów dokumenty i przekazywała je pod wskazany adres. Wśród przerzucanych papierów były pieniądze na działalność konspiracyjną, rozkazy i meldunki. ZWZ rozpoczął także akcję polegającą na utrzymywaniu łączności między opanowaną przez Niemców Polską a władzami na emigracji.

Zorganizowano przerzuty z Zakopanego, przez Tatry i Słowację, na Węgry. Takie zadanie wymagało odwagi, bo za najmniejszy błąd groziła największa kara. Potrzebne były też odpowiednia kondycja i determinacja. Marusarzówna nadawała się do tego doskonale.

W sylwestra 1939 r. Helena zdołała przeprowadzić dwóch przyszłych lotników angielskich dywizjonów. Początkowo Tadeusz Schiele i Marian Zając mieli przez Węgry dostać się do Francji. Jadący saniami młodzi ludzie opowiadali przechodniom, że ruszają do Francji. Wszyscy traktowali to jak żart, łącznie z niemieckim patrolem. Obaj mężczyźni zostali w przyszłości odznaczeni m.in. Orderem Virtuti Militari19.

Po kilku brawurowych akcjach Heleną zaczęło się interesować Gestapo, które coraz częściej zaglądało do jej rodzinnego domu. Wczesną wiosną 1940 roku Helena odpoczywała w Budapeszcie po kolejnej wyprawie, która, jak się wydawało, wywarła znaczący wpływ na dalsze życie kurierki. Przeprowadzała grupę kobiet z dziećmi, gdy natknęła się na krwawe starcie wrogich sobie straży granicznych Węgier i Słowacji. Z relacji starszego brata Stanisława wynika, że właśnie w czasie tej niebezpiecznej wyprawy, leżąc przez dwie godziny w deszczu, ze świszczącymi nad głową kulami karabinów, postanawia, że to był ostatni raz20.

Jednak gdy w marcu 1940 r. poproszono ją o przerzut do ojczyzny pieniędzy i rozkazów, nie potrafiła odmówić. Razem z innymi kurierami została schwytana w zasadzce na granicy węgiersko-słowackiej. Trafiła m.in. do Preszowa, gdzie już wcześniej zatrzymano jej brata, Stanisława Marusarza, z żoną Ireną. Helenie udało się porozmawiać z bratową. Z relacji Ireny wynikało, że dziewczyna była ciągle pewna swojej przyszłości i ufała, że Słowacy nie wydadzą jej Niemcom.

Również Stanisław, oddzielony od żony, zorientował się, że jego siostra została aresztowana. Droga do celi prowadziła przez niewielkie pomieszczenie, zwane magazynem, gdzie musieliśmy złożyć nasze plecaki. Lokując plecak żony na jednym z regałów, zauważyłem nagle znajome buty narciarskie, czarne, damskie zjazdówki, lamowane białą skórą. Włos zjeżył mi się na głowie. Przecież takie same buty miała Helena. Czyżby się tutaj znajdowała? Wiedziałem, że miała w tym czasie wracać z Węgier. Przyjrzałem się lepiej lamowanym butom. Tak. To zjazdówki Heleny. Byłem zdruzgotany21.

Z więzień m.in. w Preszowie i Muszynie Helena trafiła do Nowego Sącza. Tam znów spotkała się z bratową. Irena mówiła, że Hela zaskakiwała nawrotem optymizmu. Wierzyła, że zostaną wykupione z więzienia. Irenie udało się wydostać na wolność, Helena trafiła do Tarnowa. Tam trzy miesiące tortur nie przyniosły oczekiwanego przez Niemców efektu – narciarka nie zdradziła żadnego szczegółu swojej konspiracyjnej działalności. Wobec takiej postawy skazano ją na śmierć. Jak wspominała Irena, po ostatnim spotkaniu z bratową dostała z Tarnowa list przemycony przez współwięźniarkę. W środku było niewielkie zdjęcie Marusarzówny. Na odwrocie Helcia skreśliła kilka pożegnalnych słów do rodziców, Staszka i do mnie. Upamiętniała to datą – 9.III.194122.

12 września 1941 r. Helena została rozstrzelana w Pogórskiej Woli koło Tarnowa. Pośmiertnie odznaczono ją Orderem Virtuti Militari i Krzyżem Walecznych.

Zbiorowa cela w więzieniu w Tarnowie. Zdjęcie z 1927 r.
Fot. NAC

Nagrobek Heleny Marusarzówny na Cmentarzu Zasłużonych na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem
Fot. NAC

Datowniki pocztowe używane podczas Memoriału Bronisława Czecha i Heleny Marusarzówny. Memoriał rozgrywany był w Zakopanem w latach 1946–1994
Ze zbiorów prywatnych Jacka Kosmali

Przypisy:

1 16. Zakopiańska Drużyna im. Heleny Marusarzówny. O Helenie Marusarzównie mówi Stanisław Marusarz i jego żona Irena, stare.zhr.pl/~mlp.16zdw/wspom.htm [data dostępu: 24 marca 2018 r.].
2 „Przegląd Sportowy”, 2 marca 1935 r., nr 18, s. 2.
3 W. Żyszkiewicz, Saga rodu Marusarzy, waldemar-zyszkiewicz.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=214&Itemid=35 [data dostępu: 25 marca 2018 r.].
4 Helena Marusarzówna (1918–1941), dzieje.pl/postacie/helena-marusarzowna-1918-1941, 30 grudnia 2013 r. [data dostępu: 25 marca 2018 r.].
5 K. Szafranek, Helena Marusarzówna (1918–1941), „Przegląd Historyczno-Oświatowy”, rok LIV, 3–4 (213–214), 2011, s. 169.
6 „Przegląd Sportowy”, 2 marca 1935 r., nr 18, s. 2.
7 Kombinacja alpejska zamyka mistrzostwa Polski w Zakopanem, „Przegląd Sportowy”, 16 marca 1936 r., nr 24, s. 5.
8, 9 Na deszczu, wichrze i lodzie, „Przegląd Sportowy”, 8 marca 1937 r., nr 19, s. 6.
10 13-letni Józio Marusarz rewelacją mistrzostw zjazdowych Polski. Mistrzowie Polski: Marusarzówna i Zając, „Przegląd Sportowy”, 23 marca 1939 r., nr 24, s. 7.
11, 12 16. Zakopiańska Drużyna im. Heleny Marusarzówny…, op. cit.
13 „To przyszły mistrz świata!…” Niemieckie głosy o talencie Janka Kuli, „Przegląd Sportowy”, 30 marca 1939 r., nr 26, s. 4.
14 16. Zakopiańska Drużyna im. Heleny Marusarzówny…, op. cit.
15 Urwany koń (Helcia Tatarówna), 1904, cyfrowe.mnw.art.pl/dmuseion/docmetadata?id=11436 [data dostępu: 25 marca 2018 r.].
16 K. Szafranek, op. cit., s. 170.
17 Odwaga Heleny Marusarzówny dorównywała jej urodzie, www.polskieradio.pl/39/247/artykul/763645,odwaga-heleny-marusarzowny-dorownywala-jej-urodzie [data dostępu: 25 marca 2018 r.].
18 K. Szafranek, op. cit., s. 171.
19 Ibidem, s. 172.
20 Ibidem, s. 173.
21, 22 16. Zakopiańska Drużyna im. Heleny Marusarzówny…, op. cit.

Antoni Łyko Piłkarz
w Auschwitz

Środkowy napastnik z Cracovii, pomocnik z Garbarni, piłkarze Ruchu Chorzów, Resovii, Warty Poznań… Młodzi, utalentowani zawodnicy, którzy mogliby stanowić jedenastkę marzeń niejednego klubu, znaleźli się gdzieś, gdzie z pozoru nie było miejsca na szlachetną rywalizację i inne wartości świadczące o pięknie sportu. A jednak polscy piłkarze, którzy trafili do KL Auschwitz, stworzyli własną drużynę i rozgrywali mecze z przedstawicielami różnych narodów. Jednym z uczestników był Antoni Łyko, przedwojenny zawodnik Wisły Kraków, w czasie okupacji członek antyniemieckiej konspiracji. Można wyrazić przypuszczenie, że jeżeli w warunkach okupacji późniejsi więźniowie potrafili stawić opór okupantowi, to również i po uwięzieniu, a może nawet tym bardziej, nie poddawali się biernie systemowi niszczenia, lecz rozwijali różne formy obrony i sprzeciwu mające na celu zwiększenie możliwości przetrwania obozowej gehenny. Jedną z takich form walki o przeżycie obozu był niewątpliwie sport1 – pisali Zdzisław Ryn i Stanisław Kłodziński, wybitni lekarze, autorzy licznych artykułów na temat niemieckich obozów koncentracyjnych.

Człowiek bez nerwów

Antoni Łyko urodził się 27 maja 1907 r. w podkrakowskich Rakowicach (obecnie część Krakowa). Choć wykształcił się na tokarza, szybko okazało się, że jego przeznaczeniem jest sport. Jako nastolatek zaczął grać w piłkę nożną w lokalnym klubie Rakowiczanka2. Drobna sylwetka – nieco ponad 170 cm wzrostu i 68 kg wagi – dawała młodemu piłkarzowi sporą przewagę. W roli pomocnika, a czasem także napastnika, był szybki i zwinny. Nic dziwnego, że w końcu trafił do jednego z klubów ligi polskiej – Wisły Kraków.

Początki nie były łatwe. W pierwszych trzech sezonach (1930–1932) Łyko rozgrywał zaledwie po 2–3 mecze. Przełomowy okazał się rok 1933, z 17 spotkaniami i pierwszą bramką. Od następnego sezonu Łyko grał już regularnie i w każdym sezonie zaliczał po kilka trafień. Dzięki swojej skuteczności w egzekwowaniu rzutów karnych był znany jako „człowiek bez nerwów”3.

W sumie w 109 ligowych meczach zdobył 30 bramek. Najbardziej pamiętna padła jednak w meczu towarzyskim w maju 1936 r. Wisła Kraków, obchodząca jubileusz 30-lecia, zaprosiła do siebie pierwszoligową drużynę Chelsea Londyn. Na trybunach zasiadło 15 tys. kibiców. Warto wspomnieć, że zainteresowanie meczem było tak duże, iż część zdeterminowanych krakowian obejrzała go, stojąc na słupach ogrodzeniowych lub… na gałęziach drzew rosnących przy stadionie (na zdjęciu obok).

Kibice z gałęzi drzew oglądają mecz piłki nożnej TS Wisła Kraków – Chelsea FC.
Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego
Piłkarze Wisły Kraków przed meczem z Chelsea Londyn zorganizowanym z okazji 30-lecia Towarzystwa Sportowego Wisła Kraków. Drugi z lewej kuca Antoni Łyko, zdobywca jedynej bramki meczu.
Maj 1936 r. Ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

Choć wygrana Anglików wydawała się w zasadzie pewna, to gospodarze zwyciężyli po emocjonującym meczu. Gra jest od początku otwarta, bardzo żywa, prowadzona w szybkiem tempie – relacjonował jeden z dzienników. – Wisła coraz częściej przedziera się przez tyły Anglików, zwłaszcza lewą stroną, gdzie Łyko wprowadza zamieszanie i raz po raz groźnie centruje […]. 44-ta minuta przynosi rozstrzygnięcie. Sędzia dyktuje rzut karny za rękę obrońcy […]. Egzekutorem jest Łyko, który zdobywa zwycięski punkt dla Wisły wśród niebywałego entuzjazmu widzów. Wśród Anglików powstaje konsternacja. Publiczność żywo okazuje swoje zadowolenie i nie ucisza się w czasie przerwy4. Według innej relacji po golu do szatni strzelonym przez Łykę w powietrzu fruwały… laski i kapelusze – bo takie były atrybuty ówczesnych kibiców.

W październiku 1937 r. Łyko zadebiutował w kadrze narodowej w meczu z Łotwą. W reprezentacji rozegrał zaledwie dwa spotkania. W 1938 r. otrzymał powołanie na mistrzostwa świata, jednak ostatecznie nie znalazł się w piętnastce zawodników, którzy pojechali do Francji (był to debiut Biało-Czerwonych na mundialu). Jakby na osłodę w październiku rozegrał świetny mecz w Wiśle przeciwko ŁKS-owi – zaliczył dwa trafienia. Pod koniec roku doznał kontuzji barku. Na tyle poważnej, że konieczna była operacja5. W tamtym czasie dla piłkarza oznaczało to utratę sezonu. Kolejnego miało nie być… Rozgrywki zostały przerwane przez wybuch II wojny światowej.

Ostatni mecz

W okupowanym przez Niemców Krakowie nieformalnie działało sporo drużyn, które rozgrywały swoje zawody. Antoni Łyko razem z bratem Andrzejem należeli do Klubu Sportowego Wodociągi, stanowiącego swego rodzaju filię Wisły Kraków. Andrzej Łyko pracował w Krakowskich Wodociągach Miejskich, Antoni prawdopodobnie również6. Jak pisze Bohdan Piętka, historyk z Centrum Badań Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, Antoni należał do organizacji Związku Walki Zbrojnej działającej przy wodociągach. Wiosną 1941 r. objęła go fala aresztowań członków krakowskiego podziemia (zatrzymano m.in. pracowników ubezpieczalni, gazowni, elektrowni i właśnie wodociągów). Piłkarz trafił do więzienia na Montelupich, a stamtąd, 5 kwietnia, do KL Auschwitz. Został zarejestrowany pod numerem 11780 i zatrudniony w komandzie ślusarzy. Nie wiedział, że Niemcy osadzili go w Auschwitz w charakterze zakładnika – mógł zostać rozstrzelany w każdej chwili, w ramach odwetu Niemców za działalność podziemną Polaków7.

Po wojnie jeden z polskich więźniów KL Auschwitz, Czesław Sowul, wspominał, że zachęcał Łykę do gry w piłkę i „strzelenia ze dwóch goli” niemieckiej drużynie. Wiślak wywiązał się z obietnicy. Jak to możliwe, że mimo tragicznych warunków życia i nieuchronnego widma śmierci, które były codziennością Auschwitz, więźniowie nie rezygnowali z uprawiania sportu? Odpowiedzi na to pytanie udzielają autorzy artykułu Patologia sportu w obozie koncentracyjnym Oświęcim-Brzezinka: Sport w warunkach obozowych stanowił ważny czynnik integrujący więźniów, umacniał więź koleżeńską, przełamywał poczucie obcości oraz niwelował bariery językowe i narodowościowe. Spotkania sportowe, zwłaszcza międzynarodowe, zamieniały się nieraz w publiczne manifestacje uczuć patriotycznych. […] sport w obozie okazał się siłą ponadczasową i ponadnarodową, przekraczając bariery struktury obozowej tak, jak żadna inna forma aktywności. Przynajmniej dla nielicznej grupy więźniów sport stanowił nieraz podstawę przetrwania obozu. Czy można było marzyć o szlachetniejszej formie obrony przed zagładą?8.

Obozowa fotografia Antoniego Łyki, więźnia nr 11780.
Ze zbiorów Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu

Antoni Łyko nie rozegrał więcej meczów w Auschwitz. 3 lipca 1941 r. Niemcy urządzili makabryczne widowisko w żwirowni poza ogrodzeniem obozu – na śmierć zostało przeznaczonych ok. 70 lub 80 polskich więźniów. Prowadzono ich bosych, bez koszul, z rękami skrępowanymi drutem, wśród szpaleru esesmanów. Niektórzy oficerowie potraktowali mord jak spektakl: przyprowadzili na egzekucję żony, zabrali ze sobą instrumenty muzyczne, grali i śpiewali. Polacy przed rozstrzelaniem byli opluwani, popychani i bici9. Razem z Antonim Łyką rozstrzelany został jego kolega z Cracovii – Witold Zieliński.

Więzień Czesław Sowul, ten sam, który zachęcał Łykę do udziału w meczu przeciw Niemcom, był bezpośrednim świadkiem egzekucji. Nigdy nie zapomnę tego zwłaszcza momentu, gdy po oddaniu salwy przez pluton egzekucyjny któryś z oficerów SS z bliskiej odległości strzelił do dwukrotnie podnoszącego się jeszcze Łyki w głowę. Rozstrzelano wówczas 72 więźniów. Pamiętam to dokładnie. Kiedy załadowaliśmy rolwagę, nie można jej było ruszyć z miejsca, tak była przeładowana10 – wspominał były więzień, który razem z grupą sanitariuszy odpowiadał za przewiezienie ciał zamordowanych do krematorium.

Antoni Łyko nie ma swojego grobu. O bohaterze przypomina jedynie tabliczka umieszczona na nagrobku jego brata Andrzeja na cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

Przypisy

1 Zdzisław Ryn, Stanisław Kłodziński, Patologia sportu w obozie koncentracyjnym Oświęcim-Brzezinka, „Przegląd Lekarski”, nr 1/1974, s. 51.
2 Bohdan Piętka, Antoni Łyko (1907-1941) – piłkarska kariera zakończona w Auschwitz, https://bohdanpietka.wordpress.com/2014/07/28/antoni-lyko-1907-1941-pilkarska-kariera-zakonczona-w-auschwitz/, Oświęcim, 28 lipca 2014 r. [dostęp: 7 sierpnia 2019 r.].
3 Antoni Łyko, http://historiawisly.pl/wiki/index.php?title=Antoni_%C5%81yko [dostęp: 7 sierpnia 2019 r.].
4 Sukces piłkarzy krakowskich. Wisła pokonała brutalną Chelsea, „ABC”, nr 152/1936, s. 5.
5 Antoni Łyko, http://historiawisly.pl/wiki/index.php?title=Antoni_%C5%81yko, dz. cyt.
6 Tamże.
7 Bohdan Piętka, dz. cyt.
8 Zdzisław Ryn, Stanisław Kłodziński, dz. cyt., s. 58.
9 Adam Cyra, Egzekucja na żwirowisku, http://cyra.wblogu.pl/egzekucja-na-zwirowisku.html, Oświęcim, 26 czerwca 2008 r. [dostęp: 8 sierpnia 2019 r.].
10 Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, Zespół Oświadczenia t. 72, k. 164–165, relacja byłego więźnia Czesława Sowula, za: Bohdan Piętka, dz. cyt.